Czytelniku, podnieś teraz wzrok i spójrz na okładkę „Somewhere a New Moon”, drugiej płyty płockiego septetu Penthouse. Ciepłe, lekko wyblakłe kolory, palmy i modernistyczna willa. Żar leje się z nieba, a z basenu spogląda na ciebie atrakcyjna kobieta relaksująca się w wodzie. Może to odpoczynek po imprezie, która zakończyła się dopiero nad ranem? A może to spojrzenie skrywa jakiś mroczny sekret? Możemy tylko zgadywać, ale ten element niepewności jest ważną częścią zarówno samej okładki, jak i muzyki tworzonej przez Penthouse. Zdjęcie utrzymane jest w nostalgicznej estetyce przywodzącej na myśl słoneczne wybrzeża Stanów Zjednoczonych z lat 60. Tętniące życiem i muzyką nocne kluby, używki oraz skacowane, nonszalanckie poranki w basenie. Nietrudno się domyślić, że podobny klimat towarzyszyć będzie także temu, co najważniejsze – warstwie muzycznej.
Zespół tworzą muzycy związani z takimi formacjami, jak garażowe The Black Tapes, stonerowy Elvis Deluxe, mroczne folkowe The Feral Trees oraz projekt Jack Saint, z wokalem przywodzącym naturalne skojarzenia z Nickiem Cavem. To zderzenie różnych doświadczeń muzycznych słychać w kompozycjach na „Somewhere a New Moon” – to wciąż muzyka alternatywna, ale osadzona w duchu starego, dobrego stylu. Penthouse nie są pierwszym zespołem, który tak gra, i zapewne nie będą ostatnim. Słuchając „Somewhere a New Moon” czułem tę samą miłość do dawnych czasów, jaka bije z płyt Father John Misty, ostatnich dwóch albumów Arctic Monkeys czy debiutu rodzimego Cinnamon Gum.
Formacja gra muzykę, którą w zasadzie można określić jako retro/alternative. Brzmienie ich drugiej studyjnej płyty czerpie z tradycji soulu, funku i bluesa, muzyki psychodelicznej, uzupełnionych o wpływy kilku innych gatunków, które największą popularnością cieszyły się w ubiegłym wieku. Zespół umiejętnie porusza się w tej estetyce – różnorodne inspiracje składają się na spójną całość, dopracowaną zarówno aranżacyjnie, jak i wykonawczo. Całość dopełniają psychodeliczne teksty Michała Strażewskiego vel Jack Saint. Już w otwierającym utworze słyszymy deklarację: „everyone needs to get to the new place, we need it now!” – i po 35 minutach odsłuchu, możemy stwierdzić, że Penthouse osiągnęli swój cel.

Najlepiej wypada połączenie dwóch żeńskich głosów – Magdy Zakrzewskiej i Zosi Gąsiorowskiej – z chropowatym, męskim wokalem Jacka Sainta. W takim zestawieniu jego barwa staje się wyraźnym kontrapunktem i razem z żeńskimi głosami tworzy spójną, intrygującą całość. W duecie i w trio jego śpiew brzmi najpełniej i robi największe wrażenie.
Najciekawsze są momenty, gdy proporcje między nimi się wyrównują i zaczynają prowadzić dialog – nasuwają się skojarzenia z duetem Warhaus i Sylvie Kreusch. To właśnie tam, gdzie głosy się przenikają i wzajemnie dopełniają, całość brzmi najpełniej i najbardziej przekonująco (szczególnie w „Theme for Wayfarer”). Kontrast między chropowatością głównego wokalu a miękkimi, jasnymi żeńskimi partiami tworzy jeden z najmocniejszych punktów, stając się znakiem rozpoznawczym całego albumu. Co więcej, kawałki takie jak „Song of Desert Sand” pokazują, że opis „backing vocals” (czyli chórki / wokale wspomagające) zapisany w książeczce przy nazwiskach dziewczyn jest co najmniej krzywdzący. W praktyce bowiem zarówno ten utwór, jak i kilka innych na płycie opierają się w dużej mierze właśnie na ich partiach. To nie są jedynie dopowiedzenia w tle, ale pełnoprawny element narracji, często nadający kompozycjom emocjonalny ciężar i melodyjny kręgosłup. W stosunku do debiutanckiego albumu, gdzie faktycznie żeńskie wokale były ograniczone do roli ozdobników, progres na „Somewhere a New Moon” jest ogromy.
Cichymi bohaterami albumu okazują się instrumenty, które nie zawsze wysuwają się na pierwszy plan, lecz w decydujący sposób budują jego atmosferę – przede wszystkim trąbka i instrumenty klawiszowe. Partie klawiszowe Rafała Świsłockiego w utworach takich jak „Gimmie Teeth” czy „Conned by a Blue Sky” brzmią wręcz fenomenalnie: subtelnie pulsują pod powierzchnią kompozycji i nadają całości psychodeliczny charakter. Z kolei wspomniane wcześniej „Song of Desert Sand” przynosi jeden z najbardziej zapadających w pamięć momentów płyty – pojawia się tu znakomita partia trąbki, która nie tylko wzbogaca aranżację, lecz wręcz prowadzi utwór.
Niemniej istotną rolę w brzmieniu płyty odgrywa sekcja gitarowo-basowa (duet Sierajewski/Szewczyk), spajająca całość i nadająca kompozycjom odpowiedni ciężar. Co jakiś czas pojawiają się również solówki, riffy i fragmenty, w których pobrzmiewają echa wcześniejszych muzycznych wcieleń. Wpływy garage rocka i pokrewnych gatunków (noise, stoner) pozostają wyczuwalne w muzyce Penthouse, niezależnie od tego, jak bardzo zespół dąży do retro estetyki (te gitary w „Strawberry Truck”!).
Dawida Ryskiego jako ilustratora śledzę od lat – na ścianie wisi u mnie plakat jego autorstwa przygotowany na Off Festival 2019. Tym większym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że Ryski to nie tylko twórca świetnych prac graficznych, ale również perkusista w Penthouse. I trzeba przyznać, że za bębnami radzi sobie równie dobrze jak z ołówkiem. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy talent plastyczny i muzyczny spotykają się w jednej osobie – i, co najważniejsze, nie przeszkadzają sobie nawzajem. Wręcz przeciwnie, w przypadku Penthouse wszystko układa się w bardzo spójną, przemyślaną estetycznie całość. Logo, plakaty promujące koncerty i cała oprawa wizualna (wliczając w to prezencje sceniczną, ruchy, gesty i dbałość o detale) budują tożsamość zespołu – a to właśnie ona sprawia, że w Penthouse jest coś wyjątkowego.
Bardzo często tak wyraźne osadzanie twórczości w estetyce Stanów Zjednoczonych przez zespół z Europy Środkowej może wypadać nieco sztucznie, a nawet komicznie. W przypadku Penthouse takiego wrażenia jednak nie ma. Ten retro-filmowy klimat przywołuje świat analogowej fotografii, melancholii i eleganckiej dekadencji, i robi to w sposób niezwykle umiejętny i wyważony. Zespół doskonale czuje tę estetykę i potrafi ją przekuć w coś autentycznego, tworząc muzykę, która brzmi zarówno nostalgicznie, jak i świeżo. „Somewhere a New Moon” to kolejna bardzo dobra pozycja z katalogu Anteny Krzyku.
Grzegorz Bohosiewicz