Z węgierskim dream popowym zespołem Mayberian Sanskülotts zapoznałam się totalnie przypadkowo, gdy zawitali jakiś rok temu do katowickiego Piątego Domu w ramach swej małej polsko-czeskiej trasy. Ale od pierwszych dźwięków ta ekipa zrobiła na mnie takie wrażenie, że muszę poświęcić im, a konkretnie ich nowemu albumowi „Nem Álmodom Semmiről”, chwilę. Co ciekawe – z nagraniem każdego albumu skład zespołu zmienia się – i tym razem też nie złamali tej tradycji. Niezmienni pozostają tylko wokalistka Zita Csordás i gitarzysta Balogh Gallusz. Dla mnie sercem tego zespołu jest niesamowity, czarujący głos wokalistki Zity, który delikatnie i ciepło otula swoim brzmieniem. To jest właśnie to, co kiedyś przykuło moją uwagę i sprawia, że nadal wracam do ich muzyki.
Tytuł płyty można przetłumaczyć jako „Nie mam żadnych marzeń”, co od razu wywołuje w nas dysonans, gdy patrzymy na przesadnie marzycielską okładkę. Natychmiast nasuwa się pytanie: czy to nie dziwne, że zespół dream popowy wydaje album z takim tytułem? Nie wiem czy taki kontrast był zamierzony, ale tak czy inaczej tytuł albumu zachęca, by się w niego zagłębić. A jego zawartość naprawdę zaskakuje. Oniryczny, prawie kosmiczny klimat muzyki łączy się z dość mrocznym przesłaniem lirycznym. Jest tu sporo nawiązań do astralnej estetyki i symboli – zarówno wizualnie, jak i lirycznie. Niepokojące wzmianki o krwawym księżycu i superksiężycu powtarzają się w wielu tekstach.
Głównym motywem albumu jest kwestia egzystencji i sensu życia – tematy, które dotykają nas wszystkich. Zespół zastanawia się nad tym, że nic nie trwa wiecznie. Dla Mayberian charakterystyczne jest to, że czerpią inspirację ze swojego życia, z tego, co przeżyli – ze stykania się z różnymi sytuacjami, które często są trudne lub niemożliwe do przetworzenia. Ale piękno życia polega na tym, że nawet na takich zakrętach musimy znajdować w sobie siłę, iść dalej, a nawet czerpać z tego inspirację.

Co do brzmienia, według mnie – to niekwestionowany album swego gatunku. Nacisk na teksturę dźwięku, eteryczny klimat i hipnotyzujące melodie tworzą piękne krajobrazy dźwiękowe w typowo dream popowym stylu. Zespół jest często porównywany z Cocteau Twins, z bardziej współczesnym Beach House, można też w ich twórczości odnaleźć powolne shoegaze’owe brzmienia w stylu Slowdive.
Melancholijny „Szuperhold” otwiera płytę. „Już o niczym nie marzę, po prostu jestem, ale nie istnieję, wciąż oddycham, ale nie zostawiam śladu” – te wersy z „Szuperhold” doskonale podsumowują, o czym jest ten album. Czy jest to depresyjna apatia czy stoickie przyjęcie świata? Zespół twierdzi, że połączenie obu tych stanów. Ale osobiście wolę bardziej optymistyczne podejście – że chodzi o to, że czasem gonimy za ambicjami i wielkimi celami, zapominając, że jesteśmy tu i teraz – i to już jest wystarczające.
„Fák közt” to mój absolutny faworyt na tej płycie, w którym czarujący anielski wokal Zity brzmi bardziej stanowczo, a syntezatory podkreślają klimat utworu. To jest bardzo emocjonalna wypowiedź o lęku przed starzeniem się i jednocześnie o obawach, czy starczy czasu na spełnienie marzeń. Następny „Jéghegy” kontrastuje swoim delikatniejszym brzmieniem – niczym kołysanka na dobranoc – mimo że lirycznie ma mroczny, pozbawiony nadziei nastrój. „Miso” – jeden z najradośniejszych tanecznych kawałków na tej płycie, dodaje lekkości і oddechu, chociaż tekst nadal trzyma się trudnych tematów.
Kolejne utwory „A következő” i „Távoli fények” mają nieco mroczniejsze, bardziej minimalistyczne brzmienie. Ten drugi porusza bardziej przyziemny temat – to historia nieszczęśliwej miłości. „Nincs elég idő” skręca ku post-punkowej rytmice, wyróżniając się mocną linią basu i chwytliwym refrenem. Za „Kugku” stoi nieco głębszy przekaz. To refleksja nad kierunkiem, w którym zmierza świat, gdzie indywidualny niepokój egzystencjalny łączy się ze zbiorowym niepokojem społecznym. Chociaż sam zespół przyznaje, że muzyka jest dla nich formą eskapizmu, dlatego nie chcą bezpośrednio mówić o tematach przed którymi uciekają. Jednak rzeczywistość odciska piętno na ich twórczości, a emocje, tak czy inaczej, rezonują w muzyce. Prawie dziesięciominutowy zamykający płytę „Vonatok” podkreśla i przypieczętowuje melancholijność tego albumu.
Moim zdaniem Mayberian Sanskülotts to zespół, który zasługuje na zdecydowanie większą rozpoznawalność. Czuję pełną szczerość w ich muzyce. Porusza mnie to, w jaki sposób udaje im się przekazywać muzycznie emocje i uczucia oraz to, jak zespół pozostaje autentyczny i wierny własnej wizji od lat.
Kateryna Potykun
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.
Obserwuj nas w mediach społecznościowych: