IKS

The Blue Stones (+GLU) I 12.02.2026 I Warszawa, Proxima I Fot. Karolina Marczak, tekst Magda Żmudzińska I Org. Fource

Relacja tekstowa i galeria zdjęć z koncertu The Blue Stones (+GLU), który odbył się 12 lutego w warszawskim klubie Proxima. 

 

Są takie koncerty, dla których człowiek jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych – z zaginaniem czasoprzestrzeni i opanowywaniem do niemal perfekcji zdolności teleportacji włącznie; gigi, co do których zarówno wszystkie zmysły, przeczucia i ukryte gdzieś głęboko w podświadomości impulsy podpowiadają, że warto, bardzo warto tam być; live shows, które dostarczają fantastycznych emocji, zostających z nami na długo jeszcze po ustaniu ostatnich dźwięków i włączeniu świateł sygnalizujących, że oto ten magiczny wieczór dobiegł już niestety końca… Jednym z takich koncertów był dla mnie czwartkowy przystanek, jaki The Blue Stones (wraz z supportującym ich GLU) zrobili w Warszawie podczas ich aktualnie trwającego europejskiego touru (organizatorem wydarzenia był Fource).

 

Dla Kanadyjczyków z TBS było to kolejne spotkanie z polską publicznością (po raz pierwszy wystąpili u nas 4 lata temu, mnie jednak na tamtym koncercie niestety nie było), dla Michaela Shumana – na co dzień basisty Queens of the Stone Age – również nie był to pierwszy raz nad Wisłą, ale dla GLU – jego solowego projektu – był to debiut (i och dear, jakaż to była inauguracja!).

 

Według czasówki GLU miał rozpocząć swój set o godzinie 20:00. Gdy więc ja o 19:50 wpadłam do (oddalonego od klubu o 10 km) domu prosto z trasy, obładowana bagażami, moje nadzieje, że zdążę na ten tak wyczekiwany przeze mnie support, były naprawdę nikłe. Jakimś cudem jednak o 20:02 siedziałam już przebrana i wyszykowana w taksówce i z trwogą w sercu wysyłałam do znajdujących się pod sceną znajomych wiadomość z pytaniem: „Już? Już gra?”. Ku mojej wielkiej radości odpowiedź, jaka przyszła, brzmiała: „Jeszcze nie”.

 

Set rozpoczął się o 20:15, a ja 4 minuty później przekraczałam próg klubu, akurat gdy Mikey kończył świetnie bujający, pochodzący z wydanej w 2023 EP-ki „My Demons”, „Moonwalkin’”. Szybkim rzutem oka oceniłam, że kolejka do szatni jest zdecydowanie za długa, aby w niej się ustawiać, więc z kurtką w ręku zaczęłam się przebijać w stronę sceny, co – zważywszy na to, że o tej godzinie Proxima była już napakowana po brzegi – nie było łatwym zadaniem. Lata praktyki robią jednak swoje i zanim wybrzmiały pierwsze dźwięki następnego w kolejce „Gone Fishin’”, udało mi się zameldować prawie pod samymi barierkami.

 

Następnych 40 minut upłynęło mi na całkowitym oddaniu chwili, skupieniu na muzyce i radości z niej płynącej, pląsaniu, tańczeniu, śpiewaniu i melorecytowaniu tekstów kolejnych utworów razem z Michaelem oraz wyrażaniu gorącego aplauzu pomiędzy kawałkami. Zebrana dookoła publiczność zdawała się w dużej mierze nie być aż tak bardzo dobrze zaznajomiona z solową twórczością Mikeya, nie przeszkadzało jej to jednak w świetnej zabawie i wyraźnym poddawaniu się temu rytmowi i vibe’owi, co też sygnalizowała serdecznymi brawami i okrzykami. Zaznaczyć trzeba, że ów rytm i vibe odbiegają znacząco od tego, do czego przyzwyczaiło nas QOTSA, ale chyba też nikt nie oczekiwał, że będzie mógł usłyszeć tego wieczoru cokolwiek w klimacie „In Times New Roman”, „…Like Clockwork”, o „Songs for the Deaf” czy „Rated R” nawet nie wspominając.

 

Powołując do życia GLU, Shuman zrobił w pewnym sensie to, co Damon Albarn wraz z powstaniem Gorillaz, i chyba przyświecały mu ku temu podobne pobudki. Efekt? Tak jak w przypadku odrębnego projektu frontmana Blur (choć tu, w przeciwieństwie do Gorillaz, mamy jednoosobowy skład) – doskonały! Muzyka GLU wymyka się jednoznacznej klasyfikacji, ale jeśli już próbować włożyć ją w jakieś ramy, to można spróbować opisać ją jako bardzo zgrabne i płynnie przechodzące połączenie alt-popu, indie, hip-hopu, elektronicznych faktur i funkowych bitów, niepozbawione jednak bardzo charakterystycznej, zadziornej, momentami nieco ekscentrycznej wręcz gitary. Wszystko to dodatkowo okraszone szczerymi, introspektywnymi i przez to pewnie tak dobrze rezonującymi tekstami.

 

Mikey zagrał dla nas 11 utworów, wśród których, oprócz wspomnianych już dwóch pierwszych kawałków, mogliśmy usłyszeć jeszcze między innymi 3 numery z debiutanckiej EP-ki „My Demons” – nieco oldschoolowy, a jednocześnie brzmiący bardzo świeżo i zaskakujący na wielu poziomach „Cold Sweat”, niezwykle aktualny z lirycznego punktu widzenia „Night Shift” (that’s right! Jeszcze jak!) oraz zamykający set utwór tytułowy – jeden z tych, które raz usłyszane długo nie będą mogły wyjść Wam z głowy; jak również cały, wydany w 2025, mini-album, bo oprócz „Gone Fishin’” w zestawie znalazły się także pulsujący, klubowy banger w postaci „Tunnel Vision”, niepokojący, a jednocześnie hipnotyzujący „Love You To Pieces” z tą cudownie wwiercającą się w duszę gitarową solówką oraz eponimiczny „Boogie Man” – jeden z moich osobistych faworytów.

 

Michael zaserwował nam także 3 totalne świeżynki – będący hołdem dla rodzinnego miasta artysty, totalnie wpisujący się w kalifornijski styl „L.A.”; niezatytułowany jeszcze utwór, który – mam jednak taką nadzieję – w końcu nazwany i wydany zostanie, bo oh dear – dobre to było, bardzo dobre!; no i absolutnie kosmiczny cover popowego przeboju z lat 90. – piosenki „Crush”, którą 30 lat temu wykonywała Jennifer Paige. Z tego, co można znaleźć w social mediach, wynika, że autorka tego hitu wersją Shumana jest zachwycona. I ja ją na maxa rozumiem!

 

Set GLU minął mi i – chyba wszystkim zgromadzonym – właściwie w mgnieniu oka. Była w tym wszystkim jednocześnie i delikatność, sensualność, i niesamowita siła, moc; były emocje; była prawda; no i była radość ze wzajemnego obcowania ze sobą (po obu stronach barierek). Mikey Shoes ewidentnie dobrze czuje się w roli GLU i fantastycznie bawi się tą postacią, a my doskonale bawimy się razem z nim. Widać, że dużą frajdę sprawia mu też granie w niewielkich klubach i ich specyficzna atmosfera. Po zakończonym secie (podczas którego wielokrotnie użył po polsku słowa „dziękuję” i w czasie którego bardzo żywiołowa reakcja publiczności na pytanie „czy dobrze rozgrzałem Was przed The Blue Stones?” zdawała się nieco go onieśmielić, a może po prostu wzruszyć) przebywał wśród ludzi, chętnie z nimi rozmawiając – można było spotkać go palącego papierosa przed klubem, przy barze oraz oczywiście na stoisku merchu. W tym wszystkim okazał się być więc nie tylko doskonałym muzykiem i artystą, ale też tak po ludzku, zwyczajnie – po prostu naprawdę fajnym gościem.

 

Przerwa pomiędzy zakończeniem setu GLU a pojawieniem się na scenie gwiazdy wieczoru – The Blue Stones – upłynęła mi z jeszcze większą prędkością światła, częściowo pewnie dlatego, że postanowiłam wykorzystać ją na udanie się do szatni, uzupełnienie napojów oraz szybkie rozeznanie w merchu zarówno Shumana, jak i TBS. Tłum w już uprzednio mocno wypełnionej Proximie zgęstniał, nie udało mi się więc wrócić pod barierki, ale nadal byłam w stanie zająć dobre i w miarę strategiczne, jeśli chodzi o pole widzenia sceny, miejsce. Akurat gdy uznałam, że „ok, tu będzie dobrze”, światła przygasły, z głośników zaczęły płynąć dźwięki odtwarzanego z taśmy „Metro 47” (intro otwierającego ostatni album grupy), a ekscytacja publiczności sięgnęła zenitu. O ile ja zjawiłam się tu w takim samym stopniu dla TBS, jak i GLU, o tyle w tym momencie dało się już wyraźnie zauważyć, że zdecydowana większość ludzi jest tu właśnie dla nich – tego fantastycznego, pochodzącego z kanadyjskiego Windsoru duo, które ma wszelkie predyspozycje do tego, aby wyprzedawać nie tylko kluby, ale i największe hale na świecie. W pełni na to zasługuje. 

 

Tarek i Justin zaczęli od mocnego uderzenia w postaci „Your Master” i „Come Apart” – pełnych przesterowanych gitar, potężnego brzmienia perkusji i ciężaru lirycznego bangerów pochodzących z ich najnowszego wydawnictwa. To zresztą zdominowało setlistę, bo znalazło się w niej aż 8 numerów reprezentujących „Metro”. Zaraz za „przerywnikiem” w postaci świetnego, nieco Hendrixowo-The Black Keysowego, wywodzącego się z debiutanckiego LP „Black Holes” „Be My Fire” wrócili do najnowszego krążka, prezentując nam agresywny, nieco bańczuczny wręcz „New Immigrant” oraz surowy, mroczny „Don’t Feel Right”.

 

Po takim wstępie, który rozgrzał publiczność do czerwoności, przyszedł moment spowolnienia w postaci kołyszącego „Magic” („Black Holes” again), hymnowego, zbiorowo przez wszystkich odśpiewanego „One by One” (zakręciła się łezka w oku, oj, zakręciła, nie powiem) oraz absolutnie wzruszającego (szklanki w oczach ponownie) „Happy Cry” – „I’m letting go of what I can / A happy cry, and I’ll start again / Oh, I start again”. Co tu dużo mówić – katharsis w najczystszej postaci.

 

Po tej chwili oddechu zespół postanowił ponownie docisnąć gazu (choć jeszcze też nie na full), odpalając zawierający chyba jedne z najcięższych solówek gitarowych w całej dyskografii TBS „Jesse James” (top!) i zagranego w obniżonym strojeniu „Grim”. Temperaturę do skali max wywindowały znowu następne w kolejce świetny, singlowy (choć – jak band sam powiedział – wielu wskazywało, że na singiel powinni wybrać bardziej „bezpieczny” numer, co tym bardziej utwierdziło ich w przekonaniu, że dobrze robią) „Kill Box” oraz podnoszący na duchu, prawdziwy powiew optymizmu, jakim bezsprzecznie jest „Healing” (czy tu znowu śpiewałam na całe gardło? Być może!).

 

Jafar i Tessier bardzo zręcznie operowali dynamiką koncertu, można było więc spodziewać się, że za moment otrzymamy ponownie chwilę wytchnienia. To rzeczywiście nastąpiło – grupa sięgnęła bowiem po nostalgiczny, nieco najntisowy „Falling Leaves”. Zaraz za nim jednak odpalili prawdziwe rakiety w postaci „Let It Ride” – hitu, który niósł się echem wtórujących artystom głosów publiki – oraz będącego jednym z ich znaków rozpoznawczych ostrego, blues-rockowego „Rolling With the Punches”. Część główną zwieńczył koncertowy must-have w postaci dynamicznego, tanecznego „Don’t Miss” i wykorzystującego tak dobrze znaną wszystkim fanom brzmienia lat 90. (witamy ponownie najntisy) dynamikę przyciszonych zwrotek, eksplodujących refrenów i poszarpanych solówek statement’owego „Shakin’ Off the Rust”.

 

Na bis dostaliśmy niestety tylko jeden numer – za to jaki! – cover „(I Can’t Get No) Satisfaction” The Rolling Stones. I trzeba przyznać, że zabrzmiało to jeszcze lepiej niż na wydanej w 2019 roku płycie „Live in SiriusXM Studios”, na potrzeby której wykonali i zarejestrowali ten kawałek po raz pierwszy. Wisienka na torcie! A może i na pączku, bo warto dodać, że wszystko to działo się w… Tłusty Czwartek. Myślę, że zgromadzona licznie publiczność, niezależnie od tego, jaką liczbę łakoci przyjęła w imię celebracji tego święta, spaliła na tym gigu wszystkie spożyte tego dnia kalorie. I to z nawiązką!

 

Last but not least – z kronikarskiego obowiązku dodam, że koncert początkowo odbywać się miał w Hydrozagadce, ale z uwagi na duże zainteresowanie przeniesiony został do znacznie większej Proximy. To pokazuje, że The Blue Stones rosną w siłę i cieszą się coraz większą popularnością w naszym kraju. Minionym koncertem udowodnili, że słusznie. Bardzo słusznie! Jeżeli byliście na tym gigu – myślę, że przyznacie mi rację. Jeśli nie byliście – przy następnej wizycie Tareka i Justina wybierzcie się pod scenę i przekonajcie się sami. Nie pożałujecie!

 

Tekst Magda Żmudzińska

 

Organizatorem koncertu było Fource.

 

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć autorstwa Karoliny Marczak.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020