Bydgoski zespół Unborn Suffer zapewne szerzej znany jest przede wszystkim zagorzałym fanom brutal death metalowej i grindcore’owej, choć istnieje od ponad dwudziestu lat. W czerwcu tego roku wydali kolejną, ósmą już płytę, o której mieliśmy okazję porozmawiać z Damianem „Sfensonem” Bednarskim. Żeby nie było jednak zbyt mrocznie i poważnie, w rozmowie pojawił się również… Krzysztof Krawczyk i „Świat według Kiepskich”. Jeśli zastanawiacie się, co grindcore ma wspólnego z polską odpowiedzią na rodzinę Bundy, przeczytajcie koniecznie ten wywiad!
Natalia Glinka-Hebel: Nie ukrywam, że to, co nagrywacie, jest trochę inne gatunkowo od tego, czego słucham na co dzień, dlatego przygotowałam pytania z perspektywy osoby, która nie słucha tak ciężkich brzmień – pomyślałam, że to może być dość ciekawe. I pierwsze, co przyszło mi do głowy i na co chciałabym cię namówić, to zrobienie takiej autoreklamy: gdybyś miał zachęcić albo przekonać kogoś, kto na co dzień nie słucha takiej muzyki, jak ta, którą nagrywacie, to jak byś to zrobił?
Damian „Sfenson” Bednarski: Jak bym to zrobił? Niech się chwileczkę zastanowię. To takie trochę marketingowe pytanie, jak na rozmowie o pracę, żeby sprzedać długopis, tylko że to jest przyjemniejsze, bo mam kogoś namówić do słuchania czegoś, w co wkładam swoje całe serce i pasję, a nie sprzedać długopis, który dla mnie nie znaczy kompletnie nic.
NGH: Wiesz, pytam dlatego, że wasza muzyka, przynajmniej dla mnie, jest dosyć trudna, nie należy do łatwych i przyjemnych. I chciałabym po prostu ją zrozumieć – nie mówię kategorycznie „nie, nigdy nie będę słuchać takiej muzyki”, bo to mówię tylko jak ktoś proponuje mi słuchanie disco polo. Dlatego chciałabym zrozumieć wasz przekaz i zrozumieć to, co stoi za muzyką, którą nagrywacie.
DB: Już chyba wiem, jak bym to sprzedał i mam nadzieję, że użyję do tego odpowiednich słów. Żyjemy na tej, a nie na innej planecie, na której spotyka nas na co dzień złość, wkurw, nerwy, problemy, i szukamy drogi, aby tę złość z siebie wyładować. I tutaj polecam posłuchanie mojego zespołu i naszego najnowszego albumu, ponieważ poprzez tę muzykę wydobywa się taka złość, taka energia i taka agresja, że może być to katharsis dla słuchacza. Zachęciłbym do zapoznania się z naszym albumem, ostrzegając, że tak, będzie bardzo ciężko, będzie bardzo agresywnie, ale też będzie dosadnie, dobitnie i wypowiedź w tych kawałkach będzie bardzo krótka, więc może to też zachęci słuchacza do zapoznania się z muzyką, bo nie jest na wsłuchiwanie się w dziesięciominutowe kompozycje, tylko w kompozycje czterdziestosekundowe, minutowe, półtoraminutowe.

NGH: Ma to jak najbardziej sens i trochę uprzedziłeś moje kolejne pytanie, bo czytając o was można znaleźć informacje, że gracie muzykę określoną mianem brutal downtuned deathgrind. Zastanawiałam się, czy dla was ta brutalność jest też sposobem odreagowania codzienności. Niektórzy, na przykład, uprawiają sporty walki, inni jeżdżą samochodem tak szybko, że narażają swoje życie, a czy dla was nagrywanie tak mocnej muzyki jest sposobem odreagowania problemów?
DB: Zdecydowanie tak, w poprzedniej odpowiedzi sprzedałem mój zespół właśnie takim argumentem. Tworzę tego typu muzykę z moimi kolegami, przyjaciółmi z zespołu, i to jest dla nas takie oczyszczenie, katharsis, i po zagraniu koncertów, po skomponowaniu i nagraniu materiału, po każdym z etapów tworzenia tej muzyki, czujemy rozładowanie napięcia, a życie z roku na rok jest coraz bardziej napięte, coraz bardziej nerwowe i mam wrażenie, że gdybym nie miał tej kapeli i gdybym nie miał muzyki, to pewnie odreagowywałbym w bardzo destrukcyjny lub autodestrukcyjny sposób. Dla mnie – i myślę, że wypowiadam się także za moich kolegów z zespołu – jest to coś, co ratuje nam życie, jeśli nie fizycznie, to na pewno psychicznie.
NGH: Słuchacze chyba podzielają to odczucie, bo widziałam komentarze pod waszymi filmami na YouTubie – ludzie, którzy słuchają takiej ostrzejszej muzyki na co dzień, pisali, że jest to dobry kawał grania. Zaczęłam się też zastanawiać nad jeszcze jedną rzeczą: grając taką muzykę, macie małe szanse, że zaistniejecie szerzej w radiu albo będziecie zapraszani na bardziej komercyjne festiwale niespecjalizujące się w takiej muzyce. Na ile zależy wam na dotarciu do jak najszerszego grona odbiorców? A może bardziej stawiacie na oddane grono fanów, które będzie za wami podążać, nawet jeśli zdecydujecie się na nieco inny kierunek artystyczny. Co jest dla was ważniejsze?
DB: Chcielibyśmy spotkać się gdzieś w połowie jednej i drugiej rzeczy, o której opowiadasz. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że ta szklanka już jest w połowie pusta i ta muzyka jest tak agresywna, że nie ma potencjału komercyjnego, że nie da się z tego żyć, mieć wypłatę i funkcjonować. Ale z drugiej strony, tak, chcielibyśmy dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców – raz, że tego typu muzyki, a dwa, szukamy jeszcze osób, które słuchają metalu, słuchają ciężkich odmian muzyki, ale nie dotarły do tej tak zwanej ściany, nie słuchają tych najagresywniejszych rzeczy. Jest pewien youtuber, funkcjonujący chyba do dwóch lat, nazywa się Metal Boomer – pozdrawiamy go serdecznie. Człowiek, który nigdy w życiu nie posłuchał takiej ciężkiej muzyki sam z siebie, grindcore’u i brutal death metalu, ale nawiązaliśmy znajomość przez internet, bo bardzo cenię jego gust muzyczny. Obserwowałem go na youtube, wymienialiśmy opinie, i spodobał mu się drugi zespół, w którym gram, Kontagion, bo tam nie gramy tak ciężkiej muzyki i tym do niego dotarliśmy. Zjawił się kiedyś na naszym koncercie i skończyło się to tym, że cholernie mu się podobało, a na swoim kanale napisał recenzję naszego najnowszego albumu. Więc to działa, ta energia i ten przekaz muzyki, którą prezentujemy, może dotrzeć właśnie do ludzi, którzy na co dzień tego nie słuchają. Zależałoby nam również na dotarciu do tego typu słuchaczy. Jeśli ja zespołem, w którym gram od 24 lat, przetrę dla kogoś szlak, aby zaczął szukać podobnych do nas kapel – albo kapel, którymi się inspirujemy – to uważam, że moja praca jest prawidłowo wykonana.
NGH: No właśnie, mówiąc o prawidłowo wykonanej pracy – wydaliście do tej pory, jeżeli dobrze policzyłam, 7 albumów…
DB: Tak, 7 plus album coverowy, więc można powiedzieć, że 8.
NGH: No właśnie, to jest dość pokaźna dyskografia i zastanawiałam się, który z tych albumów, twoim zdaniem, jest najważniejszy w historii zespołu? Ten, który jest najważniejszy, który z jakiegoś powodu, twoim zdaniem, coś zmienił, wpłynął inaczej na losy zespołu. Może to był debiutancki album, ale może czujesz, że od któregoś albumu nagle osiągnęliście jakiś inny poziom, albo zaczęliście iść w zupełnie innym kierunku.
DB: Wydaje mi się, że takich albumów są dwa. Pierwszy z nich to „Is This What We’ve Created?” – nasz drugi album z 2006 roku. W tamtym czasie w Bydgoszczy raczej nie było wielu zespołów, które dostawały kontrakt płytowy, które miały album wydany profesjonalnie na CD z kolorową okładką i tak dalej, a nam się w tamtym czasie udało to osiągnąć i mam wrażenie, że wtedy wspięliśmy się na wyższy szczebel naszej twórczości, choć był to dopiero nasz drugi album. A drugi raz takie odczucie miałem w 2015 przy 6. albumie, „Nihilist”. I miałem identyczne odczucia jak w przypadku „Is This What We’ve Created?”, ale zmieniliśmy wytwórnię na dość znaną polską, która zajmuje się takimi klimatami. Usłyszało nas wtedy dużo nowych ludzi, zyskaliśmy trochę więcej prestiżu.
NGH: Zastanawiam się nad tym, co mówiłeś o zdobywaniu nowych fanów – czy jako zespół macie jakiś punkt kulminacyjny swojej kariery, do którego dążycie? To znaczy, czy jest na przykład jakiś festiwal, na którym bardzo chcielibyście zagrać? Czy może jest jakaś współpraca, na której bardzo by wam zależało? Coś takiego, co zrobilibyście, osiągnęlibyście i moglibyście sobie pomyśleć „dobra, jesteśmy na szczycie, już nic więcej osiągnąć nie możemy”.
DB: Tak, są polskie festiwale, które niestety pomimo naszego stażu, rzeszy fanów, i pomimo tego, że mija 24 rok naszego istnienia, a my nadal jesteśmy na swoim miejscu, tworzymy swoje, to nie chcą nas u siebie. Ale mam takie poczucie, że gdybyśmy dostali szansę, mogli się tam pojawić i zaprezentować dla jeszcze większej rzeszy fanów tego typu grania, to miałbym poczucie świetnie wykonanej roboty. Nie żebym tego poczucia nie miał, ale ma się takie cele, które by się chciało osiągnąć, choć cały czas natrafia się na ścianę i próbuje się ją przebić, a nie można – to są właśnie te festiwale, o których myślę: czeski Obscene Extreme, Mystic Festival, Summer Dying Loud, Injure Grind Attack – ten ostatni to festiwal trochę mniejszy niż te, które wymieniłem wcześniej, ale też celujący w muzykę brutalną. Gdzie byśmy nie jeździli, gdzie byśmy nie grali, spotykamy ludzi, którzy widzą nas po raz pierwszy, słyszą jak gramy i zadają nam pytania: „a czemu wy nie byliście na Obscene Extreme?”, „a czemu ja was nie widziałem na Injure Grind? Przecież wy idealnie tam pasujecie!”, ale z przyczyn mi niewiadomych po prostu nigdy nas tam nie zaproszono i nie było nam dane jeszcze tam zagrać. Nie chcę teraz brzmieć, jakbym się żalił i było mi potwornie przykro z tego powodu, bo z roku na rok udowadniamy, że i tak, i tak brniemy do przodu, robimy swoje – przecież teraz wypuściliśmy kolejny album i zebrał dobre recenzje – no nie będę tutaj skromny. Są wręcz bardzo dobre, ale kończąc mój wywód, myślę, że meta będzie w tym momencie, kiedy uznam, że mój organizm i mój mózg już mi nie pozwalają na granie tej muzyki, kiedy już po prostu będę na tyle stary i na tyle niesprawny, że będę musiał zakończyć. Nie zrobię tego, co robi wiele kapel, że będę wyciskał to do ostatniej kropli, przy okazji odwalając popelinę na scenie, tylko po prostu zarządzę sobie, że trzeba teraz zakończyć. Dlatego teraz prowadzę takie, a nie inne życie, czyli po prostu zdrowe, aby mieć siłę i energię robienie tego jak najdłużej, bo chcę to robić jak najdłużej.

NGH: Jakby ktoś zaproponował milion dolarów za popelinę na scenie, to ja bym się zastanowiła, czy jednak nie warto (śmiech).
DB: Jakbym mógł zmienić nazwę, to za milion dolarów? Pewnie.
NGH: Przypomniałeś mi właśnie, że jest nowy festiwal, tak na marginesie – wyskoczyła mi ostatnio informacja, że w Dobrym Mieście jest festiwal Sun Dies.
DB: Tak, śmieszna sprawa, bo kilka tygodni temu miałem wywiad w jednym radiu, gdzie najpierw wypowiadali się organizatorzy Sun Dies, a potem wypowiadaliśmy się my. I właśnie dzięki temu usłyszałem o tym wydarzeniu.
NGH: Pomyślałam, że może tam moglibyście wystąpić.
DB: Z ogromną chęcią, ale zobaczymy jaki będzie ich odzew. Widziałem, że w tym roku edycja im się udała. To jest darmowy festiwal, więc cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. Zobaczymy, z chęcią bym tam zagrał. Zresztą jesteśmy zespołem, który jak warunki są odpowiednie – a nie mamy za dużych wymagań – to my z chęcią zagramy. Nie jesteśmy wybredni.
NGH: Wy w ogóle jesteście bardzo konsekwentni, bo, jak sam wspomniałeś, nagrywacie ponad 24 lata. Jeśli się nie mylę, to jesteś w zespole od samego początku, i w takim razie będziesz w stanie najlepiej powiedzieć, jak z twojej perspektywy przez te ponad 20 lat zmieniał się zespół.
DB: Na początku byliśmy bandą zwariowanych chłopczyków, którzy po prostu chcieli grać ciężką muzykę. Bardzo mocno czerpaliśmy z naszych ulubionych zespołów. Wtedy strasznie chciałem grać jak wczesna Sepultura, bo to do dziś mój ulubiony zespół. Ale z próby na próbę, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, chcieliśmy grać coraz ciężej, coraz brutalniej, coraz szybciej. Dołączył wtedy do nas pierwszy stały basista i wprowadził nas też w tę drogę, którą tak naprawdę wkroczymy do dziś, bo jest cały czas brutalnie i agresywnie. I to w sumie dzięki niemu, wtedy w okolicach 2003, tak się właśnie stało. Potem z albumu na album ten zespół coraz bardziej dojrzewał. Mam poczucie, że to były takie kroki: jeden stopień, potem drugi, potem trzeci. Ten zespół właśnie tak fajnie sobie kroczył, powoli, ale nie było takiego momentu, że nagle zrobiliśmy pięć stopni albo siedem stopni. To było raczej regularne, z albumu na album. Jak się włączy pierwszy album, a potem trzeci album, to jest przepaść. Potem po trzecim włączy się piąty to naprawdę też jest ogromna przepaść. Dużo muzyków się zmieniało, to fakt. Nie dość, że zespół ewoluował kompozytorsko, ewoluował technicznie, to przychodzili do niego coraz lepsi muzycy, którzy też mieli ogromny wpływ na ten zespół. Ja dzięki dołączaniu kolejnych muzyków, którzy byli lepsi ode mnie, nauczyłem się dużo o teorii muzyki, co też pozostało mi do dzisiaj. Było kilka takich osób, które pomimo, że już w zespole nie grają, to odcisnęły mega piętno na kapeli i za to będę im dozgonnie wdzięczny. Wydaje mi się, że ewolucja tego zespołu jest bardzo naturalna – tak jak każdej innej kapeli – ale pomimo 24 lat i ósmego albumu na koncie, cały czas, gdy zasiadamy do nowej muzyki, to staramy się niczego nie robić na odfajkowanie, na tak zwany odpierdziel, a od ostatnich dwóch, trzech płyt bardzo pilnujemy, aby nie zjadać swojego ogona, aby nie powtarzać pomysłów, które zrobiło się album temu, trzy albumy temu. I to jest to, czego musimy bardzo pilnować, ale to jest głównie, że tak powiem, na mojej głowie. Pomimo bycia liderem, grania na gitarze i wokalowania, to jeszcze mam swoje studio i ten zespół nagrywam i miksuję, więc to wszystko jest na mojej głowie. Ale w pewnym momencie, gdy nagrywam to i przygotowuję te kawałki w wersjach demo, to wtedy słyszę, czy np. coś mi za bardzo nie przypomina jakiegoś riffu z poprzednich albumów.
NGH: Po tylu latach, zwłaszcza w takiej dość specyficznej konwencji gatunkowej, to jest niezły wyczyn, żeby, mając na koncie 8 albumów, jeszcze się nie powtarzać. Ale, tak jak wspominałeś, zespół się zmienił, wy się zmieniliście, zmienił się skład – to, co z wami zostało, to nazwa. Pamiętasz skąd ona w ogóle się wzięła?
DB: Gdy zakładałem kapelę z kolegami w 2001, to najpierw usiadłem z kartką papieru i brałem kasety – bo to jeszcze były czasy kaset – patrzyłem na teksty ulubionych kapel i szukałem fajnych zwrotów. Pojawiło się tam ich kilka, kilkanaście. A jednym z nich był właśnie Unborn Suffer wzięty z zespołu Napalm Death, z albumu „Fear, Emptiness, Despair”, z utworu „Twist the Knife”. I tam padało właśnie „unborn suffer the norm” i mówię „kurczę, fajne to brzmi”. No i wpisałem, to był jeden z kilkunastu wyborów, nie tylko z tego albumu, tylko z całej mojej kolekcji kaset, które przeglądałem. Zaniosłem tę kartkę na próbę, zapodałem jakieś propozycje pomysłów i pierwszy basista, Wojciech Dąbrowski, zobaczył to i powiedział „wiesz co, a daj mi szansę, ja coś zrobię”. I namalował naprawdę mega kozackie logo, nie to obecne, ale to pierwsze logo z takimi charakterystycznymi hakami i zadziorami, nożami z lewej i z prawej strony. W momencie, gdy przyniósł to logo i je pokazał, to byłem święcie przekonany, że mamy nazwę, nie ma co walczyć.
NGH: Wiedziałeś, że to jest to. No ona jest ciekawa, intrygująca, dlatego chciałam usłyszeć historię, jaka kryje się za tą nazwą. Natomiast mimo całej tej agresji, jaka jest w waszej muzyce, w waszej działalności, macie też niezłe poczucie humoru – widziałam wasz tribute do „Świata według Kiepskich”, ale macie też na koncie taki covey jak „Mój przyjacielu”. Skąd ten pomysł i czy planujecie kolejne alternatywne wersje znanych utworów?
DB: Może się wydawać, gdy słucha się naszych regularnych albumów, że jesteśmy ludźmi bardzo poważnymi, ale uwierz mi, absolutnie nie jesteśmy poważni. My nadal, pomimo, że każdy z nas ma już ponad 40 lat, jesteśmy chłopakami z piaskownicy, bawiącymi się zabawkami, gdy spotykamy się i komponujemy muzykę. Do tego uwielbiamy siebie, naprawdę jesteśmy przyjaciółmi; nasze poczucie humoru jest mega głupkowate i prowadzi właśnie do takich rzeczy, które wymieniłaś. Nie zapomnę o tym, jak przeżywaliśmy z Lukasem, perkusistą, po raz kolejny – bo obaj bardzo lubimy “Świat Według Kiepskich” – przeżywaliśmy ten numer „kanalii” i że ten Ferdek tam się wydziera. To była nasza kolejna podróż na koncert i kolejny raz to przeżywaliśmy, aż palnąłem: „Łukasz, czemu my tego nie skowerujemy? No my tak to przeżywamy, że to chyba znak, żeby to zrobić”. To był tak naprawdę spontan, który doprowadził do tego, że nagraliśmy ten cover, umieściliśmy go jako bonus track na albumie „Commit(ment to) Suicide”, więc jest tylko w wersji CD, nie był wcześniej dostępny w necie, a potem uderzyła pandemia, człowiek nie miał co ze sobą zrobić, więc wziąłem ten numer żeby sobie i ludziom poprawić humor, bo świat był zamknięty, nic się nie działo, nie wiadomo było, jaka będzie nasza przyszłość. Od czapy zrobiłem klip, posklejałem go na szybko, dopasowałem czasowo, żeby zgadzał się z numerem i wrzuciłem na YouTube – to ma teraz najwięcej odsłon w naszych filmach.
NGH: Ludzie to podchwycili, co widać po komentarzach – są tam odnośniki do tekstów z Kiepskich, wszyscy się zachwycają, że to zrobiliście; super to zażarło, mega dobry pomysł.
DB: Kontynuując temat naszego poczucia humoru: gdy Musica Tenebris, wytwórnia, która zaproponowała zrobienie „Grindcore Tribute to Krzysztof Krawczyk”, odezwała się do nas, to pomimo, że mam ogromne poczucie humoru, najpierw byłem nastawiony sceptycznie. Pomyślałem: cholera wie… ale „Mój przyjacielu” ma taki grindowy vibe, jest takie skoczne, tralalala, to można by to jakoś przerobić. No i poszedłem do chłopaków, zaproponowałem, jeśli mnie pamięć nie myli, to na początku też byli raczej nie do końca pozytywnie nastawieni, a to skończyło się tym, że jest cover „Mój przyjacielu” w naszym wykonaniu. I to też jest taka nasza zmora, bo Kiepskich gramy do dzisiaj na żywo, ale o „Mój przyjacielu” ludzie też proszą na koncertach, a myśmy to tylko nagrali w studiu i więcej do tego nie wróciliśmy.
NGH: Ej, ale ten utwór jest mega dobry!
DB: Tak, ja jestem z niego dumny, świetnie wyszedł. Produkcyjnie jestem bardzo zadowolony z miksu, wokalnie wydaje mi się, że byłem gdzieś na pograniczu czystego śpiewania oraz barw agresywnych, których używam w tej kapeli. Dlatego swoje 5 groszy wokalnych dołożyła reszta zespołu, bo każdy z nas trochę wokaluje, perkusista i basista też. Jestem zadowolony, nie ma to wprawdzie tylu odsłon, co Kiepscy, bo Kiepscy bardziej zażarli.
NGH: Nie sztuką jest zrobić cover, który brzmi prawie identycznie jak oryginał; sztuką jest zrobić cover, który zachowa cechy oryginału, ale będzie tak daleki od pierwotnej wersji jak to możliwe i myślę, że wam się to bardzo dobrze udało.
DB: Z perspektywy producenckiej i muzycznej, cover „Mój przyjacielu” jest zrobiony w tej samej tonacji co oryginał i w tym samym tempie co oryginał. Śpiewam, gdy wchodzę w te czyste wokale – jest ich tam niewiele, ale są – w tych samych rejestrach i tych samych dźwiękach, w których jest Krawczyk, więc czysto teoretycznie myśmy zachowali bardzo wiernie pierwowzór, ale się to włącza i co słychać? słychać łomot i kakofonię.
NGH: Ale wiesz, to, że zostajecie w tonacji, też dowodzi tego, że jesteście naprawdę dobrze wyszkolonymi muzykami, a nie, że gracie agresywną muzykę, bo nie potraficie grać muzyki, która trzyma się linii melodycznej. Przeczycie w ten sposób takim poglądom o muzyce, która jest ostra.
DB: Uważam, że aby grać taką muzykę, trzeba mieć skilla, trzeba mieć technikę, byle kto nie może sobie przyjść, usiąść, wziąć instrumenty i zacząć grać. Moim zdaniem każdy styl muzyczny tak ma. Gdybyś mi teraz powiedziała: weź skoweruj Sade, a ja się uważam za w miarę sprawnego muzyka grindcorowego, nie podjąłbym się tego, pomimo, że w jednym z największych hitów Sade na bębnach “nic nie dzieje”. Ale weź usiądź za tymi bębnami i zagraj od A do Z, tak jak robi to perkusista Sade: cały czas jest tam zachowana ta sama moc uderzeń, więc mam szacunek do każdego muzyka, grającego każdy styl muzyczny, nawet gdy dla kogoś może się wydawać, że tam kompletnie nic nie słychać – ja się z tym nie zgadzam.

NGH: Dla mnie jest jeden wyjątek – disco polo. Przepraszam bardzo, ale nikt mnie nie przekona do disco polo.
DB: Nie żebym bronił disco polo, tylko teraz muszę podtrzymać to, co wcześniej powiedziałem. Nawet oni muszą mieć pojęcie o tym, co robią. Muszą wiedzieć, że istnieje zwrotka, że istnieje refren. Jeśli podejmują się komponowania kawałków w jakiejś tonacji, to muszą w tej tonacji je zachować. Bardzo często stosują zabieg budowania napięcia pod tytułem przechodzenia skalę wyżej, aby było ciekawiej dla ucha. To niby jest papka, ale tam też ktoś nad tym siedzi i nad tym myśli.
NGH: Jesteś dla nich zbyt łaskawy, naprawdę. (śmiech)
DB: Mówisz? No dobrze, no okej. (śmiech)
NGH: Zanim przekonasz mnie do słuchania disco polo – bo jestem już blisko słuchania tak ostrej muzyki jak wasza – to powiedz mi na koniec, jakie są wasze dalsze plany. Wydaliście w tym roku płytę, teraz odpoczywacie, czy nie ma litości i trasa koncertowa, a po niej kolejny krążek?
DB: Staramy się zorganizować i zagrać jak najwięcej koncertów. Jest to problematyczne, niestety. Rynek zmienia się z roku na rok. Muzyka taka jak grindcore nie jest muzyką popularną, przyciągającą setki osób, więc załatwianie koncertów stało się jeszcze bardziej problematyczne niż wcześniej, ale nie odpuszczamy i chcemy jak najwięcej pojeździć i pograć nowy materiał. On dosyć długo przeleżał w szufladzie, normalnie wydalibyśmy go szybciej, gdyby nie zmiana wytwórni, więc już nas nosi, aby pojechać i zaprezentować tę muzykę dalej. Na razie jest pauza w kwestii komponowania nowej muzyki, ponieważ chcemy odetchnąć i dać głowom się trochę oczyścić, aby gdy zasiądziemy do kolejnego materiału, czuć taki luz, a nie presję, że dopiero co skomponowałem tamten album, ledwo nauczyłem się ten kawałek grać i już muszę komponować dalej. Niektórym to pasuje, niektórzy lubią pozostawać w takim cugu, że nie przerywają, ale z racji tego, że ja mam jeszcze studio nagraniowe i oprócz nagrywania jednego i drugiego zespołu, w którym gram, nagrywam inne kapele, to taka pauza mi się bardzo przyda. Nie świadczy ona o tym, że olewam ten zespół, tylko wręcz na odwrót: nabieram powietrza w płuca, aby właśnie mieć więcej energii i więcej tego powietrza na komponowanie kolejnego świetnego albumu.
NGH: No właśnie, i nie wypalić się też razem z pozostałymi muzykami Unborn Suffer.
DB: Gdy się pozostaje w takim tempie, że nie można zwolnić, bo trzeba ciągle komponować, to bardzo łatwo w tym momencie zjeść swój ogon oraz wypalić się i nie mieć chęci do komponowania. Ale przecież nie o to tutaj chodzi, to ma nam sprawiać frajdę.
NGH: Słuchaj, to trzymam kciuki za trasę koncertową i za to, żebym mogła was usłyszeć niedługo w Trójmieście.
Rozmawiała Natalia Glinka-Hebel
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: