IKS

Mumford & Sons – „Prizefighter” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

Zaledwie jedenaście miesięcy po premierze „Rushmere”, Mumford & Sons wracają z nowym albumem – „Prizefighter”. Formacja wyraźnie złapała wiatr w żagle i tym razem nie kazała czekać na premierowy materiał kolejnych siedmiu lat, jak miało to miejsce przy okazji poprzedniej płyty. W tamtym przypadku długie milczenie jednak się opłaciło. Na „Rushmere” zespół zaliczył udany restart i odnalazł złoty środek między swoim klasycznym brzmieniem banjo-pop-folku (tak, brzmi to komicznie, ale nazywajmy rzeczy po imieniu!), a bardziej nastrojowym, dojrzalszym graniem (moja recenzja tutaj). Doskonale przyjęta trasa koncertowa tylko potwierdziła, że Mumford & Sons ponownie znaleźli się w siodle. Nic dziwnego, że przełożyło się to na przypływ kreatywnej energii, którą aż prosiło się spożytkować tak szybko, jak to możliwe. „Rushmere” nie było idealne, miało swoje większe i mniejsze grzeszki, ale dawało doskonałe podwaliny do dalszego rozwoju grupy. Mumford & Sons można zarzucić wiele, ale trzeba przyznać, że zawsze konsekwentnie dążyli do celu. Jeżeli dołożymy do tego imponującą listę gości zaangażowanych w „Prizefighter” (między innymi Aaron Dessner, Bon Iver, Hozier czy Gracie Abrams), można było przypuszczać, że zespół celował w wydanie najambitniejszego albumu w całej swojej dyskografii. Czy udało im się to osiągnąć? Jak formacja odnalazła się w tak zróżnicowanym towarzystwie i czy rzeczywiście było ono potrzebne? Sprawdźmy.

Cofnijmy się jednak na chwilę do roku 2015, kiedy Mumford & Sons postanowili zrobić pierwszy istotny skok w bok i wyjść poza folk-popowe korzenie, kierując się w stronę bardziej elektrycznej indie-rockowej estetyki. To właśnie ten moment będzie istotny w kontekście powstania „Prizefighter”. Ale to nie o brzmienie chodzi, a o to, kto za nim stał. Przy tworzeniu „Wilder Mind” kluczową rolę odegrali Aaron Dessner z The National oraz znakomity producent James Ford. Mimo, że płyta została zmasakrowana przez krytyków (jak większość dokonań Mumfordów), osobiście uważam ją za interesującą pozycję wnoszącą sporo świeżości do dyskografii Brytyjczyków. Warto docenić, że za jej powstaniem stała świadoma decyzja, która pozwoliła uniknąć powielenia formuły znanej z dwóch pierwszych albumów.

 

Choć Dessner nie był formalnie wymieniany jako producent, to w dużej mierze właśnie on odpowiadał za charakterystyczne brzmienie krążka, przemycając wiele rozwiązań znanych z jego macierzystej formacji (warto wrócić do odsłuchu tej nieco zapomnianej płyty właśnie z tej perspektywy). „Wilder Mind” okazał się punktem zwrotnym nie tylko dla Mumford & Sons, lecz także dla samego Aarona – był dla niego przedbiegiem w drodze do roli jednego z kluczowych producentów ostatnich lat. Wkrótce po premierze „Wilder Mind”, Dessner na pełną skalę zajął się produkcją najpopularniejszych gwiazd muzyki, od Eda Sheerana, przez Gracie Abrams, po Taylor Swift, z albumu na album rozwijając swoje umiejętności i szlifując warsztat. Pięć lat później odebrał nagrodę Grammy za „Folklore” – dla mnie jedną z najistotniejszych płyt wydanych w latach dwudziestych obecnego stulecia.

 

 

Dekadę od pierwszej współpracy Dessnera z Mumford & Sons historia zatoczyła koło. Gitarzysta The National został zaproszony do roli producenta „Prizefighter”. Tym razem dostał pełne pole do działania, skorzystał z niego i praktycznie na każdej płaszczyźnie zdominował projekt. Stanowi jego centrum i scala wszystkie wątki w jedną spójną całość.

Płyta powstała zaledwie w dziesięć dni w Long Pond – prywatnym studiu Dessnera w stanie Nowy Jork. Miejscu, które największą popularność zyskało za sprawą filmu koncertowego i albumu live Taylor Swift (kto nie widział, można nadrobić na Disney+). Słuchając „Prizefighter” mam przed oczami ten przypominający stodołę budynek i czuję jak ogromne znaczenie miało to miejsce na końcowy kształt nowej płyty Mumfordów. Long Pond to coś więcej niż tylko studio, to kreatywna przestrzeń skupiona wokół Dessnera i kręgu zaprzyjaźnionych z nim artystów. To synonim kameralnego brzmienia kojarzonego z alternatywnym folkiem i introwertycznym popem. To tu narodziły się siostrzane albumy „Folklore” i „Evermore”. Long Pond Studio to także miejsce powstania „How Long Do You Think It’s Gonna Last?” – drugiego wydawnictwa Big Red Machine, czyli wspólnego projektu Aarona Dessnera i Justina Vernona (aka Bon Iver). Nagrano tu również oba longplay’e Gracie Abrams (podopiecznej Aarona), a także kilka ostatnich płyt The National ze „Sleep Well Beast” na czele, którego okładkę zdobi zdjęcie studia Long Pond. Wyjątkowość tego miejsca tworzą ludzie i nic dziwnego, że część z wymienionych wyżej nazwisk pojawiła się na nowej płycie Mumford & Sons.

 

„Prizefighter” w dużej mierze opiera się na kolaboracjach. Spośród czternastu kompozycji aż cztery zaśpiewane są w duecie. Album otwiera dość nieoczywisty, utrzymany w estetyce country utwór „Here”. Głęboki baryton Chrisa Stapletona – gwiazdy gatunku, który gościnnie pojawia się w tej kompozycji,  doskonale uzupełnia partie Marcusa Mumforda. Jeśli ktoś ma alergię na country, na początku może się lekko zjeżyć, ale warto poświęcić tej piosence więcej czasu. W drugiej połowie pojawia się puzon, przywodzący na myśl pewne skojarzenia z „Boxer” The National oraz szorstka gitarowa solówka – i nagle całość staje się znacznie bardziej przystępna. Gdy pogrzebiemy nieco głębiej, znajdziemy informację, że za partie dęte na „Prizefighter” odpowiada Ben Lanz, związany z The National od czasów „Boxer”, a także członek Beirut. W klimacie country, z równie zaskakującą końcówką, utrzymany jest też utwór „Conversation with My Son (Gangsters & Angels)” – jak twierdzi sam zespół, jedna z ich ulubionych kompozycji na płycie.

 

Żródło. Materiały Prasowe Universal Music

 

„Rubber Band Man”, duet z Hozierem, to ballada przywodząca na myśl wczesne wydawnictwa Mumfordów. Dla mnie dużo ciekawsza od samej piosenki jest historia, która za nią stoi.

Podczas pobytu w Paryżu, Marcus Mumford otrzymał wiadomość od Brandi Carlile – obecnie jednej z ważniejszych amerykańskich piosenkarek folk i americana (niestety w Polsce wciąż dość mało znanej i nie zmieniła tego nawet wydana w ubiegłym roku wspólna płyta z Eltonem Johnem). Brandi napisała do Marcusa, że miała o nim sen, który przelała na papier w formie poematu. Fragmenty właśnie tego tekstu odnajdziemy w „Rubber Band Man”.

 

Dla mnie znacznie ciekawiej wypadają dwa damsko-męskie duety, które trafiły na album. Pierwszy z nich, „Icarus”, został nagrany wspólnie z 26-letnią piosenkarką indie Gigi Perez. Jej głos splata się naturalnie i bez wysiłku z wokalem Marcusa, a utwór najlepiej brzmiw momentach, gdy pojawia się dwugłos. Gigi w tym utworze jest fenomenalna i kilkukrotnie góruje nad Marcusem. Drugi, napisany przez Justina Vernona „Badlands”, wykonany wspólnie z Gracie Abrams, mógłby uchodzić za odrzut z „Evermore” czy antologii „The Tortured Poets Department” i spokojnie mógłby być zaśpiewany przez duet Taylor Swift / Bon Iver. Można się czepiać, że Mumford & Sons w tym utworze częściowo tracą swoją tożsamość (co jest prawdą!), ale dla mnie to i tak jeden z mocniejszych punktów „Prizefighter”. Vernon skomponował jeszcze jedną kompozycję, która trafiła na płytę. Nietrudno się domyślić, że chodzi o utwór tytułowy, utrzymany w bardzo charakterystycznym dla Justina intymnym, akustycznym klimacie. Dla fanów Bon Iver pozycja obowiązkowa. Zresztą w „Prizefighter” można usłyszeć samego Vernona, który dokłada od siebie trzy grosze w wokalach. Podobnie sprawa ma się z „Alleycat”, czyli typowym dla Dessnera, opartym na gitarze akustycznej kawałku, który mógłby wylądować na płycie praktycznie każdego artysty, jakiego produkował. Część fanów klasycznego brzmienia Mumfordów może uznać go za wypełniacz. I chyba faktycznie lepiej sprawdziłby się jako b-side na którymś z singli.

 

 

Finneas O’Connell, czyli starszy brat Billie Eilish, którego nazwisko możemy znaleźć na liście twórców utworu „Run Together”, w dość bezpieczny sposób podszedł do tej kompozycji – chciałoby się powiedzieć: w myśl zasady „make banjo great again”.

Finneas nie tylko puszcza oko do fanów wczesnych dokonań Mumford & Sons, lecz także funduje spektakularne zwieńczenie utworu — prawdziwą wisienkę na torcie. Idąc za ciosem, warto wspomnieć o „The Banjo Song”, uroczym, niezwykle pozytywnym numerze (o jakże przewrotnym tytule!), który również ma szansę wywołać uśmiech na twarzy niejednego fana bardziej klasycznego brzmienia grupy. Natomiast każdy, kto tęskni za bardziej rockową odsłoną Mumford & Sons, nie zostanie z pustymi rękami. Najbliżej dokonaniom znanym ze wspominanego wcześniej Wilder Mind jest utwór „Stay”, który wieńczy odjechany gitarowy fragment w stylu The National.

 

Trzy ostatnie utwory — „Shadow of a Man”, „I’ll Tell You Everything” oraz zamykające album „Clover” — tworzą przemyślany, spójny finał. Zespół konsekwentnie zwalnia tempo i kieruje się w stronę bardziej nostalgicznego, intymnego brzmienia, budując klimat o wyraźnie filmowym charakterze. Aranżacje stają się przestrzenne i wielowarstwowe — pojawiają się subtelne smyczki, pianino oraz stopniowo narastające napięcie, które nadaje kompozycjom dramaturgii. Po zróżnicowanej, momentami eklektycznej pierwszej części płyty, końcówka przynosi wyraźne uporządkowanie i stylistyczną konsekwencję. To świadomy zabieg, który nie tylko domyka całość, ale też pozwala słuchaczowi złapać oddech i wyciszyć się na koniec albumu.

 

To, że Mumford & Sons na tym etapie kariery ponownie trafili pod skrzydła Aarona Dessnera, było bez wątpienia bardzo dobrym posunięciem. Dessner, zahartowany latami pracy jako gitarzysta The National i producent o już ugruntowanym i rozpoznawalnym stylu, potrafił zbudować napięcie i nadał piosenkom eleganckiej dramaturgii. Na „Prizefighter” słychać to aż nadto – każdy dźwięk wydaje się tu mieć swoje miejsce, a produkcja jest dopieszczona. W przeciwieństwie do „Rushmere”, które bazowało na autentyczności i radości ze wspólnego grania, w przypadku „Prizefighter” ten rozmach i mnogość zaproszonych gości może momentami przytłaczać. Nie znaczy to, że zespół się pogubił. Raczej świadomie odsunął się od swoich korzeni. Problem polega na tym, że im bardziej się od nich oddalają, tym łatwiej mogą utracić to, co kiedyś było ich największym atutem – momentami pokraczna, ale urocza naturalność i nieporadna szczerość (ach to banjo!). Teraz wszystko jest większe, ładniejsze i bardziej „albumowe”. „Prizefighter” to płyta ambitna i dopracowana, a momentami nawet imponująca. Ale też taka, która sprawia wrażenie, jakby z założenia miała być „wielka” na siłę i właśnie to może razić. Mumford & Sons wciąż potrafią wzniecić ogień – tyle że dziś rozpalają go zapalniczką, a nie iskrą spontaniczności! W skali szkolnej, pół oczka wyżej od „Rushmere” czyli 4,5/6.

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.Prizefighter” w wielu ciekawych wariantach (również z podpisami zespołu!), możecie nabyć w oficjalnym polskim sklepie Universal Music (tutaj) .

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020