IKS

Semprah [Rozmowa]

Mówią, że młodym się nic nie chce. Nawet jeśli to boomerskie pierniczenie kocopołów bywa czasem uzasadnione, to bohaterowie naszego wywiadu, bielski zespół Semprah, stoi do tego stwierdzenia w mocnej kontrze. Grupa z roku na rok robi się coraz bardziej rozpoznawalna na naszej scenie. Wydany pod koniec zeszłego roku album „Czas zagłady” zapewne tę pozycję ugruntuje. O tym wydawnictwie oraz o tym, co ostatnio dzieje się wokół zespołu (a dzieje się sporo), opowiedzieli nam wszyscy jego członkowie.

 

Bartek Kuczak: Dwa lata temu udało wam się zagrać na Bloodstock. Zaliczyliście też koncerty w Hiszpanii oraz we Włoszech. Czego waszym zdaniem polscy organizatorzy mogliby się nauczyć od swoich zagranicznych kolegów po fachu?

 

 

Bartosz Sikora: Koncert w Hiszpanii był naprawdę świetnie zorganizowany. Sala na nasz przyjazd była przygotowana w stu procentach. Nie było żadnych opóźnień, niedociągnięć itp. Próby również były przeprowadzone w mgnieniu oka. Nawet różnica językowa nie stanowiła problemu. Gratulacje szczególnie dla Tito z Murdery, który ten koncert organizował. Jeśli chodzi o moje wrażenia, to muszę stwierdzić, że produkcja obu tych wydarzeń była na naprawdę wysokim poziomie, jednak my tu w kraju też nie mamy się czego wstydzić pod tym względem. Nasze doświadczenia z polskich festiwali pokazują, że organizacja tego typu wydarzeń stoi u nas na naprawdę solidnym poziomie. Za granicą są jednak inne zwyczaje. W Hiszpanii cały show zaczął się dopiero o 21:00. U nich to zupełnie normalne, gdyż tam ludzie nie zaczynają pracy z samego rana, a co za tym idzie – dużo później przychodzą do domu. Tam nocne życie kwitnie nawet w tygodniu. Skończyliśmy nasz występ dobrze po godzinie 2:00. Po naszym występie wielu ludzi jeszcze zostało w klubie i bawiło się do rana. W Polsce to raczej niespotykane.

 

 

BK: Porozmawiajmy może o waszym świeżym wydawnictwie „Czas zagłady”. Czy wasze doświadczenie zdobyte podczas nagrywania poprzedniego krążka „Infernal Claws” pozwoliło wam uniknąć pewnych błędów?

 

 

Joanna „Astral” Surzyn: Założenie tym razem było zupełnie inne. „Czas zagłady” od początku miał być pełnoprawnym longplayem. Wynikało to między innymi z faktu, że wiele osób zwracało nam uwagę, że pierwszy album jest stosunkowo krótki. Tym razem jest zdecydowanie dłuższy. „Czas zagłady” zawiera dwanaście utworów, w tym intro oraz outro. Ogólnie rzecz biorąc, chcieliśmy nagrać album dojrzalszy i mam wrażenie, że dopięliśmy swego.

 

zdj. materiały promocyjne

 

BK: Różnica między tymi dwoma wydawnictwami, którą każdy wyłapie jeszcze przed odsłuchem, jest taka, że tym razem w stu procentach postawiliście na język polski. Jest to o tyle ciekawe, że jak już powiedzieliśmy, próbujecie zaistnieć za granicą.

 

 

Mikołaj Próchnicki: Myślę, że ludziom się to podoba. Nawet jeśli nie rozumieją języka. Sami uważamy, że w tym konkretnym przypadku bariera językowa nie jest przeszkodą do podejmowania zagranicznych przedsięwzięć, gdyż muzyka sama w sobie świetnie się broni.

 

BS: Zresztą metal to muzyka, która zawsze pokonywała bariery. Tym razem pokonaliśmy barierę językową, nagrywając płytę po polsku i okazało się, że jest to coś świeżego. Nie jest to spotykane często, gdyż większość kapel z całego świata decyduje się jednak na język angielski.

 

JS: Uważam również, że to skłania ludzi do głębszego researchu odnośnie zespołu. Fakt, że ktoś nie rozumie tekstu, ale podoba mu się muzyka, sprawia, że dużo chętniej szuka informacji na temat danej kapeli.

 

 

BK: Prawda. Jeżeli już poruszyliśmy temat warstwy tekstowo-wokalnej, to muszę pochwalić twój wokal, gdyż pomimo growlu, da się zrozumieć, co śpiewasz, a to nie jest takie oczywiste.

 

 

JS: Od dziecka na różnych zajęciach muzycznych miałam wpajane, że dykcja jest istotnym elementem. Zostało to ze mną do dziś. Nie ma znaczenia to, czy śpiewam growlem, czy czysto, zawsze staram się pilnować, aby słowa wybrzmiewały wyraźnie.

 

 

BK: Różnicę słychać również w warstwie muzycznej. W porównaniu z poprzednim krążkiem, tym razem dostajemy mniej melodii. Więcej jest natomiast klasycznego death metalu pełnego thrashowych wpływów. To efekt kalkulacji czy wyszło to na całkowitym spontanie?

 

 

Patryk Próchnicki: Tym razem cały proces tworzenia materiału wyglądał nieco inaczej. Pierwszy album zawierał numery komponowane przez lata, z których żaden nie był de facto tworzony z myślą o jakiejś konkretnej płycie. Po prostu, gdy pojawiła się szansa na wydanie albumu, nagraliśmy to, co akurat mieliśmy. Tym razem każdy numer powstawał w kontekście pewnej koncepcji, która była zgodna z wizją zagłady świata. Wszystko tutaj musiało być dokładnie przemyślane i mieć swoje miejsce. Album zaczyna się od spokojnego intra, a wraz ze swoim biegiem nabiera rozpędu.

 

JS: Na końcu utworu zastosowaliśmy nietypowe zjawisko. Możesz tam usłyszeć szczekany wokal, który wykrzykuje jeden za drugim tytuły kolejnych utworów. Oczywiście trzeba się trochę bardziej wsłuchać, by to dostrzec.

 

BS: Na etapie komponowania muzyki chcieliśmy zaangażować zespół jako całość. Wcześniej numery pisałem głównie ja z Asią, a teraz do tego procesu dołączył również nasz basista Patryk oraz Mikołaj, drugi gitarzysta.

 

zdj. materiały promocyjne

 

BK: Czy apokaliptyczne teksty zwiastujące rychły koniec świata należy traktować jako pewnego rodzaju komentarz do tego, co obecnie dzieje się na świecie?

 

 

JS: Nie. Nie ma tutaj żadnych podwójnych znaczeń, drugiego dna i tym podobnych. Teksty te po prostu opisują to, jak świat się może skończyć. Każdy utwór to osobna historia. Był kiedyś taki serial „Śmierć na 1000 sposobów”. Tutaj mamy zagładę świata na dwanaście sposobów (śmiech).

 

 

BK: Pytanie to zadałem głównie z powodu numeru „Era skażenia”, który można śmiało interpretować jako taki komentarz. Rozumiem jednak, że to nie były twoje intencje. Wracając jednak do strony czysto muzycznej, bardzo wyróżnia się numer „Łowca głów”, zwłaszcza jego melodyjne momenty. Jestem zatem ciekawy, jak u was wygląda kwestia komponowania. Pracujecie od początku do końca nad danym utworem czy sklejacie ze sobą luźne motywy powstałe niezależnie.

 

 

PP: „Łowca głów” to pierwszy numer skomponowany z myślą o tej konkretnej płycie. Zazwyczaj utwory powstają z luźno wymyślonych motywów. Tym razem jednak praca była pod tym względem dużo bardziej uporządkowana niż na naszym debiucie.

 

BS: Nie mamy jakiegoś konkretnego schematu pisania. Jedyne co nas ogranicza to wyobraźnia. Nie tyle nasza, co Asi, gdyż klimat muzyki musi pasować do jej tekstów. Gdy pracujemy nad danym utworem, cały czas jesteśmy na łączach. By wszystko finalnie miało ręce i nogi.

 

JS: Bywało też tak, że Bartek wymyślił jakiś utwór przed moim pomysłem na tekst i to ja wtedy pisałam słowa pod wpływem emocji, jakie we mnie ten numer wywołuje. Jeśli w danym kawałku brakuje mi na przykład momentów na przerwę w wokalu albo solówki, wtedy go o tym informuję. Razem to wszystko poprawiamy aż do ostatecznej formy.

 

 

BK: Czyli na tej zasadzie też powstał numer „Miasto kości”. Zahaczyłem o niego, gdyż nieco odstaje stylistycznie od reszty płyty. Więcej tu black metalu niż death/thrashu.

 

 

BS: Akurat ten numer jest kawałkiem wyciągniętym z szuflady. Napisaliśmy go kilka lat temu i jest to jedyny odgrzebany numer na „Czasie zagłady”. Faktycznie się wyróżnia. Zdecydowaliśmy się go zamieścić, gdyż potrzebowaliśmy w pewnym momencie odrobiny zwolnienia i odpoczynku od tych death/thrashowych riffów. Mam jednak wrażenie, że mimo różnic stylistycznych, wpasował on się idealnie w klimat całości.

 

 

BK: Wspomnieliście, że album ma intro w postaci „Initium Finis” oraz outro zatytułowane „Pył”. Szczególnie drugi wspomniany numer jest dość rozbudowany, jak na funkcję, którą pełni.

 

 

PP: To w dużej części mój numer. Zacząłem od ostatniego motywu. Potem całość rozwijałem w konsultacji z resztą zespołu. Zależało nam, by zrobić to zgodnie z duchem albumu. O tym, że będzie to utwór instrumentalny, zadecydowała Asia. Była to słuszna decyzja, gdyż dzięki temu numer ten zachował swój hipnotyczny charakter oraz stanowi świetną klamrę razem z intrem.

 

 

BK: W międzyczasie doszło także u was do dość istotnej zmiany w składzie. Album został nagrany z waszym starym perkusistą Kubą Łabodasem. Obecnie za garami w Semprah zasiada Kacper Rajfur. Skąd ta zmiana w tak intensywnym dla zespołu czasie?

 

 

JS: Po tym, jak rozstaliśmy się z Kubą, znalezienie nowego perkusisty zajęło nam trzy dni. Uważamy, że Kacper jest idealnym perkusistą do naszego zespołu, co zresztą sam może potwierdzić.

 

KR: Po tym krótkim okresie wszystko wychodzi nam naturalnie. Numery wychodzą mi sprawnie zarówno na próbach, jak i w momencie kiedy sam sobie ćwiczę w salce. Początkowo było nieco ciężej niż przypuszczałem, ponieważ Kuba miał trochę inny styl gry, niż ten, do którego ja jestem przyzwyczajony. Także długość numerów jest dla mnie nietypowa, ponieważ kawałki mojego macierzystego zespołu Blindfolded są nieco bardziej rozbudowane. Udało się to jednak przezwyciężyć. Poza tym Semprah to naprawdę świetna ekipa i super mi się z nimi gra. Po prostu nic dodać, nic ująć (śmiech).

 

 

Rozmawiał Bartek Kuczak

 

 

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020