Gdy w 2023 roku po ponad dekadzie ciszy wydawniczej The Hives ogłosili „The Death of Randy Fitzsimmons”, nie miałem wielkich oczekiwań. Trudno było je mieć. Formacja, podobnie jak większość zespołów spod szyldu Garage Rock Revival, nurtu, którego złote lata przypadły na pierwszą dekadę XXI wieku, zdążyła już dawno spaść z piedestału. Byłem przekonany, że Szwedzi mogą mi zaoferować co najwyżej płytę będącą recyklingiem starych pomysłów, którą odpalę z sentymentu i równie szybko o niej zapomnę. A jednak… „The Death of Randy Fitzsimmons” okazał się ich najlepszym materiałem od lat, a być może nawet w całej dyskografii! Koncert promujący płytę w stołecznej Progresji we wrześniu 2023 tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że odzyskali dawną formę i zaostrzył apetyt na więcej. Na szczęście tym razem nie trzeba było czekać kolejnych dziesięciu lat na nowe piosenki. Siódmy album, zatytułowany „The Hives Forever Forever The Hives”, który właśnie trafił na sklepowe półki, jest niczym szybki lewy prosty – wymierzony w słuchaczy, którzy wciąż nie ochłonęli po poprzedniej płycie. Pytanie brzmi: czy The Hives będą mieć na tyle dużo pary, żeby po raz kolejny znokautować swoich fanów?
Tym razem Szwedzi nie mogą liczyć na efekt zaskoczenia, z jakiego skorzystali przy okazji „The Death of Randy Fitzsimmons”, jednak nic sobie z tego nie robią. Są diabelnie pewni siebie, bezczelnie świadomi swojej wartości i gotowi spuścić nam po raz kolejny solidny rock’n’rollowy łomot. Na ustawkę z nami, słuchaczami, przychodzą bardzo dobrze przygotowani. Przewagę ma zapewnić 30 lat doświadczenia na scenie i posiłki w postaci producentów. Na liście płac znaleźli się Mikie D z Beastie Boys, Josh Homme (chociaż, jak wynika z naszego wywiadu [tutaj], jego rola była raczej symboliczna) oraz wieloletni współpracownik The Hives – Pelle Gunnerfeldtem. To ostatnie nazwisko pewnie niewiele wam mówi, a szkoda, bo w tym kontekście to właśnie on jest największym zakapiorem w bandzie. Doświadczenie jakie zdobył przy tworzeniu płyt takich szwedzkich grup jak Viagra Boys czy legendarnego Refused, okazuje się być bardzo przydatne. „The Hives Forever Forever The Hives” to rzucony w stronę fanów koktajl mołotowa wypełniony punkową energią wymieszaną z bezczelnie chwytliwymi refrenami, szorstkimi riffami, a to wszystko doprawione charakterystycznym absurdalnym humorem („Legalize Living”!). Mieszanka wybuchowa, za którą pokochaliśmy The Hives te kilkanaście lat temu i która po raz kolejny brzmi równie świeżo, jakbyśmy dalej mieli pierwszą dekadę XXI wieku. Choć momentami album ociera się o autoplagiat, w przypadku The Hives jest to raczej komplement niż zarzut.

Pamiętacie rok 2010 i reklamę Open’era, w której wykorzystano „It Won’t Be Long”? W kontekście tamtych beztroskich lat i nadchodzących wakacji trudno było o lepszy kawałek [tutaj]. Do dziś mam przed oczami ten spot, co już samo w sobie świadczy, jaki kaliber przebojowości mają piosenki The Hives. Swoją drogą, to właśnie występ na tamtym festiwalu był ich debiutem na polskiej ziemi. Minęło 15 lat, a my dostajemy kolejną płytę The Hives i najlepsze jest to, że w ich muzyce w zasadzie niewiele się zmieniło. Wciąż potrafią serwować numery ostre jak żyleta, a przy tym niesamowicie przystępne – takie, które na długo zostają w głowie. Podobnie było 2 lata temu z „Bogus Operandi” i jestem przekonany, że ten sam los czeka kilka kawałków z nowego albumu.
„The Hives Forever Forever the Hives” to banger za bangerem, z singlowymi „Enough Is Enough”, „Paint a Picture” czy „Hooray Hooray Hooray” na czele. Utworami napisanymi tak, by nabuzowana publiczność z uniesionymi pięściami wyśpiewywała je wspólnie z Howlin’ Pelle Almqvistem. Nie próbujcie myśleć o ucieczce przed ekipą The Hives. Ze swoim przebojowym garażowym punk rockiem i tak was dopadną! A wtedy to nie pozostanie wam już nic innego jak wykrzyczeć: „The Hives na zawsze! Na zawsze The Hives!”.
Największą siłą płyty są jednak momenty, w których zespół zaczyna delikatnie zbaczać z obranej ścieżki. Wystarczy posłuchać zamykającego album utworu tytułowego – puszczającego oko do twórczości The Strokes, zaśpiewanego z manierą Juliana Casablancasa i z gitarą, jakiej nie powstydziłby się Albert Hammond Jr. Ale to nie koniec! Weźmy choćby „Born a Rebel”, którego początek równie dobrze mógłby pochodzić z repertuaru The Offspring, glam rockowe „Bad Call”, czy wreszcie przepięknie toporne „O.C.D.O.D.”. The Hives dobrze to rozgrywają – tu podkręcą syntezator, tam dorzucą cowbell. Te drobne smaczki nadają całości pikanterii, a jednocześnie w żadnym stopniu nie przeszkadzają w tym, co najważniejsze – w niekończącej się rock’n’rollowej imprezie.
Żadnych ckliwych ballad, żadnego spokojnego „pitu pitu”. The Hives nie silą się na długie kawałki… i dobrze. A na co to komu? Ma być szybko, ma być głośno, ale przede wszystkim ma być zabawa. Spośród jedenastu pełnoprawnych kompozycji, które trafiły na płytę, blisko połowa trwa krócej niż trzy minuty. Najkrótszy, wspomniany już „O.C.D.O.D”, to 105 sekund punk rocka w czystej postaci: galopujące tempo, krzykliwe wokale i dosłownie nieokiełznana energia wylewająca się z głośników. I co ważne, podobnych momentów na płycie jest naprawdę sporo („Roll Out the Red Carpet”!). Aż trudno uwierzyć, że ci goście mają prawie po 50 lat.
Na album trafiły też dwie miniatury: „(introduction)”, będące wprowadzeniem do „Enough Is Enough”, w którym poza wymienieniem nazwy płyty niewiele się dzieje oraz znacznie ciekawsze instrumentalne „(interlude)” z intrygującą, marszową perkusją. Oba spinają klamrą pierwszą stronę winyla. Zastanawiam się tylko, dlaczego zespół zapomniał o analogicznych przerywnikach na stronie „B”. Czy obecność tych dwóch fragmentów faktycznie coś wnosi? Według mnie równie dobrze mogłoby ich nie być, ale jeśli mają zapewnić The Hives kilka dodatkowych euro ze streamingu, nie zamierzam się oburzać.
Czy „The Hives Forever Forever The Hives” jest płytą przełomową, która cokolwiek zmienia na muzycznym rynku? Oczywiście, że nie! Ale czy ktoś na taką liczył? W zasadzie nie ma to najmniejszego znaczenia, bo album działa przede wszystkim jako kopalnia świetnych kompozycji, podczas słuchania których będzie bawić się zarówno słuchacz, jak i sam zespół. Napędzany punkowo-rock’n’rollową energią zestaw piosenek, który wyciśnie z nas siódme poty na koncercie i sprawi, że gardła będą zdarte od śpiewu. Zachowując przy tym jakość, która u kapel mających tendencję do „śmieszkowania” powinna być kluczowa… i tutaj jest. „The Hives Forever Forever The Hives” to naprawdę zgrabna kontynuacja pomysłów z „The Death of Randy Fitzsimmons”, ale też dowód na to, że zespół potrafi zrobić krok naprzód (nawet jeśli jest on niewielki). W kwestii oceny, płyta wypada odrobinę słabiej od swojej poprzedniczki z 2023 roku. Przechodząc na skalę szkolną, według mnie należy się jej czwórka z dużym plusem albo nawet piątka z minusem.
Grzegorz Bohosiewicz
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Płytę „The Hives Forever Forever The Hives” możecie zamówić w różnych formatach w sklepie Mystic Production (tutaj).
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: