IKS

Jessie Ware – „Superbloom” [Recenzja], wyd. Universal Music Polska

Zazwyczaj przewracam oczami, gdy ktoś pisze, że dany artysta jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Ale w przypadku Jessie Ware muszę się przyznać, że wyjątkowo trudno znaleźć trafniejsze porównanie. Co więcej, jej świeżo wydany album „Superbloom” emanuje tak pozytywną, zaraźliwą energią i całkowitym brakiem skrępowania, że słuchając go, dosłownie czuje się ośmielony, by popełnić ten drobny grzeszek. No więc recenzję jej szóstego albumu zacznę tak… Jessie Ware jest jak dobre wino… no ale sami dobrze wiecie, co dalej.

Na poważnie: Jessie to prawdziwa kobieta sukcesu. Dzięki ciężkiej, systematycznej pracy w ciągu ostatnich kilku lat weszła do ścisłej czołówki artystek wykonujących muzykę z pogranicza retro popu. Przy tym wszystkim pozostając po prostu sympatyczną, ciepłą babką, której nie sposób nie kibicować. Mimo że droga do sukcesu nieraz bywała wyboista, udało jej się dotrzeć do punktu, w którym obecnie się znajduje, bez deptania po trupach, udawania i – co najważniejsze – do samego końca pozostając sobą. Ale nie zapominajmy o talencie – a Jessie ma ich naprawdę wiele… To doskonała wokalistka, ceniona podcasterka, autorka książek kulinarnych, a przede wszystkim kochająca żona i mama trójki dzieci. I coś mi podpowiada, że właśnie ta ostatnia rola i relacje z najbliższymi są dla niej najcenniejsze – i paradoksalnie stały się kluczem do rozkwitu kariery (parafrazując tytuł, aż chce się powiedzieć super rozkwitu). Wystarczy włączyć jej autorski podcast „Table Manners”, który od lat prowadzi razem ze swoją mamą, Lennie Ware. Siadają przy stole, zapraszają gości i rozmawiają o jedzeniu, rodzinie i przy okazji o wszystkim innym. W świecie, który pędzi na złamanie karku, Jessie Ware udało się znaleźć złoty środek: poukładać życie tak, by było miejsce i na blask sceny, i na ciepło domowego ogniska. Teraz wraca z nową płytą „Superbloom” – trzecią częścią swojej disco trylogii, w której z jeszcze większą pewnością siebie kontynuuje ukochaną przez fanów (i branżę) podróż przez roztańczone, rozgrzane do czerwoności parkiety lat 70. i 80. A co najważniejsze, na nowym albumie radość, jaką czerpie z życia, grania i bycia po prostu sobą, czuć jeszcze mocniej!

 

zdj. materiały promocyjne

 

Czerwiec 2020 roku. Pandemia COVID-19 trwała w najlepsze, a świat pogrążył się w marazmie. Społeczeństwo z niepokojem spoglądało w stronę przyszłości, która wydawała się coraz mniej przewidywalna. Właśnie w tamtym momencie Jessie Ware wydała swój trzeci – roztańczony, zanurzony w estetyce disco i muzyki house album „What’s Your Pleasure?”. Płyta niemal natychmiast zdobyła uznanie wszystkich – od fanów po krytyków.

Być może to efekt potrzeby ucieczki przytłoczonych pandemiczną rzeczywistością słuchaczy w coś radosnego – a Jessie Ware idealnie tę potrzebę zaspokoiła. Jak szybko się okazało, to był moment przełomowy – początek nowego rozdziału w jej karierze. Co istotne, niewiele wcześniej brakowało, by Jessie całkowicie wycofała się z muzyki. Kiepska sprzedaż płyt oraz wyczerpująca trasa promująca album „Glasshouse” sprawiły, że poważnie rozważała odejście ze sceny. Remedium na te problemy okazał się równoległy sukces jej podcastu „Table Manners”, który zdobył ogromną popularność i milionowe odtworzenia. To doświadczenie wyraźnie zmieniło spojrzenie artystki zarówno na samą siebie, jak i na funkcjonowanie w show-businessie, dając jej większą swobodę, pewność siebie i wewnętrzny spokój, który wyraźnie słychać na „What’s Your Pleasure?”. Dalszy ciąg tej historii jest doskonale znany. Kolejny album, „That! Feels Good!” odniósł spektakularny sukces, umacniając pozycję Jessie Ware jako jednej z najbardziej wyrazistych postaci współczesnego (retro) popu. I tak dochodzimy do roku 2026, kiedy w ręce słuchaczy trafia „Superbloom” – album zbudowany na fundamentach dwóch poprzednich, stanowiący dojrzałe i efektowne zwieńczenie trylogii rozpoczętej właśnie w 2020 roku.

 

„Superbloom” to płyta, która w żadnym stopniu nie próbuje wywracać stołu do góry nogami – i dla mnie w tym tkwi jej największa siła (jednak dla innych może okazać się największym minusem). Jessie Ware jeszcze mocniej zanurza się w dyskotekowo-funkowej estetyce złotej ery disco, rozbudowując brzmienie znane z albumu „That! Feels Good!”. To wciąż ten sam retro-disco-pop, przez który jej kariera dostała drugie życie w 2020 roku. Dopracowany, niezwykle stylowy i zagrany w najlepszy możliwy sposób – mimo że już bez tego efektu zaskoczenia, to wciąż powodując te same emocje… Sprawia że słuchacz czuje się dobrze!Już od pierwszego odsłuchu uwagę przykuwają bogate, wielowarstwowe aranżacje, które sprawiają, że każdy utwór aż prosi się o wykonanie na żywo. „Superbloom” został wyprodukowany we współpracy z kilkoma kluczowymi nazwiskami z branży, wśród których znaleźli się James Ford (wspomniany przeze mnie przy okazji ostatniego albumu Mumford & Sons – tutaj), Karma Kid, Barney Lister, Stuart Price i Jon Shave. To doświadczeni twórcy, doskonale czujący styl Jessie, którzy jeszcze mocniej podkręcili taneczny charakter albumu.

 

 

Tytułowe „Superbloom” czy singlowe „Automatic” brzmią jak stworzone z myślą o koncertach – wyobraźnia sama podsuwa obraz (zdecydowanie zbyt małej) sceny zadymionego klubu, na której z trudem mieści się zespół, smyczki, pianino i te niesamowite chórzystki. Niezależnie od tego, jak ciasno robi się w tle, na pierwszym planie zawsze stoi ona – emanująca charyzmą i magnetyzmem. Jedyna i niepowtarzalna – Jessie Ware.

Po onirycznym intro „The Garden Prelude”, które subtelnie wprowadza słuchacza w koncept albumu – celebrację rozkwitu zarówno emocjonalnego, jak i cielesnego – pojawia się euforyczne „I Could Get Used to This”. Ten jeden z najmocniejszych punktów płyty, z klasycznym tanecznym impetem, od razu przenosi nas prosto do dusznych nowojorskich klubów lat 70. Trudno przy tym zapomnieć o fundamentalnej roli, jaką w narodzinach disco odegrała społeczność queer – „Superbloom” wyraźnie oddaje jej hołd. W „Ride”, z samplowanym fragmentem ze ścieżki dźwiękowej do „The Good, the Bad and the Ugly”, Ware puszcza oko do tej tradycji, celebrując wolność, pewność siebie i radość. Jej wokal płynie tu swobodnie i zmysłowo, przywołując najlepsze momenty klasycznego disco – te, w których lepkie od potu ciała spotykają się na parkiecie, a wszelkie ograniczenia i bariery przestają istnieć.

 

 

W wielu momentach albumu wyraźnie pobrzmiewa funkowa energia spod znaku Prince’a – soczyste linie basu, połyskujące syntezatory i lekko prowokacyjny groove („Mr Valentine”). Z drugiej strony słychać inspiracje takimi ikonami jak Grace Jones, Donna Summer czy Gloria Gaynor.

Jessie Ware, podobnie jak wielkie diwy gatunku nie boi się emocji – jej refreny brzmią jak manifesty wolności i przyjemności. Na „Superbloom” nie brakuje też momentów bardziej frywolnych. Tekst utworu „Sauna” sprawi, że na niejednym policzku pojawi się rumieniec równie szybko jak przy najbardziej sprośnych wersach Sabriny Carpenter. To kolejny dowód na to, że „Superbloom” jest albumem świadomie zmysłowym i celebrującym przyjemność w każdej formie. „(…)If you wanna last longer, I don’t need faster, I need stronger, Take it to the sauna (…)” – bez najmniejszego skrępowania wyśpiewuje Jessie. Całość płyty dopełnia lekko kiczowaty klimat przełomu lat 70. i 80., który regularnie przebija się na powierzchnię (najbardziej czuć go w „Don’t You Know Who I Am?”). Jednak ten kicz jest w pełni kontrolowany – pełen czułości, humoru i świadomości. To nie przypadek, lecz przemyślany hołd dla epoki, w której disco było czymś więcej niż muzyką – było stylem życia. Dzięki temu „Superbloom” brzmi jednocześnie nostalgicznie i świeżo… A gdy myślisz, że już nic cię nie zaskoczy, Jessie Ware serwuje bardziej refleksyjne utwory, jak zamykający „Mon amour” czy przepiękną osobistą balladę „16 Summers”.

 

Jessie Ware po raz kolejny udowadnia, że w tym retro-uniwersum czuje się jak ryba w wodzie. „Superbloom” nie jest rewolucją, a triumfalnym, lśniącym potwierdzeniem jej artystycznej tożsamości. A prawda jest taka, że choć na współczesnej scenie wiele osób próbuje grać w ten sposób, niewiele robi to dziś równie dobrze, jak ona!

 

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. “Superbloom” w wielu ciekawych wariantach  (również z autografami Jessie Ware!)  możecie nabyć w oficjalnym polskim sklepie Universal Music (tutaj) .

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020