IKS

Widun (Czarny Bez) [Rozmowa]

Między światłem odbitym od księżyca a naturalnym mrokiem metalowej estetyki Czarny Bez buduje własny konsekwentny język dźwięków i znaczeń. Drugi album zespołu, „W blasku księżyca”, to świadomie zaprojektowana opowieść o nocy, transformacji i powrocie do pierwotnych źródeł – zarówno muzycznych, jak i kulturowych. W rozmowie Widun opowiada o kulisach pracy nad płytą, roli aranżacji, regionalnych inspiracjach i znaczeniu emocji w muzyce.

Szymon Pęczalski: „W blasku księżyca” wydaje się płytą bardziej skupioną na nastroju i emocjonalnej konsekwencji niż na bezpośredniej zadziorności debiutu. Czy taki kierunek był od początku świadomą decyzją artystyczną, czy raczej naturalnym efektem Waszego rozwoju?

 

 

Widun: Zdawaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Pierwsza płyta, „Ludzie, duchy, bogi”,  była dobrze przyjęta przez słuchaczy  i określiła nas brzmieniowo oraz tematycznie. Więc zadanie było trudne. Musieliśmy nagrać album, utrzymując poziom artystyczny, a jednocześnie zrobić go trochę inaczej, żeby nie powielać debiutu. To wymagało wiele pracy przede wszystkim ode mnie jako producenta i autora tekstów. Jeśli słychać różnicę, to znaczy, że zabieg się udał (smiech).

 

 

SZP: W recenzjach często pojawia się motyw „światła i mroku” jako osi tej płyty. Na ile ta symbolika była obecna już na etapie pisania materiału, a na ile wyłoniła się dopiero w trakcie pracy nad całością albumu?

 

 

W: Płyta nosi tytuł  „W blasku księżyca”. Powstał już po napisaniu i nagraniu materiału.  Gdy spojrzeliśmy na materiał całościowo, poczuliśmy, że nosi piętno nocy. Powstawał w dużej mierze wieczorami. Zresztą muzyka metalowa zanurzona jest w mroku samoistnie, więc to naturalne. Jest obszarem z którego czerpiemy najwięcej inspiracji.  Ale wśród tej wyczuwalnej ciemności jest również cząstka światła, które próbuje się przebić. Ale to dalej jest światło odbite od księżyca. W wielu dawnych kulturach był symbolem cykliczności, transformacji, kobiecości i miał wiele innych funkcji, do których nawiązujemy na tej płycie.

 

zdj. W. Różalski

 

SZP: Wasza muzyka to mieszanka łącząca folk, industrial, elektronikę i rock z metalowymi brzmieniami, ale nie brzmi jak stylistyczny patchwork. Jak wygląda proces selekcji pomysłów, by zachować spójność i nie przekroczyć granicy chaosu?

 

 

W: Aranżowanie jest dla mnie bardzo ważnym elementem zamykającym proces komponowania. To rzeczywiście układanka, która ma przynieść taki efekt, żeby słuchaczowi w przyjemny, niewymuszony sposób słuchało się poszczególnych utworów, jak i całego albumu. Ważny jest dobór wszystkich elementów, proporcje między elektroniką i folkiem, mocnym gitarowym brzmieniem i miejscem na kobiecy wokal. Staram się dbać o te aspekty, ale ponieważ często w czasie wielogodzinnej pracy w studiu tracę dystans do tego, co robię, to końcowy układ utworów pozostawiam komuś innemu. Kolejnością kawałków na obu naszych płytach zajął się Ciechan, nasz basista. Ma do tego talent. Prywatnie jest kolekcjonerem płyt analogowych. Takie hobby powoduje, że słuchasz całych albumów a nie tylko singli. Stąd jego wyczucie oraz spójność i wrażenie koncepcyjności na płycie.

 

 

SZP:  „Noc w lesie (Makabreska)” przyciąga uwagę m.in. gwarą świętokrzyską i lokalnymi odniesieniami. Jak ważny jest dla Was regionalny kontekst i czy traktujecie go bardziej jako hołd dla korzeni, czy jako pełnoprawny element narracji artystycznej?

 

 

W: Odniesienia do Gór Świętokrzyskich, z których pochodzimy, są dla nas ważne i to już kontynuacja. Na poprzednim krążku były nimi kawałki: „Łysiec” oraz „Świślina”.  Gwary ludowe to dobro kultury, które powszechnie zanika w większości regionów. To samo dzieje się w okolicach Łysogór. Pana Stasia (mieszka w Siekiernie obok Bodzentyna), którego głos słychać na początku utworu, nagrywałem na telefon. Takiego sposobu mówienia można słuchać jak archaicznej melodii, gdzie każde słowo jest na wagę złota. Postanowiliśmy,  że „Noc w lesie”, nasza czarna komedia, zostanie zaśpiewana w tej właśnie charakterystycznej  gwarze. Nasz perkusista Nadar mieszka we Wzdole, w sercu tych gór. On i jego rodzina znają tą gwarę i byli naszymi konsultantami, jeśli chodzi o prawidłowość jej użycia w tekście piosenki.

 

 

SZP:  W porównaniu do debiutu, na „W blasku księżyca” za wokale odpowiada wyłącznie Luba. Czy i, jeśli tak, to jak ta zmiana wpłynęła na sposób komponowania utworów i budowania emocji w muzyce?

 

 

W: Na pewno stabilizacja w składzie spowodowała nastrój, w którym spokojnie można było pracować. To dla nas komfort, porównując do procesu powstawania poprzedniej płyty. Rozciągniętego w czasie, poprzecinanego zmianami wokalistek i pandemią.  Teraz w  inny sposób budowaliśmy poszczególne kompozycje, zaczynając od tekstu, tworząc linie melodyczne wspólnie z Lubą –  a później  konstruowałem harmonie, akordy, elektronikę i gitarowe riffy. Pracujemy głównie w moim domowym studiu nagrań. Dopiero gdy jest już cały kształt utworu – dopracowujemy, uzupełniamy go w sali prób z resztą zespołu. Luba bardzo zwraca uwagę na emocje. Jeśli ktoś był na naszym koncercie, to pewnie to zauważył. Balansuje głosem, stosuje melodeklamacje, specyficzną folkową rytmikę, krzyki oraz biały śpiew.  Myślę, że słychać to również w nagraniach studyjnych.

 

 

SZP:  Wasza sceniczna prezencja – maski, aura rytuału, półmrok – buduje bardzo wyrazisty klimat koncertów. Czy warstwa wizualna powstaje równolegle z muzyką, czy jest jej późniejszym dopełnieniem?

 

 

W: Pod naszymi teledyskami w sieci pojawiają się czasem wpisy: wszystko się zgadza, tylko te stroje i maski tu nie pasują. Zainteresowane osoby kierujemy na naszą stronę internetową www.czarnybez.com.pl, gdzie mogą zapoznać się z alternatywną historią grupy, która przenosi nas w daleką dystopijną przyszłość. Dehumanizujące maski męskiej części zespołu i stroje w stylu steam punk, goth, rave powodują, że stajemy się fikcyjnymi postaciami scenicznymi. Jesteśmy częścią fantastycznego uniwersum. I stamtąd opowiadamy te historie o dawnej Słowiańszczyźnie, bo w naszej opowieści… ludzie w przyszłości ponownie wracają do tego, co pierwotne, związane z przyrodą. Dawni Słowianie używali masek obrzędowych podczas świąt związanych z czczeniem przodków. W starożytnej Grecji między innymi służyły aktorom do głębszego skupienia się na swojej roli, co było esencją teatru i gry aktorskiej. U nas, razem ze strojami scenicznymi, są elementem pewnej całości, która wzbogaca rodzaj sztuki, jaki uprawiamy. Muzyka z elementami industrialnymi, sekwensery ze stylu rave, specyficzne dla nich riffy – czyli klimat postapokaliptyczny – łączą się z folkiem, który reprezentuje motyw bardziej naturalny, pierwotny, słowiański.

 

 

SZP:  Na płycie słychać wyraźne kontrasty: od kontemplacyjnych, niemal ambientowych fragmentów po bardziej energetyczne momenty. Czy traktujecie album jako spójną opowieść, czy raczej zbiór autonomicznych historii połączonych wspólnym nastrojem?

 

 

W: Taki był plan. O konstrukcji samego albumu mówiłem wcześniej. Jednak założenie było takie, żeby mocniejsze momenty były poprzecinane spokojniejszymi. Do tego celu wykorzystaliśmy fragmenty pieśni ludowych: „Zaświeć niesiondzu”,  „Ciemna nocka” i „Oj lulaj, lulaj”, która zamyka album snującą się gitarową melodią.

 

zdj. W. Różalski

 

SZP:  Cover „Wilcza pora” projektu Songleikr dobrze wpisuje się w klimat albumu, mimo że pochodzi spoza słowiańskiego kręgu. Co Was najbardziej pociąga w skandynawskiej wrażliwości i czy widzicie między nią a słowiańskością więcej podobieństw niż różnic?

 

 

W: Songleikr tworzą  Maria i Christopher znani z grupy Heilung,  która w genialny sposób pokazała światu, jak przy pomocy  elektroniki i zloopowanych dawnych instrumentów, specyficznych zaśpiewów, a przede wszystkim wspaniałych strojów – można zbudować klimat dawnych wikińskich sag. Utwór „Ulvetime” spodobał mi się od „pierwszego usłyszenia”. Był inny, mniej znany, akustyczny, mocno folkowy, z ciekawą linią melodyczną i historią w tekście. Myślałem nad tym, czy w ogóle grać cover, a jeśli tak, to w jaki sposób. Postanowiłem najpierw napisać tekst w języku polskim, który będzie bazował na oryginalnym. Podstawą harmoniczną miała być również mandolina, tylko tenorowa (i taką nagrałem). Chciałem też wykorzystać pełną sekcją rytmiczną i tak też zrobiliśmy. Smaku dodała również nyckelharpa, czyli harfa klawiszowa, którą zarejestrował jako gość Piotr Nowak z grupy Jarzmo. A jeśli chodzi o meritum Twojego pytania, to uważam, że w okresie wczesnego średniowiecza basen Morza Bałtyckiego był strefą wpływów tak normańskich (germańskich), jak i słowiańskich. To było istne przenikanie kultur, wierzeń, zachowań. Wielu uprawiało piractwo niezależnie od języka, którym się posługiwali, uprawiano rolę, handlowano wszystkim, na co był popyt, między innymi ludźmi. Częściej też niż obecnie trzeba było dobywać broni, więc musiała być zawsze pod ręką i wymagało to od jej posiadacza konkretnych umiejętności, żeby przetrwać. Tak żyli ludzie tamtych czasów. Przez ten kontekst historyczny uważam, że mamy ze sobą wiele wspólnego.

 

 

SZP:  W recenzjach często pojawia się określenie „muzyka, do której się wraca”. Czy podczas pracy nad albumem myśleliście o jego „długowieczności” i odbiorze po wielu odsłuchach, czy raczej skupialiście się na pierwszym wrażeniu?

 

 

W: Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, ale jeśli zostaje niedosyt i chce się wracać, to dla artysty znaczy, że to dobrze wykonana praca. Jeśli tak jest w przypadku tego lub poprzedniego albumu, to dla nas wielka duma i potężna dawka energii do tworzenia następnej płyty. To nie jest tak, że my nie mamy informacji zwrotnej. Prowadzimy działania w social mediach, ale przede wszystkim skupiamy się na intensywnej działalności koncertowej. Promujemy tę płytę, grając dwadzieścia koncertów klubowych. W marcu rozpoczynamy następną trasę, „Splot światów”, z grupą Ukć. To kolejne dziesięć występów. W międzyczasie zagramy dwa koncerty jako gość na trasie Zenka Grabowskiego. A potem plenery i festiwale.  Cieszymy się, gdy nasi fani śpiewają z nami podczas występów. Zwykle gramy kilka bisów, a po koncertach zawsze wychodzimy i rozmawiamy z publicznością. To najlepsze źródło informacji i wspaniałe uczucie dla nas jako muzyków.

 

 

SZP:  Patrząc z perspektywy dwóch albumów: czy Czarny Bez jest dziś zespołem, który znalazł już swój język, czy raczej takim, który dopiero zaczyna coraz odważniej nim operować? Czego możemy się spodziewać na kolejnym etapie Waszej drogi?

 

 

W: Myślę, że znaleźliśmy swój oryginalny sposób na promocję tematyki słowiańskiej, nieco zaniedbanej, mało oficjalnie promowanej. Mamy swoją własną „misję edukacyjną” w tym zakresie (śmiech). Cieszymy się, bo przybywa nam coraz więcej fanów. Widzimy wzrost zainteresowania naszą muzyką. My od początku mieliśmy swój język i pewien plan, który cały czas realizujemy. Polega na ciągłej pracy. Stawianiu drobnych kroków do przodu, a potem kolejnych. Wyciąganiu wniosków z niepowodzeń i sukcesów. A następnym etapem będzie kolejna płyta. Już w pewnym sensie nad nią pracuję. Magazynuję zagrywki, melodie, gitarowe riffy, brzmienia elektroniczne, ciekawe frazy słowne, istotne zagadnienia. Często nagrywam pomysły na dyktafon w bardzo różnych miejscach – najczęściej od razu kiedy się ujawnią (śmiech). Z tych skrawków poskładamy kiedyś kolejny album.

 

 

 

Rozmawiał Szymon Pęczalski

 

Splot Światów – wspólna trasa CZARNY BEZ & UKĆ

Trasa obejmuje dziesięć miast:

 

Zachęcamy też do przeczytania:

– naszego starszego wywiadu z Widunem (TUTAJ)

–  recenzji płyty „Ludzie, duchy, bogi” (TUTAJ)

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

Facebook

Instagram

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020