IKS

Patryk Kienast (Mjut) [Rozmowa]

Zespół Mjut to jedna z tych grup, która zamiast gonić za trendami, woli szukać prawdy w rzeczywistości, nawet jeśli bywa ona trudna i niewygodna. Po dłuższej przerwie powracają z kolejnym singlem „Wszyscy tacy piękni”, który pod przykrywką pięknych obrazów skrywa poruszającą i emocjonalną opowieść o wewnętrznych pęknięciach. Podczas naszej rozmowy z Patrykiem Kienastem, wokalistą i muzykiem grupy, podjęliśmy wiele wrażliwych tematów, ale nie zabrakło nostalgicznych wspomnień czy tego, jak po 19 latach na scenie wciąż pielęgnować w sobie „ogień twórczy”.

Erik Zarbock: W waszym nowym singlu „Wszyscy tacy piękni” jest mocny kontrast, bo niby z jednej strony wszyscy są uśmiechnięci, piękne obrazy, spokój, a jednak z drugiej strony czuć tam marazm i chaos. Czy ten rozdźwięk był dla was ważnym punktem wyjścia tego numeru?

 

 

Patryk Kienast: Tak, dotknąłeś sedna. Chcieliśmy zestawić wygładzony świat z Instagrama z perspektywą osób, które mają trudności z odnalezieniem się w takiej rzeczywistości. Dodatkowym impulsem była tragedia osobista – samobójstwo bliskiej mi osoby. Warto spojrzeć również pod tym kątem na tekst. Piosenka jest też formą wyobrażenia sobie tego „ostatniego dnia”, kiedy pod maską uśmiechu coś w człowieku pęka. Współautorem tekstu jest Kuba Kawalec.

 

 

EZ: Bardzo mi przykro…, rozumiem, że pisanie piosenek to jest wasza forma autoterapii?

 

 

PK: W tym wypadku na pewno tak. Temat ten ciągnął się za mną latami. Możliwość wyśpiewania tego i rozmowy o tym z zespołem oraz producentem była dla mnie bardzo ważna i trudna emocjonalnie.

 

 

EZ: Ta piosenka ma takie zestawienie zewnątrz-wewnątrz. Czy to wewnątrz, w którym każdy „toczy swoją własną bitwę”, miało wpływ na waszą przerwę?

 

 

PK: To ciekawe pytanie, które skłania do refleksji. Myślę, że przerwa spowodowana była zwątpieniem – moim i prawdopodobnie całego zespołu – co do sensu bycia muzykiem i wydawania niełatwej w odbiorze muzyki w dzisiejszych czasach.

 

 

EZ: Widziałem rolkę, w której mówiłeś, że ten utwór powstawał parę lat. Czy w waszej karierze zdarzył wam się już kiedyś taki utwór?

 

 

PK: Zdarzają się utwory, do których wracamy po latach z nowym pomysłem, ale wydaje mi się, że żaden nie dojrzewał tak długo jak ten.

 

 

EZ: Wracając do tekstu… czy czujecie odpowiedzialność za to, jak wasze słowa działają na ludzi?

 

 

PK: Czuję ją, ale nie mogę brać jej w pełni na siebie, bo to byłoby zbyt obciążające. Samo uzewnętrznianie się jest trudne i budzi wstyd – dlatego często śpiewam z zamkniętymi oczami – bo się wstydzę. Branie jednak odpowiedzialności za to, jak ktoś interpretuje nasze piosenki, byłoby przesadą.

 

zdj. materiały promocyjne

EZ: Oglądając film „Dead Poets Society” zapamiętałem tekst, że świat jest jedną wielką literaturą, a każdy z nas pisze w niej własną linijkę. Zastanawiam się, czy wy jako zespół Mjut, napisaliście już tę linijkę? Czy macie coś jeszcze do powiedzenia?

 

 

PK: Mamy jeszcze bardzo dużo do powiedzenia i do nadrobienia. Byłoby bardzo zuchwałym z mojej strony, gdybym odpowiedział na to pytanie, że tak. Jestem dość skromny, jeśli chodzi o mówienie o dorobku, który współtworzę z chłopakami. Dlatego na dziś odpowiem, że może kiedyś Mjut napisze, ale na razie staramy się trafiać do uszu i serc słuchaczy.

 

 

EZ: A czego jeszcze świat nie usłyszał, co wy już czujecie?

 

 

PK: Trudno to określić, bo nasz proces twórczy jest nieprzewidywalny. Na pewno nadal będziemy poruszać tematy cierpienia, niedopasowania i wewnętrznego rozdarcia, ale powoli zamykamy rozdział poświęcony wyłącznie nieudanym relacjom.

 

 

EZ: Czego możemy się spodziewać po nowej płycie, która została zapowiedziana? Będzie więcej mroku, empatii, a może w ogóle pojawi się zupełnie nowy język muzyczny?

 

 

PK: Bardzo trudno powiedzieć, w jaką stronę ta płyta pójdzie. Pierwszy singiel, „Detale”, jest raczej ciepły. Z kolei druga piosenka jest napisana na kanwie samobójstwa. Płyta będzie eklektyczna. To etap przejściowy w moim życiu, wychodzenie z trudnych przeżyć z przeszłości, co na pewno wpłynie na różnorodność w tekstach.

 

 

 

EZ: Czy powiedziałbyś, że ten okres przejściowy był impulsem do powrotu po przerwie?

 

 

PK: Głównym impulsem był mój serdeczny przyjaciel Marcin Świątek – gitarzysta, który namówił mnie do powrotu do gotowych pomysłów na piosenki. Ja sam mam ochotę na nowe przeżycia, podobnie jak moi koledzy z zespołu, dlatego wydaje mi się, że nastąpiła lekka zmiana w życiu osobistym, a także zmiana w podejściu do robienia muzyki.

 

 

EZ: Mam wrażenie, że po przerwie wasza dynamika się ustabilizowała. Wiecie, czego chcecie, wiecie, na czym stoicie i co sprawia wam przyjemność. Chyba właśnie to daje wam największy spokój w zespole.

 

 

PK: Absolutnie się zgadzam. Wykrystalizował się nasz mocny trzyosobowy skład – jesteśmy teraz bardziej świadomymi muzykami i mamy sprzęt, który nas inspiruje. Mamy również konkretne pomysły i producenta, Mariusza Obijalskiego z Fisz Emade, który świetnie rozumie naszą wrażliwość, a jednocześnie pcha nas w stronę nowoczesnego brzmienia. Do tego nowa menedżerka i powrót do koncertów – to wszystko daje nam nową energię. Jaramy się tym teraz chyba bardziej niż kiedykolwiek.

 

 

EZ: A co was najbardziej męczy w obecnej branży?

 

 

PK: To, że muzyką zajmują się osoby, które nie myślały o tym, żeby być muzykami, jak byli mali, bo nagrywali filmiki, jak grają w Minecrafta. Ja nie czuję się od nich ani lepszy, ani gorszy z tego tytułu, że ja całe życie marzyłem o tym, żeby występować na scenie, nagrywać piosenki. I nie odbieram im prawa do prób, ale uważam, że nie każdy powinien to robić.

 

 

EZ: To jest dla was dalej sztuka, czy już podchodzimy pod taką czystą komercję?

 

 

PK: Tylko jeśli ktoś używa muzyki jako narzędzia do zwiększenia popularności. Muzyka jest spektakularna, bo ludzie na muzykę reagują entuzjastycznie, ale wydaje mi się też, że gust muzyczny wielu słuchaczy, zwłaszcza w młodszym wieku, jest coraz mniej wyszukany.

 

 

EZ: Jeśli wy jako zespół mielibyście wejść do łask mainstreamu, to kosztem czego byście tego nie zrobili?

 

 

PK: Nie pozwolilibyśmy na ingerencję w naszą twórczość – to nie byłoby już „nasze”. Nie zagralibyśmy też z playbacku. Mimo wszystko polubiłem social media, bo zrozumiałem, że jako zespół nie możemy nie istnieć w Internecie. Ludzie chcą widzieć, co dzieje się na próbach czy w trasie. Dopóki jesteśmy w tym sobą i zachowujemy się naturalnie, ma to głęboki sens i akceptuję to.

 

zdj. materiały promocyjne

 

EZ: Mainstream to jest dla was cel, kierunek czy może efekt uboczny robienia swoich rzeczy?

 

 

PK: Mainstream to dla nas efekt uboczny, a nie cel sam w sobie. Oczywiście chcemy docierać do coraz większej grupy odbiorców – jeśli ich liczba wzrośnie dwukrotnie czy dziesięciokrotnie, będzie wspaniale. Więcej słuchaczy oznacza więcej wywiadów, które bardzo lubię, a przede wszystkim więcej koncertów. To naturalne: tworzy się zespół po to, by dzielić się muzyką z ludźmi, by oni to przeżywali i się z tym utożsamiali.

 

 

EZ: No dobrze, teraz cofnijmy się do przeszłości. Wasze utwory trafiły do serialu „Aż po sufit” emitowanego w TVN-ie. Jak doszło do współpracy z tak rozpoznawalną stacją?

 

 

PK: To było przy naszej drugiej płycie, zatytułowanej „9”. Nasz wydawca przekazał materiał Marcinowi Macukowi, a ten podał go dalej osobie odpowiedzialnej za dobór muzyki do seriali. Spodobały jej się dwa nasze utwory i tak trafiliśmy do dużej produkcji TVN-u, gdzie grali m.in. Cezary Pazura i Edyta Olszówka. Przyniosło nam to wtedy sporo popularności. Bardzo cenię taką formę promocji – piosenka w połączeniu z obrazem zostaje w głowach jak teledysk z gwiazdami kina. Nawet lata później ludzie mówili mi, że poznali nas właśnie dzięki temu serialowi. Szkoda, że powstał tylko jeden sezon, bo chętnie widziałbym naszą muzykę w kolejnych produkcjach.

 

 

EZ: Zespół powstał w roku 2007. Co byście powiedzieli sobie 19 lat temu?

 

 

PK: Powiedziałbym nam: „Chłopaki, macie w sobie taki ogień, że przetrwacie wszystko”. Pamiętam nasze początki w dwumetrowej piwnicy w Działdowie – była tak niska, że basista musiał grać z głową na bok. Mikrofon kupiliśmy w sklepie z telewizorami, a nagłośnienie pożyczaliśmy z poczty, pakując kolumny w folię po każdej próbie, żeby wyglądały na nowe. Pamiętam, jak staliśmy na rynku w Działdowie, patrząc na wielką scenę Blue Café. Marcin powiedział wtedy: „Chciałbym chociaż raz na czymś takim wystąpić”. Dziś, nagrywając czwartą płytę z wybitnym producentem, Mariuszem Obijalskim, wiem, że tamte marzenia spełniły się z nawiązką. Dlatego powiedziałbym tamtym dzieciakom: „Wszystkiego się nauczycie, tylko nigdy nie wątpcie, że warto”.

 

zdj. materiały promocyjne

 

EZ: Czyli rozumiem, że niczego nie żałujecie?

 

 

PK: Oczywiście, że są takie rzeczy, których żałujemy. Moglibyśmy nie robić tych długich przerw, nie popełniać szkolnych błędów czy lepiej pilnować sprzętu, gdy nas okradziono. Najbardziej jednak żałuję czasu zmarnowanego na wątpienie w sens tworzenia muzyki. Te momenty zwątpienia trwały latami. Dziś nasz entuzjazm jest inny – bardziej pragmatyczny, mniej naiwny. Wiemy już, że świat nie oszaleje na punkcie każdej piosenki, bo muzyki jest teraz po prostu za dużo. Pamiętam nasze początki, gdy fizycznie wysyłaliśmy płyty CD z demówką do redaktorów, a znaczki na poczcie sprzedawała nam mama Marcina. Tak trafiliśmy na składankę Piotra Kaczkowskiego w Trójce. Pamiętam ten niesamowity szał, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy się w radiu – czekaliśmy na tę chwilę całym zespołem. Dziś obecność w mediach wciąż nas cieszy, ale już tak nie elektryzuje. Mimo wszystkich błędów i lat w „niebycie”, kondycja zespołu jest obecnie naprawdę dobra.

 

 

EZ: Czy wy potraficie siebie jeszcze po tych wszystkich latach zaskoczyć?

 

 

PK: Tak, choć znamy się już jak „łyse konie”. Wiemy o sobie wszystko – nawet to, kto i ile spóźni się na próbę. Jednak ostatnio zaskoczył mnie Marcin. On jest samoukiem, gra czysto emocjonalnie, nie znając zasad teorii muzyki czy harmonii. Podczas sesji u Mariusza Obijalskiego – który jest muzycznym geniuszem i teorię ma w jednym palcu – Marcin nagle odważył się spontanicznie nagrać solówkę. Wiem, jak potwornym wyzwaniem było dla niego zagranie czegoś „z serca” przed tak wykształconym muzykiem. Zrobił to jednak pięknie i ta solówka trafiła do dłuższej wersji „Wszyscy tacy piękni”. To, że po tylu latach wciąż potrafi przełamać swój stres i tak mnie pozytywnie zaskoczyć, było dla mnie naprawdę poruszające. Takie momenty dowodzą, że mimo upływu czasu, ten zespół wciąż żyje.

 

 

EZ: Jeszcze tak na koniec… czy jest jakaś wiadomość lub przekaz, z którym chcecie zostawić słuchacza?

 

 

PK: Nie mamy jednej konkretnej wiadomości. Każdą piosenkę traktujemy jak „gołębia” wysłanego w świat z nadzieją, że odbije się szerokim echem. Nasza twórczość zawsze będzie emocjonalna, nostalgiczna i bliska tematom niedopasowania czy wewnętrznego rozdarcia, ale też – jak w przypadku singla „Detale” – przypominająca, że warto zwracać uwagę na szczegóły. Najpiękniejsze po tych 20 latach jest to, że wciąż mamy do kogo te sygnały wysyłać. Cieszy nas, że grono odbiorców wykracza poza krąg rodziny i znajomych. Gdyby nasza muzyka nie potrafiła wypłynąć poza grono najbliższych, pewnie dawno byśmy sobie odpuścili. Fakt, że na koncerty przychodzą ludzie, których twarzy nie znamy, daje nam ogromną motywację do dalszego działania.

 

 

EZ: I tej motywacji wam życzę, bardzo dziękuję za wywiad.

 

 

PK: To ja ci dziękuję.

 

 

Rozmawiał Erik Zarbock

 

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020