IKS

Tamás Kátai (Thy Catafalque) [Rozmowa]

Istniejący już od prawie 30 lat Thy Catafalque to w pewnych kręgach kultowy projekt poruszający się w obrębie awangardowego metalu. Tamás Kátai, jego założyciel i lider, opowiedział mi co nieco o swojej muzyce, współczesnej scenie metalowej, węgierskim folku, szkockich wpływach w jego twórczości, powszechnym konsumpcjonizmie i o kilku innych ciekawych rzeczach.

Mimo długiego stażu Thy Catafalque dopiero po raz pierwszy w swojej historii przyjeżdża w nadchodzących dniach na dwa koncerty do Polski:

8 kwietnia 2026 – Warszawa – Voodoo Club, org. Piranha Music

9 kwietnia 2026 – Kraków – Klub Zaścianek

Organizatorom tego drugiego wydarzenia dziękujemy za pomoc w przeprowadzeniu tej rozmowy.

 

Adrian Pokrzywka: Chciałbym zacząć nie od muzyki, a od okładek albumów Thy Catafalque, które zawsze mi się podobały. Zauważyłem, że na ostatnich wydawnictwach odszedłeś od grafik na rzecz fotografii. Wprawdzie nie jest to coś nowego w twojej twórczości, ale na ostatnich trzech płytach widać pewien schemat. Przedstawiają ludzi pośród natury, ale w różnych konfiguracjach i w różnej kolorystyce. Czy możesz powiedzieć, dlaczego wybrałeś akurat takie zdjęcia do ilustracji tych albumów?

 

 

Tamás Kátai: To nie było zamierzone. Zawsze próbowałem różnych rozwiązań graficznych, a w przypadku trzech ostatnich albumów najlepszym rozwiązaniem okazały się zdjęcia, choć początkowo nie chciałem tego robić. Ale ostatecznie tak wyszło i nie było to do końca świadome. Mogę zdradzić, że na okładce następnego albumu również pojawi się fotografia. Obawiam się więc, że ten schemat się utrzyma.

 

 

AP: Dla mnie to nie problem (śmiech). Podobają mi się zdjęcia na ostatnich albumach, szczególnie to, które zdobi „Alföld”. A czym się kierowałeś, wybierając akurat te konkretne fotografie? Na przykład wspomniany „Alföld”, gdzie zdjęcie jest czarno-białe. Czy to dlatego, że to najcięższa, najbardziej metalowa z ostatnich płyt?

 

 

TK: Nie sądzę. Ten album faktycznie jest cięższy i mroczniejszy od reszty, ale okładka, mimo że jest czarno-biała, jest dość dziwna jak na ten rodzaj muzyki. Stoję tam przecież z małym pieskiem – dla mnie to zdjęcie było dość osobiste. Ale podobało mi się i dlatego je wykorzystałem. Próbowałem wtedy uchwycić klimat albumu za pomocą jednego zdjęcia, a bardzo trudno to zrobić, gdy płyta jest tak zróżnicowana. Więc w końcu z tego zrezygnowałem i wybrałem zdjęcie, które mi się po prostu podobało.

 

 

AP: Myślę, że wyszło to całkiem nieźle. Odbiorca może się nad tym zastanawiać i wymyślać własne interpretacje.

 

 

TK: Tak. Choć w sumie jest tu pewien związek, bo fotografia została wykonana na Wielkiej Nizinie Węgierskiej [węg. „Alföld” – przyp. AP], to region geograficzny w naszym kraju. A taki jest przecież tytuł albumu, więc już tu można się dopatrywać związku. Ale przede wszystkim chodziło o to, że to zdjęcie jest dla mnie nieco osobiste – i dlatego zostało okładką płyty.

 

 

AP: Rozumiem. Chciałbym teraz zapytać o teledysk do utworu znajdującego się na ostatniej studyjnej płycie Thy Catafalque, czyli „Mindenevő”. Kiedy go obejrzałem i przetłumaczyłem sobie tekst, pierwszą leniwą interpretacją, jaka przyszła mi do głowy, była krytyka obżarstwa, ale coś mi mówi, że jest tu głębsze i bardziej ogólne znaczenie. Ponieważ jestem weganinem, raczej nie będę go w stanie obejrzeć po raz kolejny, więc chciałbym poprosić cię o krótki komentarz do tego klipu. Dlaczego to ty karmisz innych podczas uczty, a później stajesz się jednym z nich?

 

 

TK: Jeżeli chodzi o mnie, to po prostu poproszono mnie o pokazanie się w teledysku, nie gram tam jakiejś innej postaci – jestem sobą. Nawet nie prosiłem o to, twórcy powiedzieli mi „stań tam i będzie dobrze”. Więc nie było w tym żadnego ukrytego sensu. I właściwie nie dołączam do tej uczty. Ludzie jedzą podczas niej wszystko, co mogą. Dla mnie ten utwór jest nie tyle krytyką obżarstwa, ale bardziej tego, jak nasz gatunek pożera wszystko, co posiada. Więc chodzi bardziej o to, nie o samo jedzenie.

 

 

 

 

AP: Czyli chodzi ogólnie o konsumpcjonizm? Nasza społeczna postawa jest tu krytykowana?

 

 

TK: Dokładnie tak – to pochłanianie świata. Bez żadnych skrupułów, bez względu na cokolwiek. Chodzi o to, że my, jako rasa ludzka pochłaniamy wszystko, w tym samych siebie.

 

 

AP: Za ten klip odpowiedzialne jest polskie studio filmowe – Grupa 13. Jak doszło do tej współpracy i dlaczego wybrałeś to studio?

 

 

TK: Wytwórnia mi tak podpowiedziała. Zasugerowali, żebym nakręcił teledysk, który będzie bardziej profesjonalny niż poprzednie, prawdopodobnie przez to również trochę droższy. Podobały mi się wcześniejsze teledyski Grupy 13 i pochodzili z Polski. A że lubię wasz kraj, więc skontaktowałem się z nimi. Sama praca przebiegła bardzo gładko.

 

 

AP: Te ujęcia powstały w Polsce?

 

 

TK: Tak, to było we Wrocławiu. Zrobiłem sobie jednodniową wycieczkę i przy okazji pierwszy raz byłem w Polsce. Zobaczyłem jeszcze Warszawę, do której przyleciałem z Budapesztu. Z niej odbyłem wycieczkę pociągiem do Wrocławia i z powrotem. To była bardzo fajna podróż.

 

 

AP: Cieszę się, że ci się u nas podobało. Wracając do ostatniego albumu, moją szczególną uwagę zwrócił na nim utwór „Lydiához”. Jak chyba większość Polaków znam tę melodię od ponad 25 lat, bo polski zespół Brathanki nagrał cover tego utworu [jako „Czerwone korale” – przyp. AP] i był on swego czasu wszędzie – w radiu, w telewizji – stał się dość szybko bardzo popularny. Ale muszę przyznać, że zdecydowanie wolę waszą interpretację: partie syntezatora, bezprogowego basu i śpiewu składają się na dużo ciekawszą aranżację tej kompozycji. Skąd właściwie pomysł, by pojawiła się na płycie Thy Catafalque? Jaką pełni na niej funkcję?

 

 

TK: Przyznam, że nie znałem wcześniej polskiej wersji. To, co wiedziałem o tym utworze, to że była to piosenka Ferenca Sebő, który jest tradycyjnym węgierskim muzykiem. Napisał ją około 1980 roku i właściwie nie jest na Węgrzech zbyt popularna, choć artyści ze sceny folkowej znają ten utwór. Pewnego wieczoru poszedłem z moją dziewczyną na jego koncert i zaczął go właśnie od „Lydiához”. Bardzo mi się spodobała ta piosenka i pomyślałem, że powinienem sprawdzić, dlaczego właściwie jest tak dobra. Spróbowałem zagrać ją samodzielnie i wyszło całkiem nieźle. Później okazało się, że Martina [Martina Veronika Horváth – przyp. AP], nasza wokalistka, śpiewała ją już wcześniej ze swoimi innymi zespołami. Znała więc ten utwór i było to dla niej łatwe. Poprosiłem jeszcze Gábora [Gábor Dudás – wokalista sesyjny i koncertowy Thy Catafalque – przyp. AP] o zaśpiewanie go i wyszło bardzo dobrze. Odpowiadając na twoje pytanie – po prostu bardzo lubię tę piosenkę i nie pełni ona jakiejś specjalnej funkcji na naszym ostatnim albumie. To nie jest pierwszy cover, który znalazł się w dyskografii Thy Catafalque. Nagraliśmy choćby „Embersólyom” [na płycie „Naiv” – przyp. AP], który jest naszym dość znanym utworem, ale jest coverem węgierskiej grupy folkowej Kaláka. Więc to nie jest dla nas nic nowego. Lubię te piosenki i uważam, że to świetnie, że ludzie mają okazję je poznać. Zresztą „Lydiához” ma chyba w polskiej wersji całkiem inny tekst…

 

 

AP: Tak, sprawdzałem i tekst jest całkiem zmieniony.

 

 

TK: Myślę, że nawet był z tym problem. Gdy polski cover ukazał się, nie było przez kilka lat zgody autora, ale chyba się jakoś w końcu dogadali. Ja przed nagraniem mojej wersji spotkałem się z Ferencem Sebő i dostałem jego zgodę. Puściłem mu moją wersję i spodobała mu się, z czego się bardzo cieszę. Jest legendą węgierskiego folku i wspaniale było móc go poznać.

 

 

AP: To ciekawe, gratuluję. Muzyka na twoich albumach jest bardzo różnorodna. Gdy pomyślę o moich ulubionych płytach Thy Catafalque, jak składająca się z intrygujących partii elektronicznych „Geometria”, czy ciężkie, metalowe pochody „Alföld”, to stwierdzam, że i tak są one połączone wieloma innymi gatunkami muzycznymi, które utrudniają klasyfikację twojego projektu, ale ostatecznie tworzą koherentną całość. Zastanawia mnie, na ile jest to wynikiem wcześniejszego planowania, a na ile efektem dopracowywania tych utworów w późniejszym czasie. Czy przed przystąpieniem do komponowania masz jakiś konkretny scenariusz, czy wszystko wychodzi w trakcie później, podczas samego grania?

 

 

TK: Wszystko powstaje w trakcie pracy. Myślę, że niczego nie planuję, po prostu próbuję znaleźć odpowiednią melodię, refren czy coś w tym rodzaju. Nagrywam coraz więcej i więcej, a w pewnym momencie to staje się utworem, choć czasami potrafi trwać tygodniami, a nawet miesiącami. Nie mam żadnego planu, to nie jest tak, że chcę stworzyć muzykę czy piosenkę w określonej stylistyce. Nie mówię sobie: „ok, to będzie popowe, to będzie folkowe, a to metalowe” – to tak nie działa. Po prostu zaczynam tworzyć muzykę i skądś to do mnie przychodzi. Próbuję różnych podejść, pejzaży dźwiękowych, różnych strojeń, a potem to już tylko gra nutami i muzyką. To przede wszystkim zabawa. Mam cały czas wielką frajdę i czerpię radość z testowania dźwięków. Ekscytuję się tym tak samo, jak 30 lat temu, gdy zaczynałem. To wciąż ta sama euforia tworzenia czegoś z niczego.

 

 

zdj. Orsolya Karancz

 

 

AP: Właściwie rozmowa o gatunkach muzycznych jest nieciekawa dla większości artystów, gdyż większość z nich nie przejmuje się łatkami, a przynajmniej nie powinna – to nasz wymysł, dziennikarzy, którzy próbują opisać to, co słyszą. Ale chciałbym, żebyś przez chwilę spróbował użyć kilku terminów i powiedział mi, jakiego rodzaju muzyki najprawdopodobniej nigdy nie usłyszymy na wydawnictwach Thy Catafalque. Jesteś znany z ogromnej rozpiętości stylistycznej. Jakie są jej granice?

 

 

TK: Przede wszystkim myślę, że nie ma na mnie wpływu współczesna muzyka. Niemal całkowicie straciłem zainteresowanie nowymi wydawnictwami. Czasem próbuję słuchać współczesnego metalu, ale większość tych nowych zespołów w ogóle do mnie nie przemawia. I nie zmuszam się do tego – wolę wrócić do rocka progresywnego lat 70., muzyki barokowej czy wszelkich odmian jazzu. Tam cały czas jest też wiele do odkrycia. Nowe rzeczy mnie nie interesują: deathcore, metalcore, nawet djent. Chociaż, jeśli chodzi o ten ostatni, to bardzo lubię Meshuggah i kilka podstawowych zespołów z tego nurtu. Ale cały ten techniczny obszar współczesnego metalu mnie nie obchodzi. Nigdy nawet nie słuchałem Dream Theater, może poza „Images and Words”. Lubię też Toola, choć to inny rodzaj dźwięków. Ale żeby odpowiedzieć na twoje pytanie: myślę, że chodzi po prostu o muzykę metalową nagraną po 2010 roku, która do mnie nie przemawia. I myślę też, że to nie do końca jej wina, trochę też moja. Słucham tego od 30 lat i nic mnie już nie zaskakuje. Zdałem sobie też sprawę, że sama produkcja jest teraz bardzo podobna wśród współczesnych zespołów. Gdy słuchałem kiedyś thrash czy death metalu, to te zespoły się wyraźnie od siebie różniły, miały inne wokale, brzmienie gitar i perkusji. Bardzo łatwo mogłeś odróżnić od siebie np. Sepulturę od Kreatora. A gdy sprawdzę czołowe współczesne zespoły metalowe, to brzmią bardzo podobnie do siebie. No ale cóż, może po prostu się starzeję i podoba mi się brzmienie death metalu tylko z 1992 roku i nic na to nie poradzę.

 

 

AP: Mówisz dużo o metalu. A co z inną muzyką?

 

 

TK: No tak, lubię też dobre country, jak 16 Horsepower czy Woven Hand. Uwielbiam ten rodzaj amerykańskiego folku. Podoba mi się na tyle, że nawet chciałbym grać coś takiego, ale z drugiej strony nie byłoby to dla mnie naturalne. Lubię też wszystkie rodzaje jazzu… A z gatunków, które są ode mnie bardziej odległe, wymieniłbym reggae.

 

 

AP: No tak, jeśli chodzi o to ostatnie, to nie słyszałem takich wpływów w Thy Catafalque…

 

 

TK: Właściwie to jest jeden! Jeśli posłuchasz „Szélvész” z albumu „Naiv”, to pod koniec usłyszysz wpływ reggae.

 

 

AP: Zaraz będę musiał sobie to puścić (śmiech).

 

 

TK: (śmiech) Nigdy nie wiadomo – wszystko się może zdarzyć. Muzyka ma w sobie wiele barw, dlaczego więc nie korzystać z dowolnych kolorów…

 

 

AP: Zgadzam się. Tamás, muszę ci wyznać, że chciałem cię trochę zrugać za to, że przyjeżdżasz do Polski po raz pierwszy dopiero teraz, po tylu latach istnienia Thy Catafalque – masz przecież w naszym kraju wielu fanów. Ale później zorientowałem się, że tak naprawdę występujecie na żywo dopiero od pięciu lat. Powiedzmy więc, że jesteś usprawiedliwiony. Ale od razu nasunęło mi się pytanie: dlaczego dopiero teraz gracie koncerty? Trafiłeś na bardzo trudny, post-pandemiczny rynek muzyczny.

 

 

TK: Cóż, nigdy nie planowaliśmy grać na żywo. To przez te wszystkie lata był projekt studyjny i nie miało być inaczej. Po pierwsze, było nas tylko dwóch [do 2011 członkiem zespołu był jeszcze János Juhász – przyp. AP]. Nie mieliśmy perkusisty i chcieliśmy tylko tworzyć muzykę i nagrywać utwory. I to wszystko, nie mieliśmy większych ambicji, nie chcieliśmy z tym wychodzić na scenę. I tak było przez ponad 20 lat. A potem kilku moich przyjaciół postanowiło zorganizować koncert, na którym inni muzycy grali ich utwory. I poproszono mnie, żebym zebrał zespół i wyszedł na scenę, żeby sprawdzić, czy to fajna zabawa. To było w 2021 roku. Od tamtej pory wygląda na to, że to całkiem fajna zabawa. Więc dziś jesteśmy w Berlinie, gdzie gramy wieczorem koncert [rozmowa odbyła się 7 kwietnia 2026 roku – przyp. AP]. A jutro jedziemy do Polski na dwa koncerty, najpierw Warszawa, później Kraków. To będzie koniec pierwszej połowy naszej europejskiej trasy. Wydaje mi się, że od kiedy zaczęliśmy występować na żywo, zagraliśmy 54 koncerty, co w ciągu czterech lat nie jest jakimś oszałamiającym wynikiem. Ale to w porządku, bo wszyscy w zespole na co dzień pracują i mamy swoje rodziny. A ja mam 50 lat. I nie chcę marnować wszystkiego, żeby tylko bez przerwy być w trasie. Ale granie w nowych miejscach i klubach oraz poznawanie ludzi sprawia mi przyjemność. I dopóki tak jest, możemy to kontynuować.

 

 

AP: Chciałbym przy okazji spytać o twój inny zespół – Gire. Wygląda na to, że mniej więcej w tym samym okresie, gdy zacząłeś grać z Thy Catafalque, zreaktywowałeś swój stary projekt? Dobrze to wykalkulowałem? Skąd ta nadaktywność?

 

 

TK: To trochę przypadek. W pewnym momencie się zebraliśmy, bo zostaliśmy zaproszeni do zagrania na festiwalu. A później graliśmy z Gire jako support przed Thy Catafalque, co było dla mnie dość dziwne. Ale to chyba będzie na tyle. Nasz basista mieszka w Szkocji, a wokalista i gitarzysta jest truckerem, więc jak się domyślasz, nie ma za wiele wolnego czasu. Gdy wraca do domu, zajmuje się rodziną i ma inne sprawy na głowie. Ja teraz mieszkam w Budapeszcie i mam Thy Catafalque, co zajmuje mi sporo czasu. Więc zreaktywowaliśmy się tylko na kilka koncertów. Choć właściwie nigdy się nie rozpadliśmy. Po prostu rozjechaliśmy się po Europie, bo Zoltán mieszkał w Anglii, a Balázs w Szkocji. Próbowaliśmy pisać nowe utwory, ale okazało się, że to nie jest projekt, który może funkcjonować zdalnie. Musimy mieć miejsce na próby z kamerą, a nie mieliśmy go przez ostatnie 20 lat. Więc to prawdopodobnie będzie na tyle, jeśli chodzi o Gire. Wydamy jeszcze album koncertowy z ostatnich występów, który jest obecnie w trakcie miksowania.

 

 

zdj. Katalin Hunyás

 

 

AP: Thy Catafalque nie jest projektem, który jest ściśle związany z Węgrami, bo sam długo mieszkałeś w Szkocji. Czy te okoliczności, miejsce, w którym żyłeś, miało wpływ na twoją twórczość? I jak wygląda twoje życie po powrocie do Budapesztu? Osiadłeś tam już na stałe?

 

 

TK: Miejsce, w którym żyłem, miał zdecydowany wpływ na moją twórczość. Gdy mieszkałem w Edynburgu, bardzo często wędrowałem po górach. Na przykład album „Sgùrr” był całkowicie zainspirowany życiem w Szkocji. Jak również moje solowe albumy: „Slower Structures” i „Neolunar” – nie mogłyby powstać, gdybym nie mieszkał wtedy w Szkocji. Więc otoczenie i miejsce, w którym żyję, mają duży wpływ na moją twórczość. A życie w Budapeszcie… Cóż, pochodzę ze wsi, a stolica Węgier nie jest moim rodzinnym miastem. Mieszkam tam dla wygody, nasz kraj jest bardzo scentralizowany, a Budapeszt to jego centrum. Cała reszta jest w zasadzie na uboczu. A w stolicy pracuję i zajmuję się zespołem, to właściwie główne powody, dla których tam mieszkam. Nie mam jakichś osobistych powiązań czy sentymentów związanych z tym miastem.

 

 

AP: Wiem, że jesteś nie tylko muzykiem, ale też fotografem i poetą. Czy czerpiesz inspirację z tych dziedzin sztuki w Thy Catafalque? Gdybyś miał wybrać tylko jedną działalność, co być sobie zostawił? Co jest dla ciebie najważniejsze?

 

 

TK: Och, tak naprawdę nie jestem fotografem. Po prostu zrobiłem kilka zdjęć i właściwie nie wiem, dlaczego ktoś umieścił kiedyś taką informację w Internecie. Ale lubię robić zdjęcia, choć ostatnio nie mam na to czasu ani inspiracji. Życie w Budapeszcie nie jest dla mnie zbyt inspirujące, jeśli chodzi o robienie zdjęć. A z tym poetą to też przesada. Po prostu piszę teksty do swoich utworów i czasami są one wydawane w tomikach. Ale dla mnie to nie są prawdziwe wiersze, to po prostu teksty piosenek. Więc – odpowiadając na twoje pytanie – to muzyka jest dla mnie najważniejsza.

 

 

AP: Czyli jesteś muzykiem…

 

 

TK: Muzykiem właściwie też nie jestem. Nigdy się tego nie uczyłem, nie mam wykształcenia muzycznego. Ale lubię komponować. Grać już mniej, to już zupełnie inna para kaloszy i nie jestem w tym zbyt dobry, ale muszę to robić, jak jestem na scenie (śmiech). Bo wiesz, mam zespół i muszę tam z nimi wchodzić, ale nie jestem za dobrym muzykiem. Więc lubię komponować, ale nie lubię występować.

 

 

AP: Na szczęście masz dużo muzyków na scenie i mogą ukryć twoje niedostatki (śmiech).

 

 

TK: (śmiech) O tak. I uwierz mi, że to robią. To zresztą świetni muzycy.

 

 

AP: Ok, ostatnie pytanie. Powiedziałeś mi wcześniej, że nie będziecie często koncertującym zespołem. Ale statystycznie wygląda na to, że ilość waszych koncertów z roku na rok wzrasta. To jak z tym jest? Na czym się skupisz w Thy Catafalque?

 

 

TK: Zdecydowanie praca w studiu jest dla mnie najważniejsza. Gramy teraz jakieś 20 koncertów rocznie i myślę, że tego nie przebijemy z powodów, o których ci wspominałem. A komponować mogę zawsze w domu. To dla mnie bardziej komfortowe, łatwiejsze i sprawia mi też dużo więcej przyjemności. Mam nadzieję, że będę mógł to kontynuować tak długo, jak to możliwe.

 

 

AP: Tego ci życzę. Bardzo dziękuję ci za rozmowę i czekam na koncert w Krakowie. Mam tu paru znajomych, którzy wyczekują pierwszej wizyty Thy Catafalque w Polsce. Bardzo się cieszymy na ten koncert.

 

 

TK: Bardzo dziękuję. Do zobaczenia

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020