Założone w Gdańsku w 2009 roku Spoiwo tworzy na pograniczu post-rocka, elektroniki i muzyki filmowej. Debiutancki album, „Salute Solitude”, ukazał się w 2015 roku dzięki crowdfundingowi na platformie Polak Potrafi. Druga płyta, „Martial Hearts”, ukazała się 6 lat później. Wprowadziła wokale oraz hybrydę elektroniki z alternatywą i była rezultatem długiego procesu twórczego. Zespół zagrał ponad 100 koncertów w 13 krajach Europy z, między innymi, Explosions in the Sky, God Is an Astronaut, Maybeshewill, Sleep Party People, a także dzielił sceny z IDLES, 65daysofstatic, Sleepmakeswaves czy Furią. Spoiwo grało na wielu polskich i zagranicznych festiwalach (OFF Festival, Dunk! Festival, Bergmal, Vivid, Devilstone czy Soundrive). Zespół zdobył Pomorską Nagrodę Muzyczną DOKI 2015 w kategorii Nowa Twarz oraz DOKI 2016 jako Najlepszy Zespół Koncertowy. Po ostatnim koncercie na Soundrive 2021 i zawieszeniu działalności wracają na scenę, przygotowując marcową trasę po Polsce.
Najbliższe koncerty zespołu:
14/03/2026, Poznań, Pod Minogą
19/03/2026, Katowice, Piąty Dom
20/03/2026, Wrocław, Łącznik (z Jo Quail)
21/03/2026, Kraków, Klub Re (z Jo Quail)
27/03/2026, Łódź, Wooltura
28/03/2026, Warszawa, Hydrozagadka
10-11/04/2026, Gdańsk, Sea You Music Showcase
Agnieszka Fortenbach: W jednym z wywiadów podkreślaliście, że wasza twórczość jest formą pamiętnika z tego, co działo się w waszym życiu indywidualnie i zespołowo. Opowiedzcie o swojej drodze, którą przeszliście przez ostatnie cztery lata. Co sprawiło, że znaleźliście się tu i teraz – reaktywowaliście Spoiwo i zaczęliście grać pierwsze koncerty?
Krzysztof Sarnek: Przez jakiś czas byliśmy bezdomni. Sprzedaliśmy w 2021 roku, po ostatnim koncercie, który zagraliśmy na festiwalu Soundrive, większość naszego sprzętu, który służył do prób. Ja zostawiłem sobie oczywiście bębny, Piotrek (Gierzyński) gitarę. Pozbyliśmy się sprzętu nagłaśniającego, którego nie mieliśmy gdzie przechowywać. I przez jakiś czas nie zajmowaliśmy się muzyką na taką skalę jak wcześniej. Około dwóch lat temu, może już bliżej trzech, udało nam się znaleźć salkę do grania. Zaczęliśmy się sporadycznie spotykać we dwójkę – Piotrek i ja. W tym samym czasie pracowałem nad swoim jedynym do tej pory utworem, który udało mi się rok temu wraz z teledyskiem opublikować, z czego jestem dosyć dumny.
Patryk Piątkowski: Nie byliśmy aż tacy bezdomni. Każdy z nas był w tej muzyce, mniej lub bardziej.
KS: Pomysł samej reaktywacji zrodził się rok temu, może trochę ponad. Na pewno był to grudzień, Piotrek powiedział: „słuchaj, jest dosyć ważna rzecz do omówienia”. Refleksja była taka, że to wszystko zawiesiło się w dość głupi sposób. Pojawiła się idea, żeby zrobić próbę, przegrać jakieś kawałki, które jeszcze jako tako pamiętamy. Na początku bez jakichś oczekiwań. Chcieliśmy po prostu sprawdzić, czy jeszcze daje nam to satysfakcję. W okolicach Bożego Narodzenia 2024 roku zrobiliśmy pierwszą próbę w trójkę od ponad trzech lat. Przygotowaliśmy dwa lub trzy utwory. Wrócił głód wspólnego grania, mimo że na początku trochę niezdarnie nam to wychodziło. Mieliśmy sporo satysfakcji z tego, że udało nam się znowu razem zagrać. Trzeba było postanowić, co robimy dalej. Wtedy nastąpił ten najtrudniejszy moment uzyskania zgody od pozostałych członków zawieszonego zespołu, aby powrócić jako trio pod tą samą nazwą. Udało nam się taką zgodę uzyskać i wróciliśmy do regularnych prób. Zaczęliśmy wchodzić w ten rytm tak jak dawniej – myślę, że nawet z większą konsekwencją niż kiedykolwiek.
AF: Od momentu reaktywacji zagraliście pierwsze koncerty, w tym jeden w rodzinnym Gdańsku. Jak przygotowaliście się do tych występów, biorąc pod uwagę zmiany w składzie zespołu oraz długą przerwę w działalności? Jakie wyzwania techniczne i emocjonalne towarzyszyły wam podczas tych powrotów na scenę?
Piotr Gierzyński: Pierwszy koncert zagraliśmy we wrześniu w Gubinie, drugi na początku października w Gdańsku. Jeden i drugi niosły ze sobą bardzo duży bagaż, tylko trochę inny: jeden to bagaż ponownego wejścia do rzeki, a drugi to bagaż zmierzenia się ze swoją ziemią, historią tej ziemi i tego zespołu. Trochę dwie narracje.
PP: Dla mnie to były chyba jedne z cięższych koncertów w historii. Przez to, że kompensując skład zespołu do trójki, musieliśmy technicznie trochę inaczej do tego podejść – chcieliśmy, żeby to było jakościowe. Oznaczało to dużo przygotowań technicznych i brzmieniowych. Przez te cztery lata nie odcięliśmy się od muzyki. Wróciliśmy do prób z nową wiedzą i umiejętnościami, które nabywaliśmy, pracując przy innych projektach. Chcieliśmy przygotować się jak najlepiej zarówno dla odbiorców, jak i dla siebie. Zajęło nam to dużo czasu, ponieważ graliśmy w składzie, w którym nigdy wcześniej nie pracowaliśmy. Było przy tym naprawdę dużo pracy. To trochę tak jak z piłką nożną – jak gra się na bieżąco, to jest się w tym rytmie, widzi się kolegów na boisku w odpowiednim miejscu. A wiadomo, że trening to nie jest mecz o punkty. Więc zdecydowanie były to ciężkie koncerty, ale bardzo wdzięczne. To uczucie wróciło i było super.
PG: To było około sześciu miesięcy takiego czystego rzemiosła. Pracy w materiale. I to była z jednej strony wdzięczna praca o tyle, że obcowaliśmy z materią muzyczną, a z drugiej o tyle niewdzięczna, że dotyczyła drobnych ruchów, które w zamyśle mają zmieniać to, jak rzeczy wyglądają w całości. To była bardzo żmudna, niewdzięczna praca przede wszystkim po stronie Patryka. Powtarzanie na próbach tego samego. To była jakaś reminiscencja tego, czym rzeczy były wcześniej, ale teraz są w większym rygorze. Część dodatkowych ścieżek wyzwalana jest przez komputer. Margines błędu jest bardzo mały, dużo mniejszy niż był kiedyś, kiedy graliśmy w pełnym składzie. Ta praca trochę nas przeczołgała, ale wydaje mi się, że w taki dobry sposób. Jeżeli już przejdziesz te żmudne okresy, to jesteś godny, żeby móc doświadczyć tych fajnych. Ja sobie cenię to doświadczenie. Pierwszą ewentualną nagrodą za to miał być koncert w Gubinie, który z mojej perspektywy okazał się ogromnym stresem, głównie ze względu na kwestie techniczne. Wykonawczo nie obawiam się o nikogo.
AF: Jaki był odbiór i jak czuliście się przed swoją publicznością? Na koncercie w Gdańsku byli wasi znajomi, rodzina oraz fani, którzy doskonale was znają.
KS: Czuliśmy trochę presję związaną z tym, że jesteśmy zespołem z kilkunastoletnim stażem, choć z czteroletnią przerwą. Waga tego była tym większa, że były to pierwsze koncerty po wydaniu drugiej płyty, na którą też kazaliśmy swoim fanom długo czekać. Nasze albumy dzieli aż sześć lat. Włożyliśmy mnóstwo pracy w wydanie „Martial Hearts” – szczególnie Patryk i Piotr. Poświęcili temu albumowi wiele czasu, nieporównywalnie więcej niż reszta muzyków. To była też presja związana z tym, że materiał zasługuje, aby go wreszcie zagrać w należyty sposób.
AF: Jedynym koncertem, na którym mieliście okazję go zaprezentować, był występ na Soundrive 2021…
KS: Trafiliśmy na pechowy okres dla branży muzycznej – premiera albumu przypadła na środek pandemii. Kluby zostały pozamykane, nie można było grać koncertów. Załapaliśmy się na Soundrive, bo to był moment, kiedy nieco zniesiono obostrzenia. Udało nam się chwilę pograć, ale cały wysiłek włożony w przygotowanie tego materiału sprowadził się do tego jednego koncertu. Potem nastąpiła przerwa. Czuliśmy duży ciężar na swoich barkach, aby zaprezentować ten materiał przede wszystkim ludziom, którzy stęsknili się za nami. Uważam, że mamy bardzo lojalną bazę fanów. Z wieloma z nich nawiązaliśmy wręcz przyjaźnie. Zależało nam, żeby tym ludziom dać to, na co zasługują, i dać przede wszystkim sygnał, że wracamy. Troszeczkę poobijani doświadczeniami, ale wydaje mi się, że chyba mocniejsi niż kiedykolwiek. Przed samym koncertem w Żaku czuliśmy spory stres, mimo że gościnność klubu i organizatorów była znakomita. Mieliśmy ten komfort, chyba jak nigdy wcześniej, że mogliśmy zrobić próbę dźwięku dzień przed koncertem. To było bardzo pomocne w całej sytuacji, bo czasami proza koncertów jest taka, że trzeba dojechać na miejsce, rozstawić sprzęt, często zrobić próbę dźwięku w pośpiechu. To zawsze dodatkowy stres i zmęczenie. Tu akurat mieliśmy ten komfort, że mogliśmy przyjść dopiero przed samym koncertem. Wszystko było już gotowe, właściwie nie trzeba było nic robić. To dało nam sporo poczucia bezpieczeństwa. Byliśmy wypoczęci, wiedzieliśmy, że wszystko dobrze brzmi. Tutaj ukłony dla realizatora – Mateusz Młody, Reinert – pozdrawiamy. Nie tylko dźwięk, ale też i światła. To człowiek wielu talentów. Jestem zadowolony z tego, jak to wyszło. Uważam, że zagraliśmy fajny koncert. Energia, jaką wygenerowaliśmy, udzieliła się ludziom. Dzięki temu mamy wysokie morale, żeby działać dalej i przygotowywać się na nadchodzącą trasę w marcu.
PP: Chciałbym tylko dodać, że oprócz tego, że, tak jak mówisz, była presja, żeby zaprezentować coś dla publiczności, ja czułem też presję, żeby zrobić to dla siebie. Żeby podnosić kompetencje i udowodnić coś samemu sobie.
KS: Ukłony dla Patryka, bo już Piotrek o tym wspominał – czas, który poświęcił, żeby dopracować te utwory, to setki godzin.
AF: Wspomnieliście o żmudnej pracy aranżacyjnej. Jak oceniacie utwory przearanżowane na trio? Czy dzięki technologii i nowemu instrumentarium niektóre kompozycje z „Martial Hearts” zyskały na brzmieniu lub wierności oryginałowi, a inne straciły? Jak odczuwacie te zmiany na scenie?
PG: Mam wrażenie, że przy możliwościach technologicznych, którymi dysponujemy, to kwestie związane z odzwierciedleniem utworu „omijają” trochę kwestie związane z członkami zespołu. Sądzę, że niektóre ze starych kompozycji na poziomie czysto brzmieniowym mogą być lepiej odwzorowane albo bliższe idei, która nam przyświecała. Nie widzę czegoś, co byłoby in minus. Jest jeszcze kwestia związana z czymś, co wytwarza się na scenie. Tam brak powoduje, że jest to czymś innym – lepszym czy gorszym…? Jest po prostu czymś innym. I ja czuję, że to jest inne, i czuję, że trochę uczę się tego od nowa, ale wiem, że jest to bezpieczne. To jest zawsze taka przystań, do której można wrócić i z której można wyruszyć. Nieważne, gdzie cię zabierze – wiesz, że ta historia i ta podróż dobrze się skończy. I to jest duży komfort.
AF: Oprócz tych dwóch koncertów przygotowaliście również trasę po największych miastach w Polsce w marcu 2026.
PG: Jakiś czas temu, jak przeglądałem rzeczy związane z bookingiem, przypomniałem sobie, że mieliśmy zabookowaną trasę na jesień 2021, po wydaniu ostatniej płyty. To była większa trasa niż teraz. Zmieniły się okoliczności rynkowe. Trasy już nie są takie obfite. Już się nie jeździ po dwunastu miastach ze względu na kwestie związane z kosztami realizacji koncertów. Teraz mamy zaplanowane sześć koncertów i jeszcze pewnie dojdą do tego jakieś daty.
KS: To jest wreszcie to, na co czekaliśmy. To zawsze był nasz główny cel – grać koncerty. Podczas dwóch z nich (Kraków i Wrocław) będziemy występowali w roli supportu Jo Quail. Zostaliśmy zaproszeni przez organizatora, aby dołączyć do jej trasy. Będą to największe miasta w Polsce, które już mamy dosyć dobrze rozegrane przez kilkanaście lat działalności. Zaczynamy koncertem w Poznaniu, 14 marca w klubie Pod Minogą. Potem czeka nas intensywny weekend: 19 marca Katowice (Piąty Dom) i dwa koncerty z Jo Quail: 20 marca we Wrocławiu (Łącznik) i 21 marca w Krakowie w Klubie Re. Na koniec zaplanowaliśmy Łódź (27.03 Wooltura) i Warszawę (28.03 Hydrozagadka).
AF: Do marcowej trasy jeszcze trochę czasu – czy setlista będzie składać się wyłącznie z utworów z poprzednich płyt, „Salute Solitude” i „Martial Hearts”, czy planujecie prace nad nowymi kompozycjami lub improwizacjami, które mogłyby trafić na scenę?
KS: Jest taka aspiracja. Na razie nie chcemy składać żadnych deklaracji, ale jesteśmy co do tego zgodni – chcemy już tworzyć nowe rzeczy, żeby zademonstrować nową muzykę.

AF: Patrząc na częstotliwość płyt, które wydawaliście, to zbliża się czas na kolejną, aby zachować sześcioletni interwał. Najbliższa trasa jest zaplanowana tylko po Polsce, ale występowaliście też na festiwalach i w klubach w całej Europie.
PG: To kwestia czasu. Już podjęliśmy pewne działania dążące ku temu, żeby koncerty odbywały się również poza Polską. Natomiast musimy wrócić do pewnego obiegu. Najtrudniej jest się zahaczyć. Mieliśmy to szczęście, że udało się to w przeszłości. Sami się też trochę wytrąciliśmy później z tego obiegu i zobaczymy, jak trudno jest się zahaczyć po raz drugi. Oczywiście to nie jest zupełnie czysta karta, podąża za nami jakaś historia, niemniej w tej rzece, jaką jest cykl wydawniczy, jesteśmy już gdzieś trochę dalej. Być może będzie dla nas miejsce, być może go nie będzie – zobaczymy. Zrobimy na pewno wszystko, co w naszej mocy, żeby znowu móc prezentować naszą muzykę również za granicą. Pomimo wielu obaw, które mieliśmy na początku działalności, okazało się, że to nie jest tak, że jako mały zespół z Polski, z Gdańska, znajomków z klasy, później z miasta, jedziemy na pożarcie za granicę. Można rzeczywiście pokazać na dużych scenach Europy, że ma się jakąś ideę, czasami to przeforsować bardziej sercem niż techniką. Nie ma już tej obawy, która była kiedyś. Jak wyszliśmy na Dunk! Festival (BE), byliśmy przekonani, że nas zjedzą. Mieliśmy grać na mniejszej scenie, ale zespół, który miał zagrać na głównej, wypadł. Zdarzyło się to nawet dwa razy – zawsze, jak graliśmy z nimi na festiwalach. Przenosimy im pecha, albo oni nam szczęście. Jest to zresztą zespół, który bardzo chciałbym zobaczyć.
AF: Jaki to był zespół?
PG: Mutiny on the Bounty. Wypadli z lineupu Dunk!, a organizatorzy wrzucili nas na główną scenę. Przyjechaliśmy w nocy, pokazali nam scenę, była imponująca. Byliśmy po małej trasie, klubowej, więc to wyglądało jak statek kosmiczny ze Star Treka. Zaproponowali nam, czy byśmy nie chcieli tutaj zagrać o bardzo dobrej godzinie. Byliśmy wtedy bardzo zestresowani i po koncercie okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Nie trzeba się siłować. Czasami trzeba wejść i zaprezentować to, w co się wierzy. I okazuje się, że część osób jest w stanie podzielać ten entuzjazm.
KS: Ten koncert był chyba lekkim punktem zwrotnym – przyniósł nam trochę rozgłosu. Ten występ był streamowany na żywo, więc to dodatkowo podbijało rangę wydarzenia. Niektórzy nasi znajomi i fani to oglądali. To była prawdopodobnie największa publika, jaką zgromadziliśmy, porównywalna do tej na OFFie w 2017 roku i na koncertach podczas trasy z God Is an Astronaut. Była to za każdym razem publika, która jest zaangażowana i siedzi w świecie muzycznym, ale jest też krytyczna i wie, na co przychodzi. Na festiwale typu Dunk! trafiają ludzie, którzy znają ten nurt muzyczny jak własną kieszeń. Po koncercie wiele osób podeszło do nas podzielić się wrażeniami. Mówili, że super koncert, że dla niektórych z nich było to odkrycie tej edycji.
AF: Taki sukces z tak zaangażowaną publiką, świadomą waszego nurtu, jest solidnym fundamentem do kontynuowania występów za granicą. Najbliższa trasa będzie po Polsce – czy są kraje lub miejsca poza nią, gdzie chcielibyście zagrać?
PG: Jeżeli chodzi o miejsca, w których chcielibyśmy zagrać, to Hiszpania i Portugalia, żeby domknąć zachodnią część Europy, Wielka Brytania, Japonia i Chiny. Paradoksalnie Chiny czy Japonia wydają się prostsze do zabookowania. W Chinach są festiwale poświęcone tylko naszemu gatunkowi. Jest dużo składów, nawet wśród naszych znajomych, którzy tam jeżdżą i grają na naprawdę ogromnych scenach dla dziesiątek tysięcy osób. To jest inna skala. Jak masz 1,4 miliarda ludzi, to nawet jak grają małe zespoły europejskie, zapełnione są kluby po 300 osób.

AF: Skoro jesteśmy przy marzeniach – z kim chcielibyście zagrać na jednej scenie?
KS: Była ostatnio ankieta festiwalu Dunk!, gdzie można było podsunąć chyba trzech wykonawców. Pamiętam, że Piotrek podał zespół Hammock – duet gitarzystów, który jest jednym z tych, których słucham najchętniej, obok M83. Zastanawiam się tylko, czy oni w ogóle koncertują.
PG: Ja miałem to szczęście na festiwalu Dunk!, gdzie występowaliśmy przed zespołem 65daysofstatic, co było spełnieniem mojego marzenia. Kiedyś bardzo chciałem zagrać z Sigur Rós, ale to już jest inny Sigur Rós i inne Spoiwo.
KS: Jednym z moich ulubionych zespołów jest The Cure, które bierze podobne do nas zespoły na supporty. Tak wypromowali 65daysofstatic.
PP: Tak samo Radiohead wypromował Moderata. To mi w sumie przypomniało, że z chęcią skrzyżowałbym się z Moderatem. Niedawno zdałem sobie sprawę, że na OFFie w 2017 roku graliśmy z IDLES, które wchodziło po nas. Ostatnio widziałem ich na żywo i się zakochałem. Tak samo było z Bitaminą, która grała na tym samym OFFie, a ja ich odkryłem rok, dwa lata później i też się zakochałem. Teraz będą na Openerze.
KS: Właśnie zawsze się zastanawialiśmy, dlaczego nie udało nam się nigdy tam wystąpić, mimo że jesteśmy lokalną kapelą. Pozwolę sobie jeszcze dodać, bo to jest moje marzenie, które potencjalnie może byłoby realne – Slowdive. Absolutnie mój ulubiony koncertowy zespół.
PG: Nie macie takiego wrażenia, że jak się myśli o tym, z kim by się zagrało, to człowiek zawsze sięga do idoli z dzieciństwa, do pomników? Bo im dalej w las, im bardziej poznaje się te zespoły, tym mniejszy ich piedestał… Nie wiem, czy to nie jest trochę tak, że ja nie chciałbym zagrać pojedynczego koncertu. Bo naprawdę, graliśmy z tuzami tego gatunku, i niewiele zostało. Został jeszcze Mogwai czy wspomniany już Sigur Rós. Ale nie wiem, czy tak naprawdę nie chodzi o pewne obcowanie z tymi ludźmi – zagrałbym 10, 15, 20 koncertów z jakimś zespołem, który był moim idolem z dzieciństwa czy z lat młodzieńczych, żeby jakoś wdrążyć się w ten mit i zobaczyć, co tam jest z tyłu. Żeby rozebrać tych ludzi trochę, wyciągnąć z tego, jak z jakiejś przypowieści, pewien morał. Na początku trudno ocenić, które z tych rzeczy są realne, a które nie. Później się okazuje, że to, co się wydawało nierealne, jest realne, a to, co było wysoce prawdopodobne, się nie spełniło. I to się miesza jak jawa i sen. Uważam, że można sobie pomarzyć i może pewne z tych rzeczy się spełnią, a inne nie. Taki jest bieg życia.
AF: Macie lojalne grono stałych fanów, którzy was dobrze znają – koncert w Gdańsku pokazał, że te więzi przetrwały. Myślicie o pozyskiwaniu nowych słuchaczy, w tym młodszych pokoleń?
PG: Wydaje mi się, że każdy, kto uprawia jakiś rodzaj bliskiej mu i istotnej dla niego sztuki, od której w dużej mierze zależy jego dobrostan, patrzy na to, jak można tę sztukę skalować, jak dotrzeć do większej liczby osób. Więcej osób to większa liczba splotów, powikłań i historii. I o to w tym wszystkim chodzi. Możesz mieć więcej historii, które są ważne. To, że więcej osób przyjdzie na koncert, to, że sprzeda się więcej biletów i merchu – to ważne, bo daje większe prawdopodobieństwo tego, że dłużej będziemy to robili. Koniec końców, najważniejsze rzeczy dzieją się jednak poza obiegiem rynkowym. Czy chcemy poszerzać grono tych osób? Tak. Czy chcemy dotrzeć do młodszych pokoleń? Być może to nie jest ich język, być może nie mamy właściwych metod, być może to się stanie samo z siebie przez koncertowanie. Wspomniałaś, że mamy stałe grono fanów. Mieliśmy. Czy mamy? To się okaże. Gdańsk pokazał, że są takie osoby. Jak jest w innych miastach, w jakim stopniu te więzi były trwałe, jak bardzo to, co się zadzieje na scenie, będzie dla tych ludzi jakimś punktem odniesienia – wszystko przed nami.
PP: Na ile to, co nam teraz w duszy gra, co nam wyjdzie, będzie zgodne z tym, co pamiętają.
AF: Wszystko przed wami – od trwałości więzi po to, czy nowa muzyka będzie punktem odniesienia dla fanów. Jak wyobrażacie sobie dalszy ciąg tej opowieści?
PG: Nie lubię oczekiwań. Największe nakładam na siebie sam, starając się być oczami innych. Wyzwalanie się z tego jarzma jest długotrwałe, bolesne i często niepotrzebne, ale to też sztuka, którą uprawia się wtedy, kiedy ma się coś do stracenia. To, że weszliśmy w ten światek post-rockowy nieświadomie, bez chęci, bez świadomej woli i wiedzy, że jesteśmy tam mile widziani, to ruch w poprzek, w bok czy na wskroś temu środowisku, który jest obarczony pewnym ryzykiem. Zdecydowaliśmy się na to ryzyko przy drugiej płycie. Konsekwencje były takie, jak się spodziewaliśmy – część osób powiedziała, że to wykracza poza środowisko, nie jest już jego częścią. Jak jest się na takiej banicji, to z jednej strony ma się przed sobą bardzo duże pole i można iść w jakimkolwiek kierunku, niczego się nie bać. Z drugiej strony – czujesz się trochę samotny. Na razie dajemy sobie zupełnie wolną rękę. Później spróbujemy przejrzeć się w tym i stwierdzić, jaka jest następna część tej opowieści.
Rozmawiała Agnieszka Fortenbach