IKS

Volodymyr Lyashenko (Moonstone) [Rozmowa]

Wywiad z Volodymyrem Lyashenko – gitarzystą i wokalistą krakowskiego zespołu stoner/doom metalowego Moonstone. Czy w dobie streamingu i cyfrowych wydawnictw bycie rozchwytywanym wciąż ma znaczenie? Czy lepiej gra się koncerty w przestrzeni zamkniętej czy otwartej? Czy Moonstone grało w kościele? Dlaczego okładki albumów zespołu drukowane są na szarym papierze? Czy koncerty mogą być formą misterium? Jak zapowiada się zbliżająca się trasa z islandzkim Morpholith? Czym jest niedawno rozpoczęta Era Mykologii? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedzi w poniższym wywiadzie.

Marek Oleksy: Niedługo minie 9 lat działalności Moonstone. Macie w dorobku trzy albumy długogrające, jedną epkę i wiele, wiele koncertów, również tych festiwalowych. Czy czujecie się znanym zespołem i rozchwytywanym, czy wciąż niszową formacją?

 

 

Volodymyr Lyashenko: Czy czujemy się rozchwytywanym zespołem? Trudno na to odpowiedzieć. Jak widzimy, coraz więcej kapel wydaje cały czas, pod słońcem, więcej albumów, niż przeciętny człowiek jest w stanie słuchać. Praktycznie człowiek, jako badacz wewnętrzny, jest uzależniony od poszukiwania nowych rzeczy i właśnie przez te nowości ciężko cały czas cokolwiek manifestować przez tę muzykę. Jeśli jesteś na scenie pięć lat, dziesięć lat, dwadzieścia lat, to nie jest to tak ważne jak wysiłek wkładany w twórczość na bieżąco, cały czas. To wymaga od ciebie tego rzeźbienia w czasie rzeczywistym, w tym też komplikowania sobie życia pod agendą robienia i grania koncertów w Polsce lub za granicą. To po prostu wysiłek na innym poziomie, to nie znaczy, że rozchwytywalność jest jakąś pewną miarą sukcesu albo oznaką przebywania na scenie. Rozchwytywalność to jest rzecz, która zależy tylko i wyłącznie od artysty w pewnym stopniu, ale dobra muza się robi bez myślenia o byciu rozchwytywanym, prawda?

 

 

MO: Powiedz mi, czy wolisz grać koncerty klubowe czy festiwalowe?

 

 

VL: Outdoor czy indoor experience – każdy będzie czuć, że tak powiem, swoje spektrum, prawda? Ale generalnie, dźwiękowo-brzmieniowo, zawsze wolę klubowe, czytaj: przestrzeń zamkniętą. I oczywiście, że zawsze marzyłem zobaczyć każdą kapelę z pokroju tych, co teraz grają większe rzeczy, w stylu Electric Wizard, żeby usłyszeć ich w pubie Korba, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

 

zdj. Kuba Kazanowski

 

MO: Czyli ogólnie uważasz, że koncert klubowy ma tę przewagę nad tym festiwalowym, openerowym, że po prostu jest dużo lepiej go przeżyć w zamkniętej przestrzeni i jest dużo lepsze nagłośnienie?

 

 

VL: Przede wszystkim rezonans ze ścianami, tak zwana poduszka, która grzeje plecy, jest lepiej osiągalna w zamkniętej przestrzeni niż w otwartej. Aczkolwiek, jeśli mówimy o otwartej przestrzeni, to też nie zawsze wygląda tak, że grasz na scenie, tam gdzie jest rusztowanie przykryte jakimś tam backdropem itd. Czasem mogą być hybrydowe opcje, w stylu na przykład Red Smoke Festival, gdzie są pewne przeszkody na tej scenie, dźwięk ma skąd się odbijać, ale przy tym pozostaje w kanonie otwartego grania.

 

 

MO: Jednak amfiteatr ma swoją specyfikę, jakby nie patrzeć.

 

 

VL: Jak najbardziej. Zagrać w takim pół-otwartym, pół-zamkniętym to byłoby chyba najlepszym kompromisem, ale praktycznie, jeśli mam być absolutystą, to muszę wybrać klubowe koncerty.

 

 

MO: Jakieś ulubione kluby do grania koncertów w Polsce i za granicą?

 

 

VL: Ulubione kluby? Te, w których jeszcze nie grałem (śmiech). Są miejsca, które kocham, bo byłem tam tak wiele razy, że nie da się ich nie kochać. Ile razy przywaliłem głową w sufit w „Hydrozagadce” w Warszawie czy w „Liverpoolu” we Wrocku, to nie wiem, aczkolwiek może moja głowa kiedyś mi o tym przypomni. Bardzo lubię „Pod Minogą” w Poznaniu, uważam, że to jest legendarny punkt i warto tam zagrać zawsze. Na pewno „Hydrozagadka” i „Chmury”, dlatego że te miejsca robią prawdziwy natłok wydarzeń, a poza tym to po prostu super miejsca. Na pewno klub w Reykjaviku, Gaukurinn, w którym nawet grał Sleep kiedyś, i to był chyba najmniejszy backstage, który Sleep kiedykolwiek miał. Niestety klub już nie istnieje. Szczerze, w Europie nigdy się nie wydarzyło, żebym zagrał w jakimś miejscu dwa razy, ale były czasem to całkiem spektakularne miejsca, jak na przykład z Moonstone kiedyś w Belgii zagraliśmy z inicjatywy fajnego lokalnego zespołu Ka’Una, gdzie rzeźbią super riffy i bardzo im się zachciało w kościele zagrać, i jeszcze Moonstone ściągnąć przy okazji. To było spektakularne miejsce, ale czy do odtworzenia? Absolutnie nie, ale lubiłem akurat grać w tym kościele.

 

 

MO: Moonstone w kościele ze swoją masą riffową i przestrzenią brzmi jak niesamowity pomysł.

 

 

VL: Oczywiście, czasem po prostu do muzyki bardziej coś rezonuje. Ja najchętniej bym zagrał w jaskini jakiejś, żeby spróbować.

 

 

zdj. Michał Białowąs

 

 

MO: Skąd się wziął pomysł na grzybowo-leśne motywy w warstwie graficznej zespołu?

 

 

VL: One przychodziły całkiem organicznie wraz z postępem w badaniach mykologicznych oraz leśnych zespołu Moonstone. Każdy z nas lubi pójść do lasu i coś tam fajnego znaleźć. Jeśli zagłębiać się jeszcze bardziej, no to pamięć archaiczna zawarta jest w każdej naturalnej rzeczy. W pewnym stopniu odnosimy się do pamięci archaicznej w każdym z naszych kawałków i jakby nie ma nic teoretycznie starszego na naszej planecie niż grzyby. Więc lekki plot twist starożytności, ale zawarty nie w postrzeganiu człowieka, tylko mykologicznej kultury związanej z naszą ziemią już wiele, wiele milionów lat. Jeszcze głębiej, no to tak, faktycznie to może dotyczyć pewnych personalnych badań na jakiś temat, ale nigdy przecież o tym nikt nie powie wprost.

 

 

MO: Zauważyłem, że większość Waszych albumów, z wyjątkiem „1904”, zostało wydanych na szarym papierze z recyklingu. Powiedz mi, czy jest to jakaś forma troski o środowisko?

 

 

VL: Na pewno była, w momencie, kiedy wybieraliśmy, że tak powiem, oprawę graficzną dla naszej pierwszej płyty, ponieważ w tej tłoczni, gdzie ją robiliśmy, to była tańsza opcja, więc rozumiesz, jak się związało jedno z drugim. Teraz kontynuujemy kanon robienia płyt, a konkretnie albumów długogrających, to by tłumaczyło, dlaczego „1904” nie posiada takiej oprawy. Teraz okładka płyty z szarego papieru to o wiele droższa opcja, to jakby podatek ekologiczny na nas wszystkich i na nasze życie. Szczerze, to opcja z szarym papierem zawsze pasowała kolorem do naszego stylu: jak dobra książka, która zawsze będzie minimalnie brązowo-żółte zabarwienie posiadać. Na dodatek wygląda to organicznie dla oka człowieka. Motyw ekologii po prostu zakradał się gdzieś pomiędzy wierszami, to nie było otwarte robienie ekologicznego doomu, ponieważ płyty tak czy siak są plastykowe, więc cóż…

 

 

MO: Pomimo poruszania się w stonerowo-doomowo-psychodelicznych klimatach każda wasza płyta jest w moim odczuciu zupełnie inna od poprzedniej. Debiut jest niezwykle ciężki, wspomniane już „1904” eksperymentatorskie, „Growth” jest bardziej postowy, natomiast ostatni album „Age of Mycology” jest pełne kwaśnej psychodelii. Co inspiruje taką różnorodność?

 

 

VL: Przede wszystkim nie można wykluczać tego, jak nas zaskakuje świat na co dzień, mam na myśli zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Szczerze, to po prostu ciężko mi uwierzyć, że tworzymy to już tyle lat, ponieważ każda płyta i każdy kawałek, i nawet każda sylaba muzyczna w pewnym sensie robi się odrębnym wszechświatem w kontekście tego, kiedy coś tworzysz i utrwalasz to za pomocą nagrania. Wyobraźmy sobie protagonistę, a nie zespół Moonstone, który bada jakiś świat. Taki protagonista musi przejść przez każdy, teoretycznie, gatunek muzyczny i zrozumieć, czy to z nim rezonuje, czy nie. Moonstone po prostu robi to na bieżąco, plus to rejestruje. Ponieważ nie ma narzuconej formy w stylu, że chcemy zwrotkę, refren i jest okej, tylko że to tak samo organicznie się odbywa, jak narastanie fali w dynamice utworu. Albo ma cię przykryć, albo ma cię rozluźnić.

 

 

MO: W moim odczuciu wspólnym mianownikiem wszystkich albumów Moonstone, poza ciężarem i wolnym graniem, jest również niezwykła emocjonalność oraz swoisty mistycyzm. Czy tworzenie i granie muzyki jest dla was przeżyciem duchowym oraz emocjonalnym?

 

 

VL: Wyobraź sobie, jak można się spirytualnie zmęczyć, jeśli każda próba byłaby takim poważnym rytuałem.

 

 

MO: Na pewno bardzo.

 

 

VL: Na pewno w jakimś stopniu, więc teoretycznie warto balansować gdzieś pomiędzy szaleństwem a poczytalnością, żeby zachować i jedno, i drugie, i jeszcze przy tym ograć materiał kilka razy i zrozumieć, co ty od niego chcesz i co on chce od ciebie. Koncerty dla mnie zawsze będą pewnego rodzaju misterium i raczej nie przez fakt, że ktoś stoi na scenie i gra koncert, a ktoś stoi niżej, tylko poprzez fakt, że ludzie chcieli w ten dzień tutaj, dzisiaj, się zebrać. Jeśli konwertować jakiekolwiek myśli na kilodżule czy coś w ten deseń, no to wychodzi na to, że jedyną magią, którą wszyscy dysponujemy, jest uwaga. I sam fakt uwagi wobec jakiegokolwiek wydarzenia, koncertu, po prostu powoduje odpowiedni rezonans. Więc to nie jest tak, że my postanowiliśmy być zajebiście uduchowieni, tylko de facto granie muzyki jest czymś pomiędzy szaleństwem i poczytalnością. Pomiędzy sztuką a konkretnym wyćwiczeniem pewnych partii czysto fizycznie. Więc jeśli balansować pomiędzy rzemiosłem a konkretnym artyzmem, to ciężko cały czas myśleć, że możesz lecieć na 100% w tę czy drugą stronę. Jeśli lecisz za dużo w stronę rzemiosła, to muzyka zamienia się po prostu w coś innego niż było na początku. Jeśli za dużo artyzmu, to prędzej czy później ci powiedzą: „słuchaj, to solo już leci 5 minut, może byśmy go przyciszyli w miksie?”. Never-ending story.

 

 

MO: Jak wygląda u was praca nad nowym materiałem? Wynika to ze wspólnego jammowania w salce, czy każdy komponuje coś od siebie w domu i zdalnie dochodzicie do jakichś wniosków? Czy może stosujecie jeszcze inny model?

 

 

VL: Wróćmy na chwilę do motywu protagonisty, który jest skompresowanym Moonstonem do jednego człowieka na potrzeby opowieści. Protagonista siedzi, wymyśla i naprawdę próbuje z siebie coś wycisnąć w domu. Słucha dobrej muzyki i chodzi na dobre koncerty, ale kiedy bierze instrument i kiedy jeszcze co najmniej trzech głodnych barbarzyńców stoi dookoła niego, to riff staje się czymś bardzo nieprzewidywalnym. Dlatego że nie ma czegoś takiego w stylu: wbiliśmy formę, przyszliśmy do salki i ograliśmy ją. Praktycznie jest takie coś, że jaka by ta forma nie była i kto by z nią nie przyszedł, ona i tak jest bardzo mocno uzależniona od superdrobnych, elementarnych rzeczy, w stylu gdzie jest ciężar w tym riffie albo co on ze sobą niesie, czy to jest narastanie, czy to jest schodzenie. Nie można cały czas schodzić, nie można cały czas narastać, nie można cały czas walić tremolo niestety (śmiech), jeśli zdasz sobie sprawę z tego, jak zmienna muzyka może być oraz jak zmienna muzyka chce być. Jeśli uświadomisz sobie, że jesteśmy tylko transmiterami tej muzyki, oczywiście, to nie jesteś w stanie faktycznie jej zobaczyć w swojej głowie w wersji finalnej, bo zawsze wyjdzie jakaś ciekawa jeszcze rytmika, zawsze można pobawić się z narastaniem gęstości, czytaj: więcej wokali albo, nie wiem, grubszy riff. I po prostu nigdy praktycznie tak nie było, że ktoś przyszedł z gotową formą i to zostało ograne. Zawsze to było wyrzeźbione w kamieniu i ironią losu jestem teraz na ulicy Kamiennej (śmiech).

 

 

MO: Jakie są Twoje najnowsze inspiracje muzyczne?

 

 

VL: Trudno mi powiedzieć, Marku, wprost o inspiracjach muzycznych, dlatego że wychodzę z założenia, że ludzie kiedyś pobierali sobie muzykę na telefon albo na inny nośnik i słuchali pewnej ograniczonej jej ilości, która jest u niego w telefonie albo na innym nośniku. I niestety ja nigdy się nie przeformatowałem z tamtej normy, więc nigdy nie posiadałem Spotify’a, nigdy nie posiadałem współczesnych rzeczy do odsłuchiwania poza pobraniem tego z Bandcampa albo z innego miejsca. Zawsze jest opcja słuchania własnych miksów, więc to redukuje konieczność pobierania nowej muzy (śmiech). Mam jakieś 120 płyt, których słucham od początku swojej wędrówki 10 lat temu i szczerze to bardziej badam muzykę, którą już znam, ale pod innym kątem. Szczerze mówiąc, to moja najnowsza inspiracja muzyczna to jednocześnie ta najstarsza i jest to „Technical Ecstasy” od Black Sabbath, ponieważ na tej płycie zrozumiałem dopiero niedawno, jak rozwijała się wizja artystyczna i techniczna co do ich muzy. I czego nigdy nie zauważałem wcześniej, bo po prostu nie słuchałem dalej niż „Sabbath Bloody Sabbath”, więc cieszy mnie fakt, że zrozumiałem w końcu, o co chodziło chłopakom. Jest to, że tak powiem, najjaśniejsza, najbardziej wyrażona inspiracja muzyczna z ostatnich. Na pewno zespół Dystopia i na pewno Earth znowu zacząłem słuchać. Może jeszcze coś łamanego, nowy Acidsloth, którego jeszcze nikt nie słyszał, bardzo polecam wszystkim w momencie, kiedy będzie dostępny do odsłuchu.

 

 

MO: Niedługo wyruszacie w trasę po Polsce z islandzkimi gruziarzami z Morpholith. Jaka jest historia tej przyjaźni? Jak się poznaliście?

 

 

VL: Ta przyjaźń dla mnie osobiście zaczęła się gdzieś w okolicach 2018–2019 roku, ponieważ bardzo mi zależało, żeby ściągnąć ich na ukraiński festiwal Electric Meadow, który organizowałem, kiedy jeszcze była taka możliwość. Pisałem do nich jeszcze z konta zespołu Goosła, swojego poprzedniego zespołu. Pozdrawiam chłopaki. Coś kminiliśmy, żeby polecieć albo do nich, albo oni do nas. Wyraźniejsza była myśl, aby ściągnąć ich do nas, ponieważ niecodziennie posłuchasz islandzkiego sejsmicznego doomu gdziekolwiek w naszych okolicach. Na Islandii właśnie grała też Sunnata, gdy dopiero co wrócili stamtąd, grając jakiś koncercik w tamtych latach, i po prostu jakoś wiedzieliśmy o istnieniu tej ekipy i że oni aktywnie robią koncerty. Praktycznie, kiedy padło na kolejne planowanie jakiegoś wyjazdu, to komuś z zespołu wpadła myśl, że można pojechać na Islandię i przy okazji jeszcze tam odpocząć i może nawet zagrać z Morpholithem. Ponieważ słuchaliśmy i katowaliśmy „Void Emissions”, czyli ich pierwszą EP-kę ze Spalonymi Wzmacniaczami (na okładce), już bardzo długo i nigdy nie było realnego odniesienia, bo nigdy nie posłuchałem ich na żywo. Więc głównym zadaniem przy naszej pierwszej podróży na Islandię było posłuchać Morpholitha – nie zagrać koncert, tylko posłuchać Morpholith na żywo. Wszyscy chcieliby zagrać na Islandii, nie ukrywajmy tego, to jednak wynika problem nawet na poziomie braku klubu. Więc klub, o którym wspomniałem wcześniej, czyli Gaukurinn, to było właśnie to miejsce, gdzie my graliśmy pierwszy koncert na Islandii, i był to jedyny możliwy klub do zrobienia podobnego rodzaju muzyki tam od może dekady. Dlatego właśnie tam jest problem nawet na lokalnym poziomie, mimo że znamy wiele zespołów w sumie z Islandii. Jest przeskok między klubem dla stu osób a salą na trzy tysiące i więcej ludzi, a w tym momencie brakuje małych klubów do grania w Reykjaviku. Sam zespół Morpholith to mega-mordy – byliśmy dwa razy na Islandii, za każdym razem chcieliśmy zagrać wspólnie ponownie i najlepiej by było, że tak powiem, na swoim backline, czyli minimalny waruneczek, że oni muszą przylecieć. Poza tym jeszcze Moonstone grał z Morpholithem kilka koncertów w Wielkiej Brytanii i po prostu ta przyjaźń się ciągnie dłużej niż się ciągną riffy, więc czemu nie – po prostu dla nas to super ważne było, żeby poczekać i zrobić trasę z nimi, niż próbować po prostu bawić się w jakikolwiek booking lokalnie.

 

 

MO: Czego my, fani, powinniśmy się spodziewać po nadchodzącej trasie Moonstone z Morpholithem?

 

 

VL: Na pewno dużej ilości decybeli, ale to jest całkiem oczywista rzecz, na pewno dużej ilości sprzętu, na pewno super mega dużego hi-hata, ponieważ pan Jonas z Morpholitha z takiego korzysta, i na pewno różnych gęstości, ponieważ Morpholith dla nas jest jakby takim pewnym monolitem riffowania i łączenia. Natomiast jak zapytali się, czy na każdym przystanku trasy będzie normalny hotel i normalne spanie, bo mamy po 50 lat niektórzy, to jakby zrobiło mi się tak (śmiech) – no nie, że tak głupio, tylko tak, wiesz, nieproporcjonalnie, że nasz doom jest taki jakiś młody i udaje stary, a tamten jest stary bardzo pod każdym względem.

 

 

 

 

MO: Można rzec: Children and Grandchildren of Doom.

 

 

VL: Tak, na pewno bym się spodziewał kilku pokoleń doomu, a nie tylko sonicznych interpretacji dwudziestego drugiego wieku.

 

 

MO: Co zwiastuje niedawno zaczęta Era Mykologii?

 

 

VL: Przede wszystkim fakt, że ludzkość dotarła do tego momentu w swojej historii, kiedy musi o tym mówić otwarcie. Po prostu o fakcie, że jesteśmy bardzo ściśle związani z każdą kulturą grzybową na świecie w ten czy inny sposób. Jeśli każdy się nad tym zastanowi, to każdy może wejść w ten czy inny rezonans na temat mykologii, na temat myślenia o tym, tego czy lubi kurki, czy lubi boczniaki, czy jakkolwiek to wpływa na jego życie. Teoretycznie zwiastuje ona dla każdego możliwość pomyślenia o grzybach w taki czy inny sposób, dla zespołu Moonstone zwiastuje otwieranie coraz bardziej skomplikowanych płaszczyzn muzycznych niż te, które widzieliśmy przedtem. Każdy z nas dojrzał do tego, żeby tworzyć nie tylko w jednym zespole, w jednym zakresie myślenia. Przed każdym z nas powstaje pytanie, czym dla Ciebie jest Moonstone? Na pewno nie Erą Mykologii, którą dopiero wydaliśmy, tylko czymś bardziej zaawansowanym, co może zwiastować właśnie era mykologii, może zwiastować dalszy etap odkryć.

 

 

Rozmawiał Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)

 

Trasa zespołów MORPHOLITH (IS) + Moonstone obejmuje następujące miejsca

MORPHOLITH (IS) + Moonstone | 8.4.2026 | Katowice, Music Hub (Miasto Ogrodów)

MORPHOLITH (IS) + Moonstone | 9.4.2026 | Warszawa, Chmury

MORPHOLITH (IS) + Moonstone | 10.4.2026 | Gdańsk, Doki4

MORPHOLITH (IS) + Tortuga, Moonstone | 11.4.2026 | Poznań, Pod Minogą

MORPHOLITH (IS) + Moonstone | 12.4.2026 | Kraków, Gwarek

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020