Smash Into Pieces to pochodzący ze Szwecji kwartet, który wymyka się wszelkim ramom gatunkowym. Trudno ich sklasyfikować, bardzo łatwo natomiast się z nimi rozmawia. Kilka tygodni temu miałam ogromną przyjemność spotkać się z Benjaminem Jennebo – założycielem i gitarzystą grupy. Pogadaliśmy przede wszystkim o najnowszym albumie zespołu – „Armaheaven”, ale nie tylko. Pojawiły nam się tu także wątki historyczne, filozoficzne, technologiczne, futurystyczne, a nawet polityczno-muzyczne (chociażby w kontekście budzącej wiele kontrowersji Eurowizji). Benjamin zdradził mi również z czym w pierwszej kolejności kojarzy mu się Polska. Swoje dotychczasowe doświadczenia będzie mógł ponownie zweryfikować już za miesiąc – Smash Into Pieces wystąpią u nas podczas drugiego dnia Summer Punch Festivalu, organizowanego przez Winiary Bookings.
Magda Żmudzińska: Na początek – wszystkiego najlepszego z okazji 20-lecia Smash Into Pieces! Wiem, że pierwszą płytę wydaliście w 2009 roku, a według tego, co możemy znaleźć w Internecie, zespół powstał 12 miesięcy wcześniej. Wszystko jednak – tak naprawdę – zaczęło się jeszcze 2 lata wstecz, zgadza się?
Benjamin Jennebo: Tak, to prawda, założyłem SIP już w 2006 roku, ale dla mnie nasza właściwa historia zaczęła się w momencie, gdy do składu dołączył Chris Adam, głos Smash Into Pieces. Mieliśmy wcześniej różne rotacje, kilku wokalistów, sam też trochę śpiewałem, ale dopiero gdy połączyliśmy siły z Chrisem, wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsce. Dlatego 2008 widnieje wszędzie jako data powstania zespołu. Tak czy inaczej, są to już praktycznie dwie dekady historii i to jest absolutnie niesamowite. Pamiętam, jak na początku myślałem sobie: „jeśli 100 osób posłucha naszej płyty i przyjdzie na koncert, będzie super, będę bardzo usatysfakcjonowany”. To, że na przestrzeni tych wszystkich lat z tej setki zrobił się tysiąc, a potem dziesiątki tysięcy…
MŻ: Z których zrobiły się miliony – bo takie macie statystyki w streamingu…
BJ: No to jest dla mnie kosmos, totalnie. Trudno mi to sobie wyobrazić i może nawet w pewnym sensie sobie z tym poradzić. Wiesz, bardzo to doceniam, natomiast pamiętajmy, że to są tylko liczby. A my nigdy nie graliśmy dla nich, nie one były naszym celem samym w sobie. Dla mnie najważniejsze jest to, co czuję, gdy robię muzykę i to, co inni czują, słuchając jej później. Jeśli moja mama mi mówi: „popłakałam się przy tej piosence, bo tak bardzo przypomina mi o babci”, to jest to dla mnie największa wartość.

MŻ: Pięknie powiedziane. Chciałam cię zahaczyć o jeszcze jedną rzecz, jeśli chodzi o genezę zespołu… Smash Into Pieces to chwytliwa nazwa, która pasuje do was z muzycznego punktu widzenia – przełamujecie w końcu i rozwalacie w drobny mak wszelkie granice gatunkowe. Może mieć też jednak bardziej metaforyczne znaczenie…
BJ: I takie właśnie ma. Cokolwiek stoi między nami a naszymi marzeniami, rozbijamy na kawałki. Możemy pokonać wszystkie przeciwności. O to mi przede wszystkim chodziło, gdy ukułem ten termin po raz pierwszy. Zawsze byłem uparty, jeżeli czegoś chciałem, znajdowałem w sobie ogromną siłę i determinację. Kiedy zacząłem ćwiczyć na gitarze, grałem po 12 godzin dziennie. Rodzice mówili mi: „Benjamin, ale musisz chodzić do szkoły, musisz się uczyć, musisz to i to”, a ja robiłem swoje – grałem wszędzie, gdzie się dało – w drodze na lekcje, w autobusie, na ulicy, w drodze do domu, tuż przed snem, zasypiałem z gitarą w rękach. I myślę, że tak właśnie jest – jeśli naprawdę czegoś pragniesz, znajdziesz rozwiązanie. Jeśli czujesz ten ogień, możesz spalić wszystko. Możesz go wykorzystać w dobry, ale oczywiście też i w zły sposób. Dopóki jednak podsycasz go pasją i miłością do tego, co robisz, nigdy nie poczujesz w sobie urazy. I będziesz dalej działać, bo to kochasz. Wtedy uruchomi się zapewne prawo przyciągania – jeżeli włożysz w to wszystko całą swoją energię, ludzie też ją poczują i będą z nią rezonować.
MŻ: W którymś z wywiadów Chris powiedział, że jednym z powodów, dla których zaczął śpiewać, był Myles Kennedy. Czy ty też masz takich swoich gitarowych bohaterów, którzy w tych wczesnych latach szkolnych zainspirowali cię do chwycenia za ten właśnie instrument?
BJ: Wiesz, myślę, że jeśli coś w tobie żyje, to prędzej czy później musi to z ciebie wyjść na zewnątrz. We mnie ta muzyka była, odkąd pamiętam. Ona zawsze stanowiła dla mnie coś więcej niż tylko dźwięki. Była i jest dla mnie formą komunikacji, znacznie prostszą niż słowa. Wolę w ten sposób porozumiewać się z ludźmi i tym kanałem przekazywać im swoje emocje. Od dziecka sztuka była więc dla mnie najlepszym narzędziem do wyrażania siebie i do spędzania czasu z bliskimi. Z mamą, kiedy chcieliśmy przeżyć wspólnie naprawdę wartościowe chwile, takie na 100% tu i teraz, siadaliśmy razem, włączaliśmy płyty gramofonowe i malowaliśmy. Mój ojciec jest zawodowym muzykiem, więc z nim zazwyczaj też wolny czas spędzaliśmy na wspólnym graniu i komponowaniu. Decydując się na podążanie tą drogą we własnym dorosłym życiu, chciałem być przedłużeniem wszystkich tych najlepszych części mnie. Moi rodzice zbudowali ze mną mosty za pomocą sztuki i ja w ten sam sposób chcę budować mosty z innymi ludźmi.
MŻ: Dobrze to rozumiem… Przechodząc dalej – 31 października 2025 roku wydaliście swój 9. album studyjny. Jak mogliśmy przeczytać w materiałach promocyjnych: „«Armaheaven» kontynuuje dystopijną sagę znaną z poprzednich wydawnictw («Arcadia», «Disconnect», «Ghost Code»), przenosząc akcję do świata, w którym sztuczna inteligencja przejęła kontrolę, a ludzkość walczy o przetrwanie”. Niby science-fiction, ale nie do końca. Płytę otwiera intro w postaci „NeoFuture”, w którym pierwsze słowa brzmią: „Are you prepared for what’s coming” – pytanie więc, are you? I czy jesteś zdania, że jako ludzkość pędzimy nieprzerwanie i coraz szybciej ku samozagładzie?
BJ: Rozmawialiśmy wcześniej o tym prawie przyciągania. I myślę, że „Armaheaven” jest poniekąd metaforą tego wszystkiego. Człowiekowi z natury chyba jest bardzo trudno znaleźć wewnętrzny spokój, spokój umysłu. Często tak naprawdę jesteśmy swoimi największymi krytykami i wrogami. A jeśli jako jednostki nie potrafimy być dobrzy nawet dla samych siebie, nie potrafimy być mili, ba – potrafimy się czasem wręcz nienawidzić, to z pewnością przełoży się to także na świat. Gdziekolwiek umieścisz ludzkość, ona zawsze w jakimś stopniu będzie niszczycielska. A jeśli chodzi o „przygotowanie się na przyszłość”, powiedziałbym, że nigdy nie będę chyba na nią gotowy. Ostatnio zastanawiam się często, dlaczego nieustannie odczuwam tak silną nostalgię…
MŻ: Może to nasz case pokoleniowy – ludzi urodzonych w latach 80., wychowanych w latach 90.?
BJ: Częściowo z pewnością tak. Czas płynął wówczas zupełnie inaczej – szybciej pewnie niż wtedy, gdy nasi rodzice byli dziećmi, ale od początku XXI wieku, a teraz to już w ogóle, gna z prędkością światła. Szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Zobacz, dziś masz pięć lat w jeden rok. Mamy zupełnie nowy system życia. W latach 90. nie mieliśmy ery cyfrowej. Nie spędzaliśmy dziesięciu godzin dziennie przed ekranem. Spędzaliśmy większość dni na świeżym powietrzu, spotykając się z przyjaciółmi. Realnymi ludźmi, nie awatarami. Ludzkość traci więc ten fundament życia, którym jest bycie razem, budowanie relacji i poczucie, że jesteśmy częścią czegoś wspólnego. I niby jesteśmy wciąż tym samym gatunkiem, ale żyjemy tak, jakbyśmy byli jakimś nowym bytem, tworem digitalowym. Wraz z naszym ego żyjemy w sieci. I myślę, że to jest szczególnie kruche dla ludzkiej duszy. Tracimy siebie. To jest według mnie powód, dla którego nie mamy możliwości przygotować się na przyszłość, ponieważ nie rozumiemy nawet tych okoliczności, w których znajdujemy się teraz. Pojęcie, przyswojenie i oswojenie tej wiedzy wymaga czasu, a z nim – jak już powiedzieliśmy – nie jest najlepiej. Nie nadążamy za nim. To może brzmi trochę filozoficznie, ale ja lubię tę dziedzinę. To naprawdę interesujące, ponieważ jesteśmy jak średniowieczni i nowożytni, wielcy podróżnicy na siedmiu morzach. Do czegoś zmierzamy, nawet jeśli nie wiemy do czego.

MŻ: I coś po drodze odkryjemy?
BJ: Tak, myślę, że odkryjemy coś nowego o nas samych. Nauka daje nam dziś możliwości, jakich nie miały żadne wcześniejsze pokolenia. Może sztuczna inteligencja naprawi pewne rzeczy, ale też przez wzgląd na nią i na technologię pewne rzeczy zgubimy po drodze… To na pewno. Coś za coś. Wiesz, ludzie zawsze byli w jedności z naturą. Dziś próbujemy uciec od naszej biologicznej części siebie, ale to jest tak naprawdę niemożliwe. Chcemy jednak żyć w tej iluzji, trochę jak w Matriksie.
MŻ: A jakie jest Twoje zdanie na temat użycia AI w sztuce?
BJ: To trudne pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Powiedziałbym, że dla twórcy takiego jak ja, bardzo ważne jest tworzenie z własnych doświadczeń i emocji. Historia musi być twoja, ludzka. Sztucznej inteligencji można użyć jako narzędzia, ale nie mózgu i serca. W latach 80. mieliśmy syntezatory i to też było wykorzystanie instrumentu, za którym musiał jednak stać człowiek. Dziś wielkie studia wielkich wytwórni możemy przenieść do swoich domów, bo rozwój technologii pozwala z pomocą MacBooka nagrać to, co kiedyś można było zrealizować tylko w profesjonalnym miejscu. To jest duża wartość dla mniejszych, niezależnych artystów bez budżetów i wsparcia labelu. Nie powinniśmy jednak nigdy pozwolić sztucznej inteligencji, aby pisała za nas muzykę. Byłaby ona wówczas pozbawiona tej pasji, tego ognia, tego ważnego czynnika ludzkiego. To samo dotyczy wielu innych dziedzin, nawet sportu. Możemy postawić na boisku do piłki nożnej same roboty, ale czy mecz byłby wówczas porywający?
MŻ: Myślę, że mało kto chciałby go oglądać.
BJ: Prawda? To byłby okropny sport (śmiech). Chcemy wiedzieć, że ta osoba poświęciła tyle i tyle godzin na trening, włożyła w to tyle i tyle wysiłku, ma takie i takie predyspozycje, mocne i słabe strony itd. Żeby nas inspirowała swoją historią. W większym stopniu wpłynie na nas biegnący człowiek niż biegnący robot, zgadza się? To samo jest z muzyką. Tak że podsumowując: AI jako narzędzie techniczne, pomocne w produkcji – ok; jako narzędzie do pisania i tworzenia muzyki – zupełnie nie. Taka sztuka nie ma szans się obronić.
MŻ: Zdecydowanie. Kontynuując podróż przez „Armaheaven” – zaraz za „NeoFuture” mamy utwór „Villain” z tymi nieco westernowymi wstępem i klipem – chciałam cię zapytać o to, jaka historia kryje się za powstaniem tego dość nietypowego jak na was wideo?
BJ: Kiedy doszliśmy do „Villain”, powiedzieliśmy sobie – ok, ten kawałek naprawdę ma klimat pary. Zawsze nagrywaliśmy nasze teledyski na Łotwie, w Rydze. Tym razem wiedzieliśmy, że musimy zrobić to zupełnie inaczej. Znaleźliśmy miejsce, które wyglądało jak pustynia. Ale dla mnie, wiesz… to nie jest moja ulubiona piosenka, że tak to ujmę. Myślę, że to dobry numer Smash, ale jest zbyt bezpieczny. Kurczę, trudno mówić o swoich utworach, są trochę jak dzieci, więc niełatwo jest wskazać ulubione i co więcej te, które lubi się trochę mniej (śmiech).
MŻ: Rozumiem (śmiech). Przyznam, że to też nie jest moja ulubiona wasza piosenka, nie jest też ulubioną na tym albumie.
BJ: A która jest?
MŻ: „Wildfire”.
BJ: O tak, totalnie! „Wildfire” to zdecydowanie jeden z moich faworytów! Piątka! Bardzo lubię też „Trigger”, „Somebody Like You”, „Counting on Me”. Co do „Wildfire” to powiem ci, że napisałem ją w jakieś 15 minut, dosłownie w kwadrans miałem gotowe wszystkie melodie. To jeden z tych kawałków, który przychodzi do ciebie sam i sam cię niesie. Wierzysz w to, że czasem połączenie dwóch, właściwych osób jest w stanie wytworzyć ogień?
MŻ: Jak najbardziej.
BJ: Ja tak samo. I o tym właśnie jest ten numer. Wszyscy nosimy w sobie ten „fire” i w odpowiednim połączeniu jesteśmy w stanie go rozniecić, i tworzyć rzeczy niemożliwe. Następuje wówczas taka emocjonalna eksplozja. I chciałem, aby ta piosenka tak właśnie brzmiała. Duże zasługi w tym ma też Dino Medanhodzic, który wespół ze mną zajął się produkcją.
MŻ: Mam wielką nadzieję, że ten utwór znajdzie się w setliście nadchodzących koncertów.
BJ: Zobaczę, co da się zrobić!

MŻ: Z góry bardzo dziękuję! Kurczy nam się niestety czas, więc idąc dalej – na płycie pojawiają się także Elize Ryd (Amaranthe) w utworze „Paradise”, LIAMOO we „Flame” oraz LiLiCo w „First Time”. Kierowaliście się jakimś kluczem przy doborze tych gości?
BJ: Powiedziałbym, że wiele osób na albumie to po prostu nasi przyjaciele. Budowaliśmy relacje przez wiele, wiele lat. Ich pojawienie się wydarzyło się tu więc całkiem naturalnie, organicznie. Z Elize znamy się już kupę czasu. Liam i ja jesteśmy przyjaciółmi z Melodifestivalen. Gramy razem w wiele gier i obaj jesteśmy trochę nerdami. Uwielbiamy historię, fantasy, sagi. I ja chciałem właśnie dodać taką sagę o smoku do świata Smash. Napisałem w domu piosenkę zatytułowaną „Flame”. A potem zabrałem ją z Liamem i Dino do studia w Sztokholmie i razem napisaliśmy resztę utworu. Dobrze nam poszło i wspólnie uznaliśmy, że to jest dobry dodatek do całości. Jeśli chodzi o LiLiCo, to poznał nas ze sobą jeden z naszych współpracowników. To on zasugerował, że mogłaby z tego wyjść ciekawa kooperacja. Wysłałem demo i to, co przyszło w odpowiedzi, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zrealizowaliśmy ten kawałek i zakumplowaliśmy się ze sobą. To kolejny przypadek, gdy muzyka buduje tak piękne relacje między ludźmi.
MŻ: A propos Melodifestivalen – w tym roku ponownie (bo to nie pierwsze wasze doświadczenie z tym showcasem) wzięliście w nim udział. Z piosenką „Hollow” zajęliście 4. miejsce w wielkim finale. Mam wrażenie że, zwłaszcza w krajach nordyckich, eliminacje do konkursu Eurowizji traktowane są szczególnie poważnie i mają rzeczywiście wielkie znaczenie dla promocji muzyki. Zgodziłbyś się z tym stwierdzeniem?
BJ: Ten showcase to naprawdę najlepsza promocja, jaką można zrobić dla piosenki. Jesteśmy obecni na szwedzkim rynku muzycznym od prawie 20 lat, jak wiesz. Co roku jedziemy w trasę po kraju, gdzie gramy od 50 do 100 koncertów, i nigdy – w kontekście zasięgu – nie byliśmy w stanie choćby zbliżyć się do tego, co dały nam 3 minuty w telewizji. Dlatego gdy po raz pierwszy się tam dostaliśmy, byłem bardzo szczęśliwy. Zagraliśmy wówczas „Six Feet Under”. Co jednak ważne – za każdym razem graliśmy tam w 100% siebie, nie modyfikowaliśmy naszych utworów pod TV, pozostaliśmy wierni sobie i naszym słuchaczom. Nasza przygoda z Melodifestivalen to naprawdę super doświadczenie i fajna podróż, jestem dumny z każdej jej części.
MŻ: A jakie jest Twoje zdanie na temat samej Eurowizji – konkursu, o którym mówi się, że już dawno przestał być artystycznym, a stał się przede wszystkim politycznym?
BJ: Wiesz, myślę, że te wszystkie zawirowania wokół Eurowizji, wynikają też po części z tych uwarunkowań ery cyfrowej i tego, że coraz trudniej zachować nam spokój ducha. Próbujemy naprawiać świat tysiące mil stąd, ale nie próbujemy naprawiać naszej własnej głowy. Tymczasem nie rozwiążemy problemów gdzie indziej, jeśli nie zaczniemy od siebie. Dopóki jakiś palec wskazuje nam tematy na świecie, którymi powinniśmy się zajmować zamiast sobą, to nic dobrego z tego nie wyniknie. Musimy zadać sobie pytanie, czy chcemy być siłą konstruktywną, czy destruktywną. Polityka będzie nas ciągnąć w tę drugą opcję za wszelką cenę, dlatego ten palec będzie nam pokazywał to, co będzie nas negatywnie nakręcać. Tak to działa od zarania dziejów. Muzyka natomiast może być tą siłą konstruktywną, tworzącą mosty. One z kolei budują pokój. Może być tym palcem wskazującym dobry kierunek. Polityka nigdy nie kieruje się sercem. Muzyka tak. Dlatego jestem zdania, że nigdy nie powinno się jej brudzić polityką. Nie bądźmy oczywiście przy tym naiwni i nie myślmy, że problemy świata rozwiążemy muzyką, bo nie. Ale dzięki muzyce możemy się uwolnić od tej nienawiści, którą z każdej strony starają się nas karmić politycy, a to jest już jakiś pierwszy krok do uzdrowienia wszystkiego.
MŻ: Żałuję, ale nie mamy niestety więcej czasu, ostatnie pytanie zatem – już w czerwcu zagracie w Polsce podczas Summer Punch Festivalu. Jak dotąd byliście w naszym kraju już kilka razy. Czy jest coś, co szczególnie ci się z nami – z naszą publicznością, z naszą kulturą – kojarzy?
BJ: Serdeczność, otwartość, komunikatywność. No i fantastyczna scena muzyczna. Zawsze czułem się w Polsce bardzo mile widziany. I to zarówno, jeśli chodzi o publiczność, jak i kontakty z mediami czy zwykłymi napotkanymi ludźmi. Bardzo łatwo nawiązuje się tu rozmowę i łapie się świetny flow. Można też fajnie pogadać na tematy wykraczające poza samą muzykę, pofilozofować. Najlepszym przykładem jest choćby nasze dzisiejsze spotkanie i ten wywiad – widzimy się pierwszy raz w życiu przecież, a gada nam się ze sobą tak, jakbyśmy znali się od lat. To jest piękne, absolutnie wyjątkowe. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że kocham Polskę i bardzo cieszę się z tego, że już za moment znowu będziemy mogli do was zawitać.
Rozmawiała Magda Żmudzińska
Przypominamy, że Summer Punch Festival odbędzie się w dniach 18 i 19 czerwca 2026 na terenie Letniej Sceny Progresji. Organizatorem festiwalu jest Winiary Bookings.
