Jeden z naszych najważniejszych zespołów eksportowych postanowił wydać nowy album o tytule, w którym jak zwykle muzycy poczynili żart językowy: „The End Is High”. Jako iż mamy do czynienia z zespołem, który urósł poza granice Polski, za wydanie nowego krążka długogrającego formacji zabrało się niezawodne Heavy Psych Sounds z Włoch. Na nowy album studyjny formacji gruzu instrumentalnego, bujającego oraz psychodelicznego trzeba było czekać niecałe 8 lat. Kawał czasu, ale też nie oszukujmy się: w muzyce Belzebong nie chodzi o pośpiech.
„The End Is High” jest pełne ciężkiego, niezwykle bujającego oraz psychodelicznego stoner/doom metalowego grania z elementami sludge, bluesa czy… post-metalu. Odnoszę takie wrażenie, że te momenty bardziej rytualne, bardziej psychodeliczne mają w sobie ten nietypowy pogłos, chłód oraz przestrzenie, które dodają niezwykłego posmaku.

Album przypomina udane jam session. Utwory nie mają piosenkowej struktury, rozwijają się w sposób niekiedy spontaniczny, a motywem przewodnim muzyki jest tutaj odpowiednie budowanie napięcia, rezonowanie ze słuchaczem, wbicie słuchacza w ziemię, po czym wystrzelenie mózgu na orbitę okołoziemską.
Niezwykle intrygująco na albumie wypada gitara prowadząca, która tworzy hałasy, sprzężenia, nawiedzone dźwięki, tła pełne pogłosu oraz niesamowicie psychodelizuje. To wszystko potrafi być wplecione zarówno w konkretny gruz, jak i bardziej osobliwe motywy pełne rytualnego posmaku. Jak przystało na Belzebong: riffy gruzują konkretnie. Znajdziecie tutaj riffy zarówno odjechane, bujające, porywające w inne przestrzenie czy takie, od których aż wykrzywia się gęba. Do tego usłyszycie tu fragmenty, w których gitary wchodzą ze sobą w dialog, zabierając słuchacza w szaleńczy wymiar.
Sekcja rytmiczna dowozi niezwykle soczyste i buczące bębny oraz bas, od którego zadrży zarówno powietrze jak i blat biurka, tudzież ziemia, w zależności od tego, w jakich okolicznościach słuchacie albumu. Da się w niej wyczuć potęgę bluesa. Tego brudnego, ciężkiego i przesterowanego, ale wciąż bluesa.
Innym ciekawym aspektem związanym z albumem jest to, ile bogactwa da się na nim zasłyszeć. Ma to dwa wymiary: z jednej strony jest to album, na którym ciężko jest zapamiętać jakiś utwór, ale z drugiej strony – każdy jego kolejny odsłuch zdaje się być kompletnie różny od poprzedniego. Kiedy z kolei album już leci, to zanurzam się w jego świat całkowicie, bez wytchnienia. Dzięki tym szaleńczym, zmiennym motywom, dużej dawce psychodelii oraz postowym smaczkom płyta nie nudzi się, a zyskuje z każdym odsłuchem.
To niby tylko 4 utwory, które łącznie trwają 34 minuty, ale słuchając jej, czuję, jakby utworów było więcej, dzięki wspomnianej wcześniej mnogości motywów i zmian. Odpalajcie (album również) i pamiętajcie, że koniec jest na haju.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)