IKS

Sam McCann (SPRINTS) [Rozmowa]

Irlandczycy ze SPRINTS, jak przystało na ich nazwę, niemal od początku swojej działalności funkcjonują w wydawniczo-koncertowym biegu. Nie tylko grają szybko, ale w ostatnich latach intensywnie publikują swoje kolejne wydawnictwa. A prawdopodobnie jeszcze więcej czasu spędzają w trasach koncertowych, grając zarówno w małych klubach, jak i na dużych festiwalach. Kilka miesięcy temu wypuścili swój drugi studyjny album, by następnie prezentować go na żywo w Wielkiej Brytanii i Ameryce Północnej. Teraz dotarli wreszcie do Europy i wydają się nie zwalniać tempa. Choć to ostatnie spadło nieznacznie na samej płycie – „All That Is Over”. Oczywiście był to jeden z tematów rozmowy, którą przeprowadziłem z basistą grupy, Samem McCannem. Zdradził mi też kilka innych ciekawostek dotyczących wybranych utworów z albumu oraz samego koncertowania.

W ramach trasy europejskiej zespół zagra również jeden koncert w Polsce – 20 marca 2026 roku w warszawskim Voodoo Club. Organizatorem jest Live Nation Polska, którym dziękuję za wsparcie w przeprowadzeniu tej rozmowy.

 

Adrian Pokrzywka: Sam, czytałem już kilka wywiadów ze SPRINTS i zauważyłem, że najczęściej to Karla lub Jack komunikują się z mediami. Dlaczego to właśnie ty rozmawiasz dziś ze mną? To jakaś kara? Przegrałeś zakład?

 

 

Sam McCann: (śmiech) Nie, ale masz rację – zazwyczaj to oni udzielają wywiadów. No cóż, Karla jest na wakacjach w Meksyku, a Jack jest teraz zajęty, więc padło na mnie. Przyznam też, że oni są lepszymi dyskutantami, no i ludzie wolą jednak rozmawiać z Karlą, która jest frontwoman naszej grupy, więc jest bardziej reprezentatywna. Dziś trafiłeś na mnie, mam nadzieję, że to nie problem (śmiech).

 

 

AP: (śmiech) Pewnie, że nie. Porozmawiajmy w takim razie o waszym ostatnim albumie, „All That Is Over”. Zawiera wiele spokojniejszych momentów, trochę zmniejszyliście na nim poziom natężenia hałasu. Czy już trochę zmęczyło was takie noise’owo-punkowe granie? Jak się w tych wolniejszych partiach odnajdujesz ze swoim instrumentem?

 

 

SM: Myślę, że trochę celowo chcieliśmy obniżyć tempo i mieć nowy powód do dumy – właśnie pod postacią kilku wolniejszych piosenek. Karla miała kilka demówek z fajnymi riffami, jak choćby ten z utworu „To the Bone”. To jedna z dwóch wolniejszych kompozycji otwierających album. Celowo postanowiliśmy zacząć płytę od spokojnych piosenek, to dla nas nieoczekiwany zwrot. Może to trochę dziwne, ale z drugiej strony – nie można cały czas grać szybko. To trochę jak w filmie. Gdybyś miał na przykład wielką bitwę przez cały czas, to w końcu stałoby się nudne. Potrzebne są też wolniejsze sceny, by trochę rozluźnić napięcie. Może to dziwna analogia, ale to mi teraz przyszło do głowy (śmiech). W otwierającym album „Abandon” jest dzięki temu więcej miejsca na zabawę efektami, moja partia basu jest tam na przykład bardzo prosta, ale uwielbiam ją grać i bawić się delayem. Jest jeszcze „Better”, też jedna z wolnych, shoegaze’owych piosenek, która dodaje nam trochę przestrzeni, gdy gramy ją na żywo. Nasze koncerty trwają teraz 90 minut, więc dobrze mieć wreszcie kilka wolniejszych utworów, by trochę odpocząć. Starzejemy się (śmiech).

 

zdj. Niamh Barry

 

AP: Być może (śmiech). Nietypowy jest też ostatni utwór na płycie – „Desire”, który ma wyraźny vibe westernu. Ma kilka akcentów, które przywołują do głowy filmy z Clintem Eastwoodem. A przecież style muzyczne, w obrębie których się poruszacie, nie kojarzą się raczej z taką estetyką. Byłem więc trochę zaskoczony, gdy usłyszałem ten kawałek, ale w pozytywnym sensie. Jak powstał ten utwór i skąd pomysł na niego?

 

 

SM: Najpierw było demo, które zostało nam po pierwszym albumie, ale tam ten kawałek brzmiał zupełnie inaczej. Był to dwuminutowy utwór z automatem perkusyjnym w zupełnie innym tempie. Ale spodobała nam się melodia w nim użyta, więc postanowiliśmy ją wykorzystać. Przed sesją nagraniową drugiego albumu siedzieliśmy z gitarami akustycznymi i przeglądaliśmy różne pomysły na piosenki. Karla w pewnym momencie zaczęła grać ten riff, ale wolniej niż w pierwotnej wersji. Ja dołożyłem swoją partię i stwierdziliśmy, że mamy to. Zorientowaliśmy się od razu, że ten utwór ma w sobie coś z westernu, ale i coś z postapokaliptycznego klimatu gry „Fallout”, ogólnie brzmiał dość oldschoolowo. Więc stwierdziliśmy, że faktycznie nawiążemy do westernu, ale bez przesady, nie chcieliśmy na przykład dawać tu dźwięku grzechotnika. Dzięki temu może uszło nam to na sucho i piosenka nie brzmi tandetnie. Jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego. Wyszło na to, że utwór rozrósł się do sześciu minut i idealnie pasuje na finał albumu. Nagrywanie go sprawiło mi ogromną frajdę.

 

 

AP: A kto odpowiada za „Better”, o którym już wspominałeś? To też nietypowy dla was utwór, ma taki przyjemny popowy charakter z wpływami shoegaze’u. Służy trochę jako przerwa zmniejszająca napięcie poprzedzających go utworów, to moment na ochłonięcie. Czyj to był pomysł i jak przebiegała praca nad tym kawałkiem?

 

 

SM: To też utwór, który nie załapał się na pierwszą płytę – po prostu tam nie pasował. Bardzo spodobał mi się ten refren, ale co ciekawe – Karla go nie lubiła. Czasem tak jest, że songwriterzy piszą naprawdę fajny utwór, ale sami nie potrafią go docenić. Gdy pracowaliśmy nad nowym albumem, przesłałem tę piosenkę Zacowi, który był nowy w zespole. Zgodził się ze mną, że to bardzo dobry kawałek, nie tylko chwytliwy, ale wręcz piękny. We dwóch zwróciliśmy się do Karli i zaczęliśmy ją przekonywać, by jednak dała mu szansę. I faktycznie wyszedł z tego trochę shoegaze’owy utwór, nietypowy dla nas. Był też dokańczany w trasie, bo kilka razy zagraliśmy go na żywo, zanim został wydany. I tak jak powiedziałeś, znalazł się na płycie nieprzypadkowo tuż po „Pieces”. Chodzi właśnie o to, żeby przy nim ochłonąć. Trzeba czasem zwolnić tempo. Wyróżnia się na tle naszej twórczości, ale nie sądzę, żebyśmy posunęli się za daleko. To bardzo dobry kawałek SPRINTS z shoegaze’owym klimatem i jestem z niego zadowolony.

 

 

AP: Mnie też się podoba. Wspomniałeś o Zacu, który zastąpił na gitarze prowadzącej Colma. Czy Colm miał znaczny udział w pisaniu starych utworów? Czy jego następca ma teraz wpływ na waszą twórczość?

 

 

SM: Colm miał duży udział w zespole i był jednym z najlepszych technicznie gitarzystów, jakich kiedykolwiek znałem. Miał swój własny sposób pisania partii gitar, który był różny od stylu Zaca. Nasz nowy członek zespołu wniósł za to wiele świeżości podczas nagrywania drugiej płyty. Zanim weszliśmy do studia, wróciliśmy z praktycznie dwuletniej trasy koncertowej, przez co byliśmy trochę zmęczeni. A Zac, jako nasz nowy muzyk, był bardzo podekscytowany i zaraził nas swoją energią. Rzucił się w wir pracy, ściągał wersje demo naszych pomysłów na piosenki i pracował nad nimi. Gdy tworzyliśmy grupowo, zawsze się udzielał i dodawał swoje pomysły. On i Colm mają różne style, ale obydwaj są dobrymi muzykami i bardzo nam pomogli. Więc ogólnie cieszę się, że mamy Zaca w zespole, to dla nas duże szczęście.

 

 

AP: Rozumiem, że w SPRINTS wpływ na muzykę mają wszyscy członkowie grupy. Jeżeli chodzi o teksty piosenek – tu podejrzewam, że Karla pisze większość, o ile nie wszystkie. Który z nowych utworów porusza najważniejszy dla ciebie temat w swojej warstwie tekstowej?

 

 

SM: Tu mnie masz. To trudne pytanie, bo Karla pisze naprawdę dobre teksty i ciężko mi coś wybrać. Postawię na „Descartes”. Mówimy w nim o tym, że próżność jest przekleństwem naszej kultury. Wydaje mi się, że te słowa w pewnym sensie podsumowują to, co obecnie obserwujemy na świecie. Politycy będący u władzy to kompletni dziwacy, którzy interesują się tylko sobą i są doskonałym przykładem najgorszych cech. Karla nie podaje tego dosłownie, zawsze znajduje jakiś sprytny sposób, by przekazać to bardziej poetycko. Mogę więc powiedzieć, że w warstwie lirycznej to „Descartes” jest prawdopodobnie moim ulubionym utworem na płycie.

 

 

AP: Dobry wybór, też lubię ten tekst. Podobno wiele piosenek z drugiego albumu SPRINTS, a przynajmniej pomysły na nie, powstało podczas prób dźwięku przed waszymi koncertami. Nie słyszałem, żeby inne zespoły tworzyły swoją muzykę w ten sposób. Czy możesz mi trochę opowiedzieć o tym procesie?

 

 

SM: No tak, nie jesteś pierwszą osobą, która o to pyta. Cóż, to nie tak, że cały materiał napisaliśmy na próbach w trakcie trasy koncertowej. Gdy rozgrzewamy się przed występami, zawsze robimy też takie krótkie improwizacje, które mogą trwać dziesięć, piętnaście minut. Szczerzę mówiąc, to dla mnie najbardziej ekscytująca część dnia w trasie. Same koncerty są świetne, ale to na próbach gramy jakieś nowe rzeczy, testujemy pomysły na utwory. To sprawia nam dużo frajdy i to właśnie wtedy zrodziło się wiele fragmentów piosenek, które zostały później wykorzystane na płycie. Jakieś dwie czy trzy kompozycje dopracowywaliśmy też na próbach, by później je zagrać danego wieczoru i sprawdzić, jak wypadną. Choć później i tak wprowadzaliśmy pewne zmiany w trakcie sesji nagraniowej. Albo nie pamiętaliśmy, jak dokładnie brzmiały poszczególne fragmenty. Więc tak, wiele pomysłów opracowywaliśmy na próbach, ale nie można powiedzieć, że cała płyta powstała właśnie w taki sposób.

 

 

AP: Minęło już pół roku od wydania „All That Is Over”. Jak oceniasz jego odbiór przez fanów? Zagraliście też sporo koncertów od czasu premiery. Czy wasza publiczność się powiększyła? A może pomniejszyła lub całkiem wymieniła?

 

 

SM: To trochę dziwne… Płyta nie spotkała się z takim przyjęciem jak nasz debiut. Może drugi album ogólnie nie jest tak ekscytujący dla prasy czy po prostu dla odbiorców. Ale to też nie jest tak, że to zainteresowanie spadło jakoś bardzo. Na przykład w Stanach się poprawiło i podczas amerykańskiej trasy mieliśmy lepsze przyjęcie niż kiedykolwiek wcześniej. Jesteśmy teraz przed trasą europejską i dopiero sprawdzimy, jak to będzie wyglądać tutaj. Nie do końca mogę ci odpowiedzieć na to pytanie. Wydajesz drugą płytę, jedziesz w trasę i spodziewasz się, że wszyscy będą ją znali, ale na koncerty przychodzą różne osoby, nawet takie, które dopiero zaczynają nas słuchać i znają tylko debiut. Więc trudno to ocenić. Ale z Ameryki jesteśmy zadowoleni, mam nadzieję, że Europa też dopisze.

 

 

AP: Jak większość zespołów rockowych pewnie zaczynaliście grając w małych klubach. A ostatni rok obfitował w mnóstwo waszych występów na większych europejskich festiwalach. Dobrze wam się gra przed takimi dużymi, często przypadkowymi publikami? A może dalej wolicie koncerty w mniejszych klubach?

 

 

SM: Każdy koncert jest dobry na swój sposób. Ale nie ma nic lepszego niż koncert w małym klubie. Jest duszno, wszyscy są spoceni, bardzo zaangażowani i panuje intymna atmosfera. Choć koncerty na festiwalach też mogą być fajne na swój sposób. Jesteś na tej wielkiej scenie i wiesz, że cały ten tłum ludzi przyszedł tu w jednym celu – żeby wziąć udział w ogromnej imprezie i dobrze się bawić. Kiedyś wydawało mi się, że te duże sceny będą stresujące, ale te wszystkie rozległe tereny festiwalowe tworzą dystans, który daje mi przestrzeń i zmniejsza tremę. A same koncerty są krótsze, to tylko 40 czy 50 minut i po sprawie.

 

 

AP: Trochę o was poczytałem i jestem mniej więcej zaznajomiony z waszymi inspiracjami i zespołami, które mogły na was wpłynąć na początku działalności SPRINTS. Teraz, kiedy dzielicie scenę na dużych festiwalach z wieloma różnymi zespołami, pewnie widzieliście kilka ciekawych występów. Możesz zdradzić, którzy artyści zrobili na tobie ostatnio największe wrażenie?

 

 

SM: Na kilku festiwalach graliśmy z Protomartyr. Nie znałem ich wcześniej, a to, co zobaczyłem, było niesamowite. Grają naprawdę świetnie. Dobrze bawiłem się też na secie didżejskim Fcukers. I na Getdown Services. Oczywiście było tego więcej, ale ci artyści jako pierwsi przychodzą mi do głowy.

 

 

AP: Na pewno lubisz jeszcze Le Tigre. Ostatnio wydaliście cover ich piosenki „Deceptacon”. Dlaczego wybraliście akurat ten utwór?

 

 

SM: Graliśmy go często na żywo jeszcze w czasach, gdy Colm był z nami w zespole. Dorzucaliśmy go do naszej setlisty i zazwyczaj wychodził dobrze. Le Tigre jest ważnym dla nas zespołem, szczególnie dla Karli, która ich podziwia. Ale wszyscy lubimy „Deceptacon”, to świetny utwór. Propozycja nagrania tego kawałka wyszła od naszej amerykańskiej wytwórni – Sub Pop. To było trochę stresujące, bo ten utwór jest już kultowy. Trochę się martwiłem, jak zostanie przyjęty, ale nie widziałem zbyt wielu złych komentarzy. Ktoś się tylko przyczepił, że gramy nie swoją piosenkę i oszukujemy ludzi (śmiech).

 

 

AP: Mam jeszcze jedno pytanie. Wydaliście dwie płyty w odstępie jednego roku, to szybkie tempo. Czy to oznacza, że w tym roku ukaże się wasz kolejny album studyjny? Macie już jakieś pomysły czy czekacie na kolejne próby dźwięku, żeby zacząć coś tworzyć?

 

 

SM: (śmiech) Nie, kolejny album wyjdzie w przyszłym roku, przynajmniej mam taką nadzieję. Więc cykl zostanie przerwany, będzie rok przerwy. Z jednej strony fajnie byłoby tak regularnie wydawać płyty, ale myślę, że ludzie mieliby nas już dość (śmiech).

 

 

AP: Dziękuję ci za rozmowę i życzę udanej trasy.

 

 

SM: Dzięki. Trzymaj się.

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020