A wiecie, że Dexter Holland z The Offspring ma doktorat z biologii molekularnej? Nie ściemniam – gość jest naprawdę zajebiście inteligentny, a to nie koniec ciekawostek. Podobno ich gitarzysta Noodles kiedyś sprzątał w szkole, do której chodziła reszta chłopaków. Do kapeli przyjęli go głównie dlatego, że był już pełnoletni i mógł legalnie kupować browary. Klasyka! Nie piszę tego tylko po to, żeby przyciągnąć waszą uwagę (no dobra… może trochę!), ale żebyście spojrzeli na The Offspring pod trochę innym kątem. Bo dla przeciętnego słuchacza w moim wieku – czyli kogoś, kto młodość przeżywał w latach 90. – pierwsze skojarzenie prawie zawsze brzmi: „Americana”. I wiecie co? To jest dobre skojarzenie. To właśnie dzięki tej płycie The Offspring na dobre wjechali w miliony walkmanów, discmanów i pierwszych empetrójek. No i ta okładka… Blond dzieciak na huśtawce ze stabilizatorem na nodze i z jakimś ciulstwem na kolanach (dalej nie wiem co to jest… jakiś homar czy co?) i ta upiorna macka… Ale wracając do meritum – zarówno przed „Americaną”, jak i długo po niej w dyskografii The Offspring jest masa naprawdę dobrego materiału. Oczywiście zdarzały się też wpadki, średniaki i rzeczy, o których dziś mało kto pamięta. I właśnie po to są takie rankingi – żeby przypomnieć sobie, jak to wszystko naprawdę leciało. No to lecimy:
„Uno, dos, tres, cuatro, cinco, cinco, seis…”
13. „Let the Bad Times Roll” (2021)
Przed wydaniem swojego dziesiątego albumu The Offspring zaliczyli najdłuższą przerwę pomiędzy dwoma kolejnymi studyjnymi wydawnictwami w całej swojej karierze. W międzyczasie zespół opuścił jeden z ojców założycieli, basista Greg K., czego następstwem była seria sądowych przepychanek pomiędzy nim a Hollandem i Noodlesem. Cała sprawa bardziej przypominała telenowelę niż konflikt pomiędzy starymi kumplami z punkowej kapeli. Ale to nie koniec problemów ze składem – tuż przed premierą z grupą zmuszony był pożegnać się perkusista Pete Parada. Było to pokłosiem jego sprzeciwu przed zaszczepieniem się na COVID-19. Krótko mówiąc za „Let the Bad Times Roll” stoi więcej dramatów niż świeżych pomysłów na piosenki. Pandemia przyniosła sporo naprawdę świetnych płyt, ale tę trudno zaliczyć do tego grona. Nowa wersja „Gone Away”, znanego z „Ixnay on the Hombre”, nagrana jako ballada, oraz instrumentalna miniaturka „In the Hall of the Mountain King” to oczywiste zapychacze, ale i tak wypadają całkiem oryginalnie na tle pozostałych kompozycji. Fakt, że zespół musiał się nimi posiłkować, żeby dobić do 33 minut materiału, mówi sam za siebie. Zaczyna się obiecująco („This Is Not Utopia”), ale potem większość utworów brzmi schematycznie – The Offspring celuje w przebojowość rodem ze swoich złotych czasów, ale tak naprawdę nie oferują czegoś, co sprawiłoby, że kawałki zostałyby w pamięci na dużej. Flirt ze ska (utwór tytułowy) czy dziwaczne (choć mimo wszystko dowcipne) „We Never Have Sex Anymore” z sekcją dętą przynajmniej czymś się wyróżniają na tle reszty kompozycji. To nie jest zła płyta, jest po prostu… zajebiście nijaka.
Uno, dos, tres…: „This Is Not Utopia”, „The Opioid Diaries”, „Hassan Chop”.

12. „Days Go By” (2012)
To płyta, na której The Offspring podjęli desperacką próbę jeszcze mocniejszego złagodzenia swojego brzmienia. Album miejscami niebezpiecznie dryfuje w stronę łagodnego pop rocka i rocka stadionowego spod szyldu Foo Fighters. Wystarczy posłuchać tytułowego „Days Go By”, żeby zrozumieć, że wszystkie te zarzuty są jak najbardziej zasłużone – ten kawałek brzmi, jakby ktoś ukradł go prosto z szuflady Dave’a Grohla. Co ciekawe, na perkusji można usłyszeć Josha Freese’a, który 11 lat później obejmie rolę perkusisty Foo Fighters po śmierci Taylora Hawkinsa. To właśnie na „Days Go By” znajdziemy jedne z najbardziej popowych kawałków w całej historii zespołu: prześmiewcze „Cruising California (Bumpin’ in My Trunk)” (który sprawi, że niejednemu staremu punkowi otworzy się scyzoryk w kieszeni), ckliwą balladkę „All I Have Left Is You” czy „OC Guns” z rap-reggaeowym klimatem i tym nieznośnym „tiki-tiki-tiki” (moje pierwsze skojarzenie… Red Hot Chili Peppers). Podobnie jak na wspomnianym wcześniej „Let the Bad Times Roll”, zespół nagrał nową wersję starego klasyka – tym razem padło na „Dirty Magic” z albumu „Ignition”. Po co? Nie wiem. „Days Go By” to bardzo nierówna płyta, z której mimo wszystko da się wygrzebać kilka niezłych kompozycji. Jeżeli szukacie starego, dobrego Offspringa, to lepiej zacznijcie od jej końcówki.
Uno, dos, tres…: „I Wanna Secret Family (With You)”, „Dividing by Zero”, „Slim Pickens Does the Right Thing and Rides the Bomb to Hell”.

11. „Greatest Hits” (2005)
Pierwsza z dwóch kompilacji The Offspring, które zdecydowałem się uwzględnić w tym zestawieniu. Jak to zwykle bywa z tego typu wydawnictwami – z jednej strony mogą być świetnym wprowadzenie dla nowych słuchaczy w muzykę danej formacji, z drugiej zaś są dość łatwym sposobem na zarobek dla zespołu, który przecież już raz wykonał swoją robotę, nagrywając te utwory wcześniej. Dziś, w dobie playlist na Spotify, Tidal, Apple Music i innych platformach, tradycyjne kompilacje „Greatest Hits” powoli odchodzą do lamusa – dlatego tym bardziej warto o nich przypomnieć. Dwie dekady temu, gdy nikt nie marzył o streamingu, jeśli pojawił się ktoś, kto chciał szybko poznać dany zespół i miał na tyle przyzwoitości (oraz środków), by nie pobierać pirackich MP3 z sieci, naturalnym wyborem był zakup takiej kompilacji. W przypadku tej konkretnej składanki The Offspring potraktowali hasło „Największe Hity” nieco zbyt dosłownie – na płycie znalazły się utwory pochodzące z pięciu z siedmiu pierwszych albumów studyjnych, pomijając doskonałe „Ignition” oraz debiut. Za to dostajemy prawdziwe crème de la crème złotego okresu działalności zespołu. Na dodatek „Defy You”, utwór napisany na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu „Orange County”, a także dwa premierowe kawałki. Otwierające przebojowe „Can’t Repeat” stanowi bardzo dobre wprowadzenie do kompilacji, natomiast cover „Next to You” autorstwa The Police, zagrany w pop-punkowej stylistyce, pozostaje ciekawostką, która przyjemnie uzupełnia całość.
Uno, dos, tres…: „Can’t Repeat”, „Defy You”, „Next to You”.

10. „Supercharged” (2024)
Najświeższe wydawnictwo The Offspring to zarazem pierwszy od lat album, który nie brzmi, jakby zespół próbował za wszelką cenę coś udowodnić. Czy jest tu coś szczególnie odkrywczego? Oczywiście, że nie! (ktoś jeszcze na to liczy?) Za to dostajemy masę energetycznych, melodyjnych piosenek w starym, dobrym stylu – nagranych z typowym dla Offspring poczuciem humoru („Come to Brazil”). Część z Was pewnie powie: „The Offspring dalej odgrzewa kotleta, jak na „Let the Bad Times Roll”. I może tak jest. Tym razem jednak dodali do niego solidną porcję przypraw. Na „Supercharged” wreszcie czuć prawdziwą (pop) punkową nonszalancję i luz, które poprzednie płyty tylko próbowały naśladować. Znowu dostajemy trochę ponad pół godziny materiału, ale tym razem nie znajdziemy tu sztucznych zapychaczy (wariacji na temat muzyki klasycznej sprzed 150 lat i tym podobnych) – i to już duży plus! Na pewno pomogło też ustabilizowanie się składu. Brandon Pertzborn, który rocznikowo jest rówieśnikiem „Smash” (urodził się kilka miesięcy po premierze płyty), wniósł do zespołu sporo świeżości i energii. Żeby było jasne, „Supercharged” nie dorównuje dokonaniom The Offspring z ich złotego okresu, ale to i tak ich najlepsza płyta od lat.
Uno, dos, tres…: „Light It Up”, „The Fall Guy”, „Make It All Right”.

9. „Splinter” (2003)
Przed wydaniem swojego siódmego albumu The Offspring mieli trudności ze znalezieniem dla niego odpowiedniej nazwy. Pojawiały się różne propozycje, takie jak „Offspring Bloody Offspring” czy „Chinese Democracy” – dokładnie taki sam tytuł, jaki miał nosić powstający w bólach od blisko dekady nowy album Guns N’ Roses. Chłopaki uznali, że ten drugi to świetna nazwa również dla ich płyty, a przy okazji, jeżeli jej użyją to będzie zajebisty żart. Z okazji prima aprilis w 2003 roku wydali oficjalny komunikat prasowy, w którym ogłosili, że następca „Conspiracy of One” będzie nosił tytuł… „Chinese Democracy (You Snooze, You Lose)”. Dopisek, który w wolnym tłumaczeniu oznacza „Kto śpi, ten traci” zadziałał niczym płachta na byka. Gdy Axl Rose dowiedział się o całej sytuacji, podobno wpadł w szał. Sztab prawników Gunsów wysłał do The Offspring oficjalne wezwanie do zaprzestania naruszeń, grożąc procesem w przypadku jego zignorowania. The Offspring zmiękli i szybko przyznali, że był to jedynie primaaprilisowy żart, co pozwoliło ostudzić emocje i zakończyć sprawę. Sam Dexter wyznał później, że robienie sobie jaj z Axla i jego zespołu nieco wymknęło się spod kontroli. Tak czy siak, skończyło się na tytule „Splinter” (który można przetłumaczyć jako ‘odłamek’ lub ‘drzazga’) i według mnie właśnie ta nazwa dużo bardziej pasowała. W wywiadach formacja tłumaczyła znaczenie tytułu w kontekście samej płyty, która jest „rozszczepiona” stylistycznie. Dla części starych fanów ten mezalians jaki popełnił The Offspring z innymi gatunkami na swojej siódmej płycie, faktycznie okazał się być niczym drzazga pod paznokciem.
Mimo, że płyta nie cieszyła się takim uznaniem fanów jak „Conspiracy of One” czy „Americana”, można na niej znaleźć kilka hitów, które regularnie powracają na koncertach. Chodzi oczywiście o „(Can’t Get My) Head Around You” oraz „Hit That”. Na „Splinter” wyraźnie słychać chęć zmiany kierunku. Miejscami mocno wybrzmiewa rock alternatywny. Mamy tu utrzymane w Weezerowskim klimacie „Spare Me the Details” czy „Race Against Myself”. Dla równowagi pojawiają się szybkie, ostrzejsze punkowe numery, jakich fani nie słyszeli od lat („Da Hui”, „Lightning Rod”, „The Noose”). Mamy też reggae’owe „The Worst Hangover Ever” – jeden z bardziej humorystycznych i przerysowanych utworów na płycie. Ale prawdziwą wisienką na tym torcie eklektyzmu jest utrzymane w stylu lat 30. ubiegłego wieku (!) „When You’re in Prison”, jedna z najdziwniejszych, najbardziej kuriozalnych kompozycji, jakie kiedykolwiek wyszły ze stajni The Offspring (zgodzę się z tą grupą fanów, którzy twierdzą, że to zapychacz). Właśnie dzięki temu wszystkiemu, „Splinter” to prawdopodobnie najbardziej różnorodna płyta w dyskografii The Offspring… i dokładnie w tym tkwi jej największy problem i jednocześnie największa zaleta. Momentami naprawdę można się na niej pogubić, jakby zespół rzucał w słuchacza wszystkim, co mu wpadło pod rękę w studiu. Niektóre pomysły trafiają w punkt, inne niestety nie…
Uno, dos, tres…: „Hit That”, „(Can’t Get My) Head Around You”, „Race Against Myself”.

8. „Happy Hour!” (2010)
Druga kompilacja, jaką zdecydowałem się umieścić w zestawieniu. Niezwykle ciekawa pozycja, niestety mało znana – tym bardziej warto o niej wspomnieć. Wydawnictwo trafiło wyłącznie na rynek japoński i było pierwszą płytą The Offspring niedostępną w Ameryce. A jak wiadomo, Japończycy mają bzika na punkcie rarytasów, a tych tutaj jest cała masa. W przeciwieństwie do „Greatest Hits” z 2005 roku nie znajdziemy tu żadnych nowych kompozycji. Płyta zawiera B-side’y oraz utwory pochodzące z singli i EP-ek („Club Me” i „Baghdad”) oraz ze ścieżki dźwiękowej („Idle Hands”). Wśród 19 utworów znajdziemy m.in. nagrania koncertowe i remiksy, ale najciekawsze są covery kawałków takich legend jak Buzzcocks, Iggy & The Stooges, T.S.O.L. (True Sounds of Liberty), AC/DC czy Billy Roberts. W przypadku tego ostatniego, chodzi oczywiście o cover „Hey Joe” z pierwszej EP-ki „Baghdad”, którego autorem – wbrew powszechnemu przekonaniu – nie był Jimi Hendrix. Wiadomo, płyta wypełniona rarytasami raczej ucieszy tylko hardkorowych fanów, ale i tak warto ją sprawdzić – choćby dla samych coverów.
Uno, dos, tres…: „Autonomy” (Buzzcocks cover), „I Got a Right” (The Stooges cover), „Sin City” (AC/DC cover).

7. „Rise and Fall, Rage and Grace” (2008)
Wbrew powszechnym negatywnym opiniom o tej płycie, uważam, że „Rise and Fall, Rage and Grace” to najlepszy „późny” album od The Offspring – i to z dość wyraźną przewagą nad tym, co zespół nagrał w kolejnych latach. Żeby w ogóle móc to docenić, trzeba było na początku przełknąć gorzką pigułkę: w 2008 roku The Offspring było zdecydowanie bliżej do komercyjnego stadionowego-radiowego grania niż jakiejkolwiek formy punk rocka. I wiecie co? Przestałem mieć z tym jakikolwiek problem. Płyta wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwsza to czysta petarda – koncertowe bangery, które do dziś są żelaznymi punktami setlist: „Hammerhead”, „You’re Gonna Go Far, Kid”, „Half-Truism” czy „Takes Me Nowhere”. To The Offspring, który ciągle jest w stanie napisać 4–5 naprawdę doskonałych, energetycznych kawałków na jedną płytę, które nie brzmią jakby za wszelką cenę miały przypominać czasy „Smash”. Teksty bywają czasem głupie jak but, a riffy proste jak konstrukcja cepa, ale i tak potrafią rozkręcić niezłą imprezę pod sceną. Druga połowa to już zupełnie inny klimat. Utrzymane w średnim tempie stadionowe ballady i bardziej emocjonalne numery w stylu My Chemical Romance czy późniejszego Green Day („Kristy, Are You Doing Okay?”, „Fix You”, tytułowy „Rise and Fall”). Wypolerowana produkcja Boba Rocka zaskakująco dobrze pasuje do takiego repertuaru. Całość ma spójny klimat i naprawdę dobrze się jej słucha od początku do końca, nawet jeśli momentami riffy i aranżacje niebezpiecznie zbliżają się do dokonań wspomnianych wyżej kolegów po fachu. Mimo wszelkich mankamentów jako całość broni się zaskakująco dobrze. W moim rankingu album ląduje więc w solidnym środku stawki. To po prostu naprawdę chwytliwy, dobrze zrobiony rockowy album nagrany w duchu epoki, w której powstał. I właśnie za to go szanuję.
Uno, dos, tres…: „Hammerhead”, „You’re Gonna Go Far, Kid”, „Half-Truism”.

6. „The Offspring” (1989)
To najbardziej szczery, toporny i surowy materiał, jaki znajdziecie w dyskografii The Offspring. Prawdziwy punk rock z piwnicy – taki, którego w ich późniejszych wydawnictwach trzeba już szukać ze świecą. To płyta pozbawiona kalkulacji i jakiegokolwiek wygładzania, nagrana z czystej potrzeby wykrzyczenia tego, co siedzi w środku. Jednocześnie słychać tu wszystkie mankamenty zespołu, który dopiero zaczyna – i właśnie to nadaje mu autentyczności. Teksty są wyraźnie politycznie zaangażowane – momentami brzmią jak pacyfistyczny manifest potępiający wojnę, przemoc i niesprawiedliwość. W tym, co bez skrępowania wykrzykuje Dexter Holland, pojawiają się też wątki alienacji młodzieży, wewnętrznych frustracji i mrocznych stron ludzkiej natury. To nie są słowa rzucane na wiatr – to czysty wkurw. Mamy też elementy gore – kawałek „Beheaded” opowiada o chłopaku, który poucinał głowy całej swojej rodzinie. Czuć, że wszystko tutaj jest prawdziwe, niewyrachowane, przez co momentami wręcz chaotyczne – ale właśnie w tym tkwi siła debiutu The Offspring. Muzycznie wyraźnie słychać wpływy hardcore’u i punka lat 80.: szybkie tempo, proste struktury, agresja i energia. Strzał w ryj! Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy nie mogą znieść komercjalizacji brzmienia, jakiej The Offspring poddali się w kolejnych latach. Ciekawostką jest także oryginalna okładka tego debiutu (później zastąpiona przez tę, którą znamy do dziś). Przedstawiała ona komiksową, groteskową scenę rozrywanego na strzępy człowieka, z którego klatki piersiowej wyskakuje Xenomorph z gitarą w ręku. Całość utrzymana w estetyce DIY, co jeszcze mocniej podkreślało surowy, undergroundowy klimat albumu.
Uno, dos, tres…: „Jennifer Lost the War”, „I’ll Be Waiting”, „Elders”.

5. „Conspiracy of One” (2000)
Po wydaniu „Americana” The Offspring osiągnęli absolutny szczyt popularności, nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec ich kolejnego albumu były kolosalne. I wiecie co? „Conspiracy of One” okazał się naprawdę godnym następcą. Dla mnie to jeden z ostatnich wielkich albumów ze złotego okresu The Offspring. Oczywiście nie wszystko na płycie jest idealne. „Original Prankster” to oczywista kopia „Pretty Fly (For a White Guy)”. Czy udana? Zdania są mocno podzielone. Na szczęście to tylko jeden numer, a reszta albumu trzyma znacznie wyższy poziom. Kawałki jak „Living in Chaos” czy „Vultures” pokazują, że chłopaki nadal mieli w głowie garść świeżych pomysłów. Do tego oczywiste ponadczasowe hity, które na zawsze weszły do kanonu gatunku. Całość opiera się na podobnym patencie co „Americana” – lekki, odrobinę głupkowaty, ale za to bardzo chwytliwy pop punk, który na przełomie mileniów sprzedawał się jak świeże bułeczki. Ale słychać też, że The Offspring nie chcieli po prostu odcinać kuponów. Trochę pokombinowali z brzmieniem, dodali kilka smaczków – niewiele, ale zawsze coś. I to czuć. A tak szczerze? Dużo robi tu nostalgia. Dla wielu z nas (w tym dla mnie) to płyta mocno związana z konkretnymi wspomnieniami z czasów gimnazjum, więc automatycznie dostaje parę dodatkowych punktów w rankingu. I wiecie co? Uważam, że nie ma w tym absolutnie nic złego. Na koniec mała anegdotka: Na przełomie mileniów temat udostępniania muzyki online dopiero raczkował, a branża była w stanie lekkiej paniki po pojawieniu się Napstera (słynna akcja z Metallicą). The Offspring wpadli wtedy na pomysł, który dziś brzmi zupełnie normalnie, a wtedy był małą rewolucją – chcieli wrzucić cały album za darmo do sieci w dniu premiery (skoro i tak większość dzieciaków ukradnie go z neta, to czemu nie?). Wytwórnia powiedziała zdecydowane „nie” i podobno groziła nawet pozwem. Dla Columbia Records była to walka o przetrwanie starego modelu biznesowego. Ostatecznie skończyło się kompromisem: do sieci trafił tylko singiel „Original Prankster”, a reszta albumu ukazała się tradycyjnie na płytach.
Uno, dos, tres…: „Want You Bad”, „Come Out Swinging”, „Million Miles Away”.

4. „Ignition” (1992)
Drugi album The Offspring i dla wielu starych punków po prostu najlepszy w ich dyskografii. Można go nawet opisać, parafrazując klasyka: „The Offspring skończyli się na Ignition”. Wystarczy posłuchać kilku pierwszych słów, jakie wykrzykuje Dexter w otwierającym „Session”, by od razu zrozumieć, że to będzie prawdziwy punk rock zagrany na pełnej kurwie. Pierwotne, surowe brzmienie „Ignition” od radiowego grania „Americany” i „Conspiracy of One” (wydanych zaledwie kilka lat później) dzielą lata świetlne. Tutaj chłopaki grają wściekły skate punk z dużą dawką hardcore’owego pazura. Nikt nie gryzie się w język – jest społeczny komentarz („L.A.P.D.”) i szczere przemyślenia, pełne frustracji i złości na temat otaczającego świata… bez grama śmieszkowania. To The Offspring, który rozbudował brzmienie z debiutu, wyszedł już jeden krok poza piwnicę (lub jak kto woli garaż), ale dalej nikt nie przypuszczał, że lada moment zostaną gwiazdami MTV. Kompozycje są dużo bardziej rozbudowane niż na debiucie, riffy przemyślane, a nawet pojawił się pierwszy wyraźny hit – „Dirty Magic” (choć to może trochę krzywdzące określenie). Tak, to ten sam numer, który wiele lat później zdecydowali się nagrać w nowej wersji na albumie „Days Go By”.
Uno, dos, tres…: „Dirty Magic”, „We are One”, „L.A.P.D.”.

„Ixnay on the Hombre” (1997)
Po sukcesie „Smash” The Offspring z mało znanej garażowej kapeli z kalifornijskiego podziemia stali się ogólnoświatową sensacją. Oczekiwania odnośnie do ich kolejnego ruchu były ogromne, więc kwestią czasu pozostawało, kiedy kapela trafi w łapy naprawdę dużej wytwórni. Padło na Columbia Records. A to, jak się w niej znaleźli, to osobna historia, z wielką kasą w tle. Brett Gurewitz – gitarzysta i współzałożyciel Bad Religion oraz właściciel Epitaph Records (poprzedniego wydawcy The Offspring) – próbował sprzedać „Smash” któremuś z dużych graczy w zamian za większe tantiemy. The Offspring nie spodobał się ten pomysł i, mimo że początkowo chcieli zostać w Epitaph, ostatecznie podpisali kontrakt z Columbia Records, wybierając mniejsze pieniądze, ale większą niezależność. Dexter podkreślał, że nie chcieli pracować z Gurewitzem, czyli z kimś, kto próbowałby ich do czegokolwiek zmuszać.
Wracając jednak do samej płyty – w moim odczuciu „Ixnay on the Hombre” ma jeden podstawowy problem… no dobra, właściwie dwa. Została wydana dokładnie pomiędzy dwoma żelaznymi klasykami lat 90., które są przy tym kompletnie różne. Mowa oczywiście o „Smash” i „Americana”. Z perspektywy końca lat 90. album tkwił w dość niewygodnym rozkroku pomiędzy przeszłością a przyszłością zespołu. Był jeszcze mocno zakorzeniony w punkowych korzeniach, ale już wyraźnie celował w szerszą publiczność. Jeżeli jednak na chwilę zapomnimy o jego starszym i młodszym „rodzeństwie”, okazuje się, że to bardzo solidny album przejściowy, który zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż zwykle dostaje. I właśnie w tym tkwi jego największy urok – udaje mu się znaleźć naprawdę zgrabny kompromis między surowością garażowego punka a większą produkcyjną finezją i radiowym potencjałem. Brzmienie ma znacznie bardziej dopracowane, dorosłe i „studyjne” niż „Smash”, ale wciąż zachowuje ten charakterystyczny wkurzony kalifornijski vibe, znany z wczesnego The Offspring. Do tego dochodzą naprawdę świetne single – „All I Want” to absolutny banger, który spokojnie mógłby stanąć w jednym rzędzie z największymi hitami ze „Smash”. Mam wrażenie, że „Ixnay on the Hombre” jest po prostu cholernie niedoceniana. Gdyby wyszła na innym etapie twórczości The Offspring, myślę, że miałaby szansę zyskać znacznie większe uznanie.
Uno, dos, tres…: „All I want”, „The Meaning of Life”, „Gone Away”.

„Americana” (1998)
O „Americanie” rozpisałem się już we wstępie do tego podsumowania, więc będę się streszczał. Abstrahując od wszelkich kontrowersji, zarzutów o sprzedanie się, boomerskość i tak dalej… to jest po prostu zajebiście ważny album dla wielu osób, które dorastały na przełomie mileniów. To nie była zwykła płyta – to był soundtrack dla całego pokolenia. To kopalnia przebojów, które na stałe wbiły się do historii muzyki popularnej (nie wstydźmy się tego powiedzieć na głos – POPularnej). Komercjalizacja brzmienia, te wszystkie głupkowate, komediowe motywy i refreny tak chwytliwe, że wierciły dziurę w głowie już po pierwszym przesłuchaniu – to wszystko odcisnęło na nas swoje piętno. „Pretty Fly (For a White Guy)”, „The Kids Aren’t Alright”, „Why Don’t You Get a Job?” – może dziś trącą myszką (spotkałem się nawet z zarzutami, że są politycznie niepoprawne)… No i co z tego? Dla mnie, te dwadzieścia parę lat później, najważniejsza i najcenniejsza zaleta „Americany” jest prosta do wskazania: włączasz tę płytę i przez te czterdzieści kilka minut zapominasz o prozie życia, bólu kręgosłupa, siwych włosach i o tym, że jutro znowu trzeba zawieźć dzieci na ósmą do szkoły. Nagle znowu masz naście lat, skaczesz po pokoju, drzesz mordę i czujesz się jak król tego popieprzonego świata. To nie jest tylko album – to wehikuł czasu. I za to właśnie, kurwa, kocham „Americanę”, mimo że jestem świadomy każdej jej wady.
Uno, dos, tres…: „Staring at the Sun”, „The Kids Aren’t Alright”, „Have You Ever”.

„Smash” (1994)
Luty roku 1994: Green Day wydaje „Dookie”, legendarny album, który przyczynił się do wprowadzenia punk rocka na salony. Dwa miesiące później The Offspring wypuścili „Smash”, płytę, która udowodniła, że niezależny punk może konkurować z tym wydawanym w wielkich wytwórniach. Ważny jest szczegół, że „Dookie” wyszło w molochu (Reprise/Warner), a „Smash” w niezależnej Epitaph Records… ale i tak zdołało osiągnąć spektakularny sukces. Do dziś to najlepiej sprzedający się album punkowy wypuszczony w niezależnej wytwórni w historii muzyki, z zawrotnym wynikiem kilkunastu milionów sprzedanych kopii! Nie ma się co przepychać, która z tych płyt jest lepsza czy ważniejsza… „Dookie” i „Smash” w 1994 roku rozwaliły mur między undergroundem a mainstreamem. Ale to nie tekst o znaczeniu roku ‘94 w historii punka, a ranking płyt The Offspring. A w tym rankingu numerem jeden może być tylko jeden album. W porównaniu do poprzednich płyt („Ignition” i debiutu) „Smash” to wydawnictwo dużo bardziej dopracowanie. Pojawiają się lepiej zbalansowane melodie, a surowy punkowy chaos zostaje ujarzmiony, przez co znajduje się przestrzeń na hooki, a nawet drobne eksperymenty. „Smash” to melodyjny kalifornijski punk rock z ciągle ostrymi, buzującymi gitarami, szybkimi tempami i chwytliwymi refrenami. Pojawiają się humorystyczne elementy, ale nie brakuje miejsca na społeczny komentarz. No i te ponadczasowe hity! Ale szkoda strzępić ryja. „Smash” to kamień milowy w dyskografii The Offspring i jedna z najważniejszych płyt roku 1994! Zasłużony numer jeden w rankingu… Bez gadania!
Uno, dos, tres…: „Bad Habit”, „Self Esteem”, „Come Out and Play”.

Każdy, kto widział The Offspring na żywo w ciągu ostatnich kilku lat, wie, że zespół jest w doskonałej formie, a ich muzyka wciąż potrafi skopać dupę równie mocno jak kiedyś! The Offspring przyjadą do Krakowa w połowie czerwca jako headliner festiwalu Lost Generation. Jeśli wybieracie się do Tauron Arena Kraków, a słabo znacie ich twórczość, sugeruję zapamiętać tych pięć słów: „You stupid dumbshit goddamn motherfucker!”. Gwarantuję, że gdy tylko Dexter Holland i spółka zagrają „Bad Habit” (a patrząc na setlisty, są na to duże szanse), będziecie drzeć się razem z nim jak opętani! Więcej informacji o festiwalu znajdziecie tutaj

„Uno, dos, tres, cuatro, cinco, cinco, seis…” Na koniec przygotowaliśmy dla Was playlistę na Spotify z utworami, które według nas najlepiej reprezentują każdy album w dyskografii The Offspring. Wybraliśmy dokładnie po trzy numery z każdej płyty