Rozmowa z Rafałem Klimczakiem, wokalistą oraz gitarzystą krakowskiej formacji acid rockowej AcidSitter. Ile miast odwiedził zespół w ramach promocji najnowszej płyty? Jak wygląda typowy dzień w trasie? Jak to jest otwierać koncert jednego ze swoich ulubionych zespołów? Jak się nagrywa muzykę na taśmę w XXI wieku? Jak bardzo różniła się praca między debiutanckim „Make Acid Great Again” a ubiegłorocznym „Escape from Egoland”(nasza recenzja -> TUTAJ)? Jaki koncept kryje się za najnowszym albumem? Na te oraz więcej pytań znajdziecie odpowiedzi w poniższym wywiadzie!
Marek Oleksy: Jesteśmy świeżo po premierze niezwykle smakowitego albumu „Escape From Egoland”. Jak się czujesz po ukazaniu się nowej płyty? Świętujecie czy już pracujecie nad kolejnym?
Rafał Klimczak: Jesteśmy po trasce promującej nowe wydawnictwo, więc to jeszcze nie jest moment na świętowanie. Myślę, że czas na to przyjdzie w okolicach Sylwestra, gdy trochę opadnie kurz. Odwiedziliśmy Wiedeń, Lublanę, Modenę, Warszawę, Wrocław, Poznań, Norymbergę oraz Kraków. Nie ma jeszcze tematu kolejnej płyty, mamy zero numerów w sejfie, całe serce poszło w „Escape From Egoland”. To trochę przerażające, ale i oczyszczające.
MO: Czyli macie pełne ręce roboty! Z tego, co widzę, to mamy tu do czynienia z niezłą trasą koncertową. Lubicie taki koncertowy tryb życia?
RK: Jest to bardzo męczące w trakcie, zwłaszcza jeśli organizuje się to samemu. Bookowanie, promocja, strach o frekwencję, fura, wizuale, kierowca, przedsprzedaż – to do ogarnięcia jeszcze przed wyjazdem. Potem jesteś w klubie o szesnastej, soundcheck, koncert około dwudziestej pierwszej, po gigu sprzedaż merczu, zwijka sprzętu do busa, wyjazd na nocleg, jakieś jedzenie w międzyczasie i robi się po drugiej w nocy. Check out do dziesiątej, więc jakieś party odpada, zwłaszcza jeśli droga jest długa. I tak codziennie. Oczywiście w tym wszystkim jest muzyka i wspaniali ludzie, przygody i dużo dobrej energii. Więc po trasce zawsze jest poczucie pustki, kiedy wypada się z przebodźcowania i nagle zaczynasz tęsknić za szaleństwem.
MO: Czy myślisz że te wszystkie niewygody i trudy rekompensuje występowanie na scenie i spotykanie różnych ludzi, w tym fanów, między koncertami?
RK: Tak, chyba dlatego to robimy, bo hajsu z tego nie ma.
MO: Wierzysz, że kiedyś będziecie na tyle dużym zespołem, że nie będziecie się martwić o finanse, czy raczej gracie i tworzycie, dopóki czujecie pasję?
RK: Mam 38 lat, nie wierzę już w duchy.
MO: A propos koncertowania, to chciałbym jeszcze zapytać, jak to jest być supportem Psychedelic Porn Crumpets? Jakieś ciekawe wspomnienia z tych występów?
RK: Zaskakująco mało stresu przed graniem przed jednym ze swoich ulubionych zespołów, bo wiedzieliśmy, że cokolwiek byśmy zrobili, to i tak nie mamy podejścia do ich energii. Więc graliśmy swoje. Bałem się trochę o frekwencję, bo na eventach facebookowych w Krakowie i Warszawie wyglądało to bardzo słabo, a ostatecznie mieliśmy dwa sold outy. Chłopaki miłe, koncerty kosmiczne.

MO: Byłem na waszym koncercie w Warszawie, gdy ich supportowaliście. Uważam, że wasza muzyka pozwala mi się niezwykle wczuć oraz odpłynąć i poczuć się takim niesionym przez dźwięk. Czy taki jest wasz cel przy tworzeniu muzyki, czy to wyszło „tak przy okazji”?
RK: Bardzo mnie to cieszy! Lubię muzykę wielowarstwową, w której dużo się dzieje i najlepiej byłoby, gdyby miała jeszcze jakiś transowy potencjał – żeby dało się w niej zatopić. Jeśli podobne odczucia wywołuje u ciebie AcidSitter, to może zrealizowaliśmy cel, który wyszedł „tak przy okazji”.
MO: Wspaniale. Porozmawiajmy nieco o nowym pobudzającym wyobraźnię albumie „Escape from Egoland”. Jak to jest nagrywać muzykę na taśmę w XXI wieku? Czy jako zespół odczuliście jakąś realną różnicę w podejściu do tego typu nagrywania?
RK: Oldskulowa technologia wymusza bycie zwartym. Po każdym podejściu do zagrania numeru (a nagrywaliśmy „na setkę”) trzeba wyczyścić głowicę, Maciek ciągle coś dłubał śrubokrętem. Niby można zrobić kilkadziesiąt tejków, ale zajęłoby to abstrakcyjną ilość czasu i pieniędzy. Staraliśmy się więc ograniczyć do trzech podejść na numer. Musieliśmy być świetnie przygotowani do nagrań, wiedzieć co chcemy osiągnąć i potrafić to zrobić jak najsprawniej. Odsłuchiwanie swojego kawałka z taśmy, zaraz po nagraniu… to absolutna magia.
MO: To, że album został nagrany „na setkę” (cały zespół nagrywa swoje instrumenty w tym samym czasie, jak podczas koncertu – przyp. MO), odpowiada pośrednio na moją obserwację, że album ma w sobie swoisty urok udanego jam session. Jak mocno materiał na album został skomponowany, a na ile pozwoliliście sobie improwizować? Czy o improwizacji nie mogło być mowy ze względu na taśmę?
RK: Album w większości był „wymyślony” przed wejściem do studia, choć jest na nim numer, który z założenia miał otwartą strukturę: „Your Eyes Were Orange Like the Sky”. Druga połowa kawałka to wolny lot, którego specjalnie nigdy nie chcieliśmy zamykać w ramy. To był także ostatni utwór, który przysłał nam Maciek z miksów. Od nagrania minęło dobrych kilka miesięcy i zupełnie zapomnieliśmy gdzie ten lot nas zaniósł. Okazało się, że w całkiem przyjemne miejsce, i do dziś to mój faworyt na płycie.
MO: Uwielbiam zabawę przestrzenią i dźwiękiem w tym utworze, zawsze zwracają moją pełną uwagę. Pozostając przy temacie najnowszego dzieła: „Escape from Egoland” jest albumem konceptualnym, opowiadającym o tym, że ludzkość powinna uwolnić się od swojego ego, czyli świadomości. Czy dobrze rozumiem to przesłanie? Jaka jest główna inspiracja do tego filozoficznego zagadnienia?
RK: Dobrze rozumiesz! Ogólnie ludzie to w większości egoistyczni chuje i o tym traktuje ten koncept album.
MO: To by też tłumaczyło dlaczego utwór „Killegos Attack!” jest taki „radosny” oraz energiczny: w końcu ktoś zwalcza tych egoistów!
RK: Dokładnie! Możemy liczyć tylko na interwencję z kosmosu.
MO: Jesteście już drugim zespołem z Krakowa, jaki znam, który ma międzynarodowy skład. W waszym przypadku polsko-japoński. Czy na krakowskiej scenie jest wielu cudzoziemców lub stają się oni coraz bardziej widoczni? Czy jest to po prostu zbieg okoliczności?
RK: Tetsuya mieszka w Krakowie od 10 lat, ma żonę z Polski, więc my jakoś nieszczególnie odczuwamy wyjątkowość tej sytuacji.
MO: Jasne, rozumiem to całkowicie. Czy byłbyś w stanie przybliżyć jak wygląda wasz proces twórczy? Z perspektywy słuchacza wasza muzyka zdaje się być niezwykle natchniona i zastanawia mnie, jak powstają wasze nowe utwory. Jammowanie w salce? Praca twórcza w domu? Po trochu obydwu metod? A może jeszcze inaczej?
RK: „Make Acid Great Again” została w zdecydowanej większości wyjammowana w salce (oprócz utworu „Sweat Dreams”, do którego przyniosłem dość zaawansowany szkic oraz „Roller Coaster”, który jest coverem The 13th Floor Elevators). To były setki nagrań z prób, z których wybieraliśmy co ciekawsze momenty. Praca wyglądała już inaczej w przypadku „Escape from Egoland”. Zamiast odsłuchiwania nagrywek z prób (co jest dość tytaniczną pracą, biorąc pod uwagę naszą częstotliwość spotkań) staraliśmy się łapać dobre pomysły od razu i skupiać się na nich, żeby utrzymać magię momentu. Na nowej płycie wybrzmiały też mocniej indywidualne głosy poszczególnych muzyków, bo tym razem już każdy z nas przyniósł pomysł na kawałek. Filip zaczął też pisać teksty, więc można uznać ze przyjęliśmy Beatlesowką metodę z okresu ich Białego Albumu. Możliwe, że sobie to wmawiamy, bo bardzo lubimy The Beatles.
MO: A propos częstotliwości spotkań: Jak udaje wam się znaleźć czas na tworzenie, nagrywanie oraz występowanie na żywo? Wymaga to wielu poświęceń? Jak często udaje wam się spotykać na próby i pracę nad materiałem?
RK: Dayjob musi pozwalać na częste wyjazdy, dużą dyspozycyjność i otwartość na niespodziewane propozycje na ostatnią chwilę. Nie można być też zupełnie wyrypanym po tyrze, bo wieczorno-nocne próby mogą się odbywać kilka razy w tygodniu (w gorących okresach). Zdecydowanie nie dla każdego, trzeba mieć sporo szczęścia i konstelacje po swojej stronie.

MO: Jakie są wasze największe muzyczne inspiracje poza wspomnianymi wcześniej The 13th Floor Elevators oraz The Beatles? Jestem bardzo ciekaw, co nakręca inspirację dla tak psychodelicznie brzmiącej kapeli.
RK: Line-upy z prawie każdej edycji Levitation Festival i Austin Psych Fest.
MO: A czy zdarzają się sytuacje, iż tworzenie muzyki jest inspirowane czymś niemuzycznym? Film, książka, komiks, tudzież zwiedzanie zabytków lub inspirujący krajobraz?
RK: Pewnie, żadna sztuka nie powstaje w próżni. Ciągle filtrujemy codzienność, każdy numer to destylat z jakiegoś ważnego przeżycia/refleksji. Są też bezpośrednie odniesienia do innych sztuk: w „Your Eyes Were Orange Like the Sky” cytuję młodą Christinę Ricci z filmu „Syreny”, a w „Killegos Attack!” jest linijka żywcem wyjęta ze Star Treka. Filip inspirował się chyba mądrzejszymi tekstami kultury w kawałkach, które napisał.
MO: Otwierający album „Eleusis Dream” jest chyba tym przypadkiem, ponieważ traktuje o bogach antyku oraz Platonie. A teraz pytanie dla muzycznych maniaków: czy zdradzisz, jak stroicie gitary oraz z jakiego sprzętu muzycznego korzystacie?
RK: Od początku istnienia bandu – pół tonu niżej od regularnego stroju. Ja obecnie używam dwóch gitar, obu specyficznych: dwunastostrunowego Danelectro oraz czeskiej Jolany, starej jak Troja i taniej jak barszcz.

MO: Grudzień to miesiąc podsumowań i muzycznych przemyśleń: jak oceniasz odbiór nowego albumu przez media oraz fanów? Jakie to uczucie być w topie polskich płyt Gazety Wyborczej z 2025 roku?
RK: Album został bardzo dobrze przyjęty, dzięki temu mamy poczucie, że cała praca została zauważona i doceniona. To daje siłę do dalszego działania i jest przy okazji cholernie miłe.
MO: Bardzo się cieszę, dziękuję za rozmowę oraz życzę dalszych sukcesów. Przede wszystkim: do zobaczenia na koncertach!
Rozmawiał Marek Oleksy ( Gruz Culture Propaganda )
Obserwuj nas w mediach społecznościowych:
Ten post ma jeden komentarz
Szczere, fajna rozmowa. Gratulacje dla zespołu.