IKS

Massimo Pupillo (ZU) [Rozmowa]

zu-rozmowa

Zu to w pewnych kręgach już legendarny zespół. Łączą w swojej twórczości wiele gatunków, choć właściwie nie przypominają innych artystów – grają we własnej lidze. Ich muzyka łączy progresywne i awangardowe struktury, metalowy ciężar i punkową zadziorność, a ich skłonność do licznych kolaboracji i gościnnych spotkań na kolejnych wydawnictwach odwołuje się do najlepszych jazzowych tradycji. Tuż na początku 2026 roku wracają – po niemal siedmiu latach – z nowym monumentalnym albumem studyjnym. Massimo Pupillo, basista i założyciel grupy, opowiedział mi o jego nagrywaniu i burzliwym czasie między ostatnimi longplejami. Ale nie tylko o tym, usłyszałem również kilka ciekawostek i anegdot zarówno z wcześniejszych lat istnienia Zu, jak i z ostatnich tras koncertowych. Udało się też ponarzekać na niepopularność rocka progresywnego, którego elementów na nowej płycie jest dość sporo. Już za niecały miesiąc polscy fani będą mieli okazję posłuchać jej na żywo. Zespół wraca do warszawskiej Hydrozagadki, gdzie zagra 4 lutego 2026 roku.

 

Adrian Pokrzywka: Rozmawiamy parę tygodni przed wydaniem najnowszego studyjnego albumu Zu. Poprzedni ukazał się w 2019 roku, różnica między nimi wynosi więc 7 lat – to długa przerwa. Czy była planowana, czy to jednak wina pandemii, która pojawiła się po drodze?

 

 

Massimo Pupillo: Nie planowaliśmy przerwy. To, co się wtedy wydarzyło, głęboko nas wszystkich poruszyło. Potrzebowaliśmy dużo czasu, aby ponownie się zjednoczyć, zebrać siły i naprawdę zrozumieć, co właściwie chcemy robić. Muzyka na żywo zniknęła wtedy całkowicie, to nas bardzo osłabiło. W 2020 roku mieliśmy zaplanowanych kilka tras koncertowych, ale oczywiście wszystko zostało odwołane. To było bardzo brutalne, bo muzyka jest czymś, co sprawia, że ludzie są w pewnym sensie zdrowi – my na pewno. I coś, co jest tak dobre dla ludzkiego ducha, zostało uznane za opcjonalne. Potrzebowaliśmy więc czasu, by dojść do siebie i poukładać sobie pewne rzeczy. A okazało się, że w sensie muzycznym mieliśmy po tej przerwie dużo do powiedzenia. Wreszcie odezwał się do nas Yoshida (Tatsuya Yoshida z japońskiej grupy Ruins, z którym Zu odbyło trasę koncertową w 2024 roku – przyp. AP) i zaproponował nam wspólne występy na żywo. W trakcie trasy z Yoshidą zorientowaliśmy się, że to, co czuliśmy w związku z brakiem muzyki w trakcie pandemii, równie mocno, a może nawet bardziej, dotknęło odbiorców. Gdziekolwiek graliśmy, ludzie przychodzili do nas, mówiąc „potrzebujemy tego”. Muzyka jest bardzo ważna dla obu stron – artystów i publiczności.

 

 

AP: Jeszcze 10 lat wcześniej, przed okresem, o którym rozmawiamy, również zrobiliście sobie dłuższą przerwę w działalności. Chodzi mi o czas po występach promujących album „Carboniferous”. Zagraliście wtedy mnóstwo koncertów, chyba jak nigdy wcześniej i później w waszej karierze. Dobrze wspominam wasz występ na festiwalu Asymmetry w 2010 roku we Wrocławiu. Ty pamiętasz te czasy? Potrzebowaliście tych kilku lat odpoczynku po tej długiej trasie?

 

 

MP: Tak. Oczywiście mówię tylko za siebie. To był dla nas moment wyboru. Nie jesteśmy święci i jako ludzie mamy swoje pokusy. Jedną z nich była wtedy możliwość stania się marką, proponowano nam coraz większe rzeczy. Mogliśmy dalej robić to, co wtedy okazało się skuteczne. Powtórzyć nasze pomysły, napisać kolejny podobny album i stać się czymś rozpoznawalnym, nadającym się do sprzedaży. Stracilibyśmy wtedy swojego ducha. Musiałem zrobić sobie przerwę od Zu. Planowałem wyruszyć w podróż, by pozbyć się nagromadzonego stresu i wewnętrznego niepokoju, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Jak się okazało, krótka podróż stała się jednak dość długa.

 

 

AP: Cofnę się jeszcze o 10 kolejnych lat, a więc właściwie do waszych początków. Już wtedy zaczęliście wydawać albumy w kolaboracjach z innymi muzykami. Nie pytam dlaczego, bo wiem, że po prostu lubicie współpracować z różnymi artystami. Bardziej zastanawia mnie to, jak udało wam się złapać tak cenione nazwiska, jak choćby Ken Vandermark czy Mats Gustafsson, już na samym starcie waszej drogi? Czy to wy zwracacie się w tych sprawach do innych muzyków, czy raczej jest na odwrót? I czy to się teraz, po latach, zmieniło?

 

 

MP: Tak, teraz to się zmieniło. Przykładem jest nasz najnowszy album, na którym nie ma żadnych gości. To jedyny taki przypadek. Jeżeli chodzi o nasze początki, warto wspomnieć o tym, że żaden z nas nie ma wykształcenia muzycznego – jesteśmy kompletnymi samoukami. Być może kiedyś byliśmy trochę niepewni i potrzebowaliśmy pewnego potwierdzenia od osób, które podziwialiśmy. Ale w większości przypadków to do nas artyści dzwonili z propozycjami współpracy. Myślę, że to dlatego, że oferowaliśmy coś prawdziwego.

 

Nigdy nikogo nie udawaliśmy i wydaje mi się, że ludzie to dostrzegli.

 

Mogę ci na przykład opowiedzieć, jak było z Matsem. Pewnej nocy graliśmy w Zagrzebiu jeden z ostatnich koncertów na trasie z Nomeansno. W tym samym klubie, na innym wydarzeniu, grał też Mats Gustafsson. Ładowaliśmy nasz sprzęt, a ja miałem na sobie koszulkę Nomeansno. Mats przechodził obok i nagle podszedł do mnie wskazując mój t-shirt i powiedział: „o, mój ulubiony zespół”. Więc zaczęliśmy gadać o Nomeansno, a później wymieniliśmy się telefonami. Kilka tygodni później Mats dzwoni do mnie i mówi: „słuchaj, zakładam teraz zespół, w którym będzie Thurston Moore, Jim O’Rourke i Paal Nilssen-Love, może chciałbyś z nami zagrać na basie?”. A ja na to: „co?!” (śmiech). Często tak to właśnie wyglądało. Byliśmy też kiedyś kimś na kształt muzycznych aktywistów. W Rzymie niewiele się dawniej działo pod względem koncertowym. Staraliśmy się więc organizować różne przedsięwzięcia na własną rękę i zapraszać artystów, których lubiliśmy. Udało nam się na przykład w latach 90. ściągnąć po raz pierwszy Ruins. Zagrali na squacie, ale z profesjonalną organizacją i dobrym nagłośnieniem – oglądało ich wtedy 400 osób. Jedną z pierwszych tego typu współprac była też ta z Eugenem Chadbournem. Przyjechał na koncert, ale miał jeszcze parę dni wolnego. Zatrzymał się u mnie w mieszkaniu. A co może robić ze sobą dwóch muzyków, jak spędzają ze sobą czas i mają kilka dni do dyspozycji? Stwierdziliśmy, że złapiemy za instrumenty i zagramy to, co mamy do zagrania. Nagraliśmy to na taśmy i było to bazą dla naszych płyt wydanych w kolaboracji z Eugenem. Kolejny przypadek. Inna sprawa to otwartość jaką posiadamy.

 

Różnica między Zu, a typowym zespołem rockowym polega na tym, że w tym drugim chodzi o tożsamość. A nam nie chodzi o tożsamość, tylko o ducha muzyki.

 

Nie jesteśmy zespołem, który chce mieć ładne zdjęcie trójki muzyków i ograniczać się tylko do tego składu. Przez tę otwartość rozumiem to, że po prostu wychodzisz wieczorem i jesteś otwarty na świat. Spotykasz ludzi, poznajesz ich, jesteś blisko nich, interesujesz się nimi. Nasza ciekawość doprowadziła do zawarcia wielu znajomości, które później zaowocowały kolaboracjami. Często ludzie do nas dzwonili i proponowali współprace, a my byliśmy otwarci i ciekawi, co z tego wyjdzie. Tak było choćby z Mikiem Pattonem – też do nas zadzwonił, a my zgodziliśmy się od razu.

 

zdj. Marco Franzoni

 

AP: Zanim przejdziemy do omawiania nowej płyty, mam jeszcze jedno pytanie dotyczące przeszłości. Ty i Luca, grający na saksofonach, jesteście niezmiennym rdzeniem Zu od samego początku istnienia zespołu. Ale na stanowisku perkusisty było już kilka zmian. Paolo Mongardi jest waszym czwartym, czy nawet piątym – jeśli policzymy Tatsuyę, muzykiem na tej pozycji. Dlaczego rozstaliście się z poprzednimi perkusistami? Jak poznaliście się z Paolo? I czy zostanie już na stałe?

 

 

MP: Mam taką nadzieję. Paolo jest bardzo zaangażowany w Zu, jakby był z nami od samego początku. Znamy go już od dawna, spotykaliśmy się od czasu do czasu. I tu nastąpił kolejny przypadek. Zawirowania pandemiczne sprawiły, że musieliśmy zmienić z rodziną miejsce zamieszkania. Po przeprowadzce okazało się, że jesteśmy praktycznie sąsiadami z Paolo. W ostatnich latach widywaliśmy się więc częściej i staliśmy się bardzo dobrymi przyjaciółmi. Nie myśląc nawet o Zu, zaczęliśmy spotykać się tak często, jak to możliwe, i grać muzykę choćby po to, by pozostać w formie. Przez pierwsze dwa lata po prostu graliśmy ze sobą bez zastanowienia i planowania czegokolwiek. Nagraliśmy w tym czasie jakieś 90 szkiców, ale tylko jeden z nich ukazał się na nowym albumie. Luca w tym czasie też zaczął grać z Paolo, ale w innym projekcie (Traum – przyp. AP). Później ruszyliśmy w trasę z Yoshidą, co pobudziło nas do działania. Stwierdziliśmy z Lucą, że musimy coś stworzyć z Zu. Włączenie do grupy Paolo było naturalne. Wypracowaliśmy już razem wspólny język. W przeszłości było kilka zmian.

 

U nas w zespole najważniejsza jest przyjaźń – muzyka przychodzi później.

 

A z Lucą znamy się od bardzo dawna, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami, dużo wcześniej przed powstaniem Zu. Jesteśmy przyjaciółmi do dziś, spotykamy się tak często, jak to tylko możliwe. Jesteśmy grupą bez żadnej korporacji czy menedżerów nad sobą. Takiego już mamy ducha – jesteśmy blisko siebie, kochamy się i chcemy robić różne rzeczy razem. Nie profesjonalizujemy naszych relacji.  Możemy być profesjonalni, jeśli chodzi o organizację naszych koncertów, logistykę i tym podobne rzeczy. Ale nie działamy według jakiejś określonej agendy, nie planujemy swojej kariery ani nic w tym stylu. Nie ustalamy, co chcemy osiągnąć w tym roku, co w następnym itd. Wiem, że dla niektórych to szaleństwo i chcieliby, żebyśmy działali w ten sposób, ale to nie bylibyśmy my. Swoją drogą to zabawne, gdy widzę czasem zespoły metalowe, które sprawiają wrażenie bardzo buntowniczych, a są tak naprawdę bardzo korporacyjne w swoich działaniach.

 

 

AP: (śmiech) Wiem, co masz na myśli, i zgadzam się – jest tu pewien paradoks. Massimo, nie chcę cię już zamęczać przeszłością. Porozmawiajmy o nowym albumie. Muszę przyznać, że imponuje mi nie tylko jego jakość, ale też objętość – to 80 minut muzyki. Planowaliście od początku nagrać tak długi album czy po prostu szkoda wam było porzucać nagromadzonych przez te lata pomysłów?

 

 

MP: No cóż, czasami zespoły przychodzą do studia z odpowiednią ilością materiału. Albo niewystarczającą – i muszą później jeszcze popracować nad tym w trakcie nagrywania. My mieliśmy odwrotny problem – musieliśmy tak wiele wyciąć… Metoda, którą obraliśmy, okazała się dla nas okrutna. Pisaliśmy album od miesięcy, ale nie gromadziliśmy tego, tylko cały czas wszystko nagrywaliśmy. W pewnym momencie już zaczęliśmy się dusić i żartować: „kiedy wyjdzie ten potrójny album?”. Ale cały czas tworzyliśmy i zorientowaliśmy się w pewnym momencie, że mamy już materiał na pięć płyt. Usiedliśmy więc w studiu i już bez żartów ocenialiśmy, co jest najlepsze. Ustaliliśmy pewien poziom i równaliśmy wszystko do niego. Co jest równie dobre albo lepsze – zostaje. Jeżeli jest choćby minimalnie gorsze – trafia do kosza. To były pierwsze duże porządki. Później zaczęliśmy myśleć o strukturach i długościach utworów. Niektóre utwory są dłuższe, ale akceptowaliśmy je w całości. To nie jest tak, że staramy się pisać długie kompozycje, czasem po prostu potrzebują trwać aż tyle. Nie można skrócić jakiejś określonej historii. Ani jej wydłużyć – musi trwać tyle, ile trzeba. Gdy gramy określone fragmenty i je powtarzamy staramy się to cały czas zrozumieć. Są takie momenty, które uwielbiamy grać, ale nie wnoszą nic do danej historii, więc musimy je całkiem pomijać – po prostu nie są potrzebne. Co było ważne już w całościowym ujęciu, to zmieszczenie tego wszystkiego w 80 minutach. Nie chcieliśmy wydawać albumu na dwóch płytach CD, by koszt dla nabywców nie był zbyt wysoki. Musieliśmy też zmasterować płytę CD w taki sposób, aby utwory płynnie przechodziły jeden w drugi. Dlatego wersja winylowa jest minimalnie dłuższa – tam nie było problemu, by wszystko zmieścić, gdyż na jedną stronę wchodzi 21 minut muzyki. Więc w sumie, na dwóch winylach, masz trochę więcej czasu niż 80 minut. Mieliśmy z Lucą trochę pracy przy tym, by odpowiednio to przygotować później na CD. Musieliśmy zastosować kilka tricków, by zmienić to w 79 minut, które ostatecznie znalazły się na kompakcie.

 

 

AP: Na nowym albumie dalej jest sporo momentów, które można by określić jako poszukujące czy eksperymentalne – jak to zawsze było w muzyce Zu. Ale mamy też trzeci utwór – „Kether”, który opisałbym wręcz jako przebojowy, przynajmniej jak na Zu. Być może znalazłoby się jeszcze kilka takich fragmentów. Czy to jest tak, że spuściliście trochę z tonu i postanowiliście grać teraz lżej, czy to po prostu efekt użycia dużej ilości brzmień syntezatorów, które siłą rzeczy zdjęły trochę ciężaru z waszych kompozycji?

 

 

MP: O nie, nie planowaliśmy być łagodniejsi ani nic takiego. Wręcz przeciwnie, pozwoliliśmy sobie na więcej. Gdy zaczynaliśmy komponować, Luca wygłosił mocne oświadczenie, skierowane przede wszystkim do Paola. Chodziło o to, żeby nikt nie czuł się przytłoczony cieniem Zu, naszą przeszłością i dotychczasową twórczością. Nie chcieliśmy, by Paolo porównywał swoją grę do naszych starych utworów i zastanawiał się, jak powinien grać w Zu. Byliśmy po prostu trzema muzykami w sali, a to, co wyjdzie z naszego spotkania, będzie naturalnie nową twórczością naszego zespołu. Cokolwiek stworzymy – będzie nasze.

 

Nie mówiliśmy sobie rzeczy w stylu: „och, to nie jest wystarczająco szalone” albo „to nie jest wystarczająco trudne czy skomplikowane”. Cokolwiek miało dla nas sens – graliśmy to.

 

Przyznam, że czasem było dziwnie, gdy proces myślowy przejmował kontrolę i orientowałem się wtedy, że niektóre partie są dla nas bardzo proste. Ale jak myślałem nad tym głębiej, to stwierdzałem, że ok, dla nas może jest proste, ale pewnie 99% populacji powiedziałoby już, że szalone (śmiech). Więc i tak nie musimy tego udziwniać jeszcze bardziej, by sprostać jakimś swoim standardom szaleństwa. Naturalność i intuicja to podstawa. Kolejną rzeczą jest to, że wszystko, co przydarza ci się w życiu, zmienia cię w inną osobę. Często dziwię się, jak to jest możliwe, że niektóre zespoły, nawet te, które lubię, cały czas grają to samo. Jak można mówić to samo, mając 20, a później na przykład 45 lat? Przecież musisz być inną osobą, chyba że coś jest z tobą nie tak. A jeżeli jesteś inną osobą, to chcesz wyrażać inne rzeczy, a przynajmniej ich szersze spektrum. Na tym polega dojrzewanie – odnajdujesz w sobie nowe rzeczy, poszerzasz swoje wewnętrzne terytorium. I to u artystów przekłada się na muzykę, a przynajmniej powinno. Nie należy tworzyć sobie żadnych granic. Nie powinno też się myśleć tylko o zaspokajaniu swoich odbiorców. O tym były też nasze poprzednie albumy, nagrane dla House of Mythology, które rozczarowały część naszej publiczności. Daliśmy im przecież coś więcej, pokazaliśmy, kim jesteśmy z innej strony. Sami jesteśmy słuchaczami i fanami muzyki, interesujemy się wieloma różnymi rzeczami, które w przeszłości były tylko odrobinę obecne w Zu. A z wiekiem otwieramy się coraz bardziej, wprowadzamy więcej pomysłów, krótko mówiąc – dojrzewamy. Syntezatory to zresztą nasze korzenie – lubimy muzykę industrialną. Ale i prog rock z lat 70. – na nowej płycie jest dużo melotronu.

 

Foto. Daniele Di Egido

 

AP: Właśnie do tego zmierzam, do tych wpływów prog rocka. Myślę, że zawsze mieliście progresywne struktury utworów, ale bliżej im było jednak do prog metalu. I być może takich mieliście odbiorców, wasza muzyka trafiała bardziej do fanów np. Meshuggah niż King Crimson. Wydaje mi się, że teraz, z nowym albumem, zadowolicie jednych i drugich. Jestem ciekaw, skąd tyle wpływów rocka progresywnego na „Ferrum Sidereum”? A może one zawsze były w waszej twórczości, tylko ja ich nie wychwyciłem?

 

 

MP: Masz trochę racji, prog rock był obecny na naszych poprzednich płytach, ale nie był tak wyraźny, jak na nowym albumie. Widocznie kiedyś nie byliśmy gotowi, aby w taki sposób go przedstawić. Z jakiegoś powodu ten gatunek ma złą reputację, z czym zupełnie się nie zgadzam. Mam wrażenie, że wszyscy mówią o tym, jaki punk jest dobry, a prog rock jest do dupy. Spotkałem wielu muzyków, którzy na moje pochwały rocka progresywnego reagowali skrzywieniem i patrzyli na mnie z pobłażaniem. A spójrzmy choćby na Genesis. W ich wczesnej twórczości jest taka masa świetnych pomysłów, że mogłaby obdzielić cały jeden gatunek muzyczny. Być może to dobry moment, by rozczarować niektórych ludzi, mówiąc o tym i pokazując, że prog rock był i jest świetną muzyką. Jakiś czas temu oglądaliśmy dokument o Genesis i dowiedzieliśmy się, że w latach 70. był to najpopularniejszy gatunek muzyczny we Włoszech. Na szczycie rankingów były takie zespoły, jak King Crimson, Van der Graaf Generator, Tangerine Dream czy Pink Floyd. Pomyślałem sobie, że słuchacze musieli naprawdę ciężko pracować, by obniżyć swoje standardy do muzyki, która jest na topie obecnie. Czasy triumfu rocka progresywnego to musiał być bardzo ciekawy moment w dziejach muzyki.

 

Osobiście zawsze uważaliśmy album „Red” King Crimson za największy wzorzec w muzyce rockowej, do którego można się odwoływać pod względem brzmienia, kreatywności, poszukiwań, a także – co dla nas bardzo ważne – równowagi między umysłem a emocjami, kapitalnie przekazanymi z tych dwóch stron.

 

 

AP: Pociągnę jeszcze wątek tego gatunku. Z innym nowym utworem, „La donna vestita di sole”, mam mniej oczywiste skojarzenie. Podejrzewam, że gdy przeciętny słuchacz usłyszy to syntezatorowe intro, pomyśli o jakimś znanym zespole z lat 70. A ja, o wiele mniej osłuchany ze starymi płytami, wspomniałem ostatni album współczesnej grupy, która w bardzo świeży sposób połączyła progresywne dźwięki sprzed 50 lat z ekstremalnym metalem – chodzi o  Blood Incantation. Nasunęło mi się przy tym pytanie: czy inspirowała was tylko starsza muzyka, czy jacyś młodzi wykonawcy też mogą mieć na was wpływ?

 

 

MP: Bardzo słabo znam Blood Incantation, więc oni oczywiście nie mogli mieć na nas wpływu. Ale spojrzałbym na to ogólniej. W sztuce zdarzają się okresy, gdy więcej artystów zmierza w podobnym kierunku w tym samym czasie, nawet jeżeli nie należą do tej samej sceny i nie znają się nawzajem. To jakby fale podobnych inspiracji. Być może tak jest w tym przypadku. A jeżeli chodzi o ten konkretny utwór, to… No cóż, „La donna vestita di sole” jest taką kompozycją, której nie potrafię nigdzie umiejscowić. Czasem tworzymy takie rzeczy, które biorą się nie wiadomo skąd. Nie brzmią jak nic, co znam.

 

 

AP: Skąd w takim razie wzięła się warstwa liryczna? Tworzycie muzykę bez ścieżki wokalnej, a więc i bez tekstów, ale tytuły kompozycji sprawiają wrażenie powiązanych. Opowiesz o tym?

 

 

MP: Tak, to koncept album, co jest kolejnym odniesieniem do rocka progresywnego. Po raz pierwszy będziemy też go grać w całości – od początku do końca, wszystkie utwory po kolei, jak „The Wall”. Głównym motywem jest stanowiące tytuł płyty ferrum sidereum, czyli żelazo meteorytowe. Oprócz swojego podstawowego znaczenia występuje też w mitologii. To z tego żelaza wykonany jest według wierzeń miecz św. Michała Archanioła, który stanowi symbol wnikliwości. A ta jego cecha jest niezwykle istotna w dzisiejszych czasach, pełnych niepokoju i wojen. Nasza obecna rzeczywistość może wydawać się ponura i pesymistyczna, co prowadzi niektórych ludzi do utraty sensu życia. Z drugiej strony, jeżeli jesteśmy na tyle szaleni by teraz tworzyć muzykę i słuchać jej, chodzić na koncerty, to być może jest coś jeszcze, jakaś nadzieja, światło w tunelu. Chcemy to przekazywać, zresztą plakatem jednej z naszych ostatnich tras była stara ortodoksyjna ikona Archanioła Józefa. Ludzie pytali nas wtedy, czy to nie jest dziwne, że zespół grający ciężką muzykę, stawia na taką symbolikę. Zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, ponieważ w naszym przypadku większość rzeczy robimy instynktownie. Pomyśleliśmy, że jest przecież wiele zespołów metalowych, które używają odwróconych krzyży i różnych symboli satanistycznych. I stało się to już normalne, ich nikt nie pyta o te rzeczy, a nas pytają o archaniołów. A ta mroczna symbolika stała się dla mnie już nudna. Może przyszedł czas na coś innego.

 

 

AP: Nowy album jest już waszym czwartym wydawnictwem w House of Mythology. Poprzednie płyty wychodziły w różnych miejscach, trochę skakaliście po różnych wytwórniach. Czy czujecie się już zadomowieni w obecnej?

 

 

MP: Nigdy nie wiadomo, ale mam taką nadzieję. Jak już wcześniej wspomniałem, im dalej zmierzamy, tym bardziej wracamy do podstaw. A najważniejsza jest dla nas przyjaźń. Ze wszystkimi – nawet studio wybraliśmy dlatego, że pracowało tam naszych dwóch przyjaciół. Projektant graficzny to nasz przyjaciel, podobnie jak ludzie z agencji bookingowej. I tak samo jest z House of Mythology – to przyjaźń od samego początku. Zazwyczaj relacje z wytwórnią bywają chłodne i skupione na deadline’ach. A z Chrisem z Ulver zaprzyjaźniliśmy się od samego początku. Przy nagrywaniu naszego nowego albumu był bardzo entuzjastyczny. Pamiętam, jak wysłałem mu próbkę jakiegoś utworu, która mu się spodobała. A to znaczy naprawdę bardzo wiele – uznanie kogoś, komu ufasz, kto jest twoim przyjacielem. I kto dla ciebie w pewien sposób ryzykuje. Nie było żadnego problemu, gdy powiedzieliśmy mu, że to będzie podwójny album. W House of Mythology czujemy się świetnie.

 

 

AP: Miło mi to słyszeć. Poprzednie albumy tam wydane tworzyły pewnego rodzaju trylogię, której motywem były zagadnienia eschatologiczne. Czy nowa płyta również jest częścią czegoś większego, czy stanowi odrębną całość, która jest niepowiązana z poprzednimi lub następnymi wydawnictwami?

 

 

MP: Dobre pytanie. Powiedziałbym, że jedno i drugie. Jest to na pewno album, który może istnieć samodzielnie. Powstawał w momencie, kiedy myślałem, że może nie być już dalej muzyki, w sensie koncertowania i możliwości utrzymania się z tego. Więc kiedy go nagrywaliśmy, chcieliśmy włożyć w niego wszystko, co najlepsze, bo nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieli okazję to powtórzyć. Z drugiej strony, płyta ma również wymiar eschatologiczny, no i pojawia się przecież w tych bardzo niespokojnych czasach.

 

 

AP: Jest więc naturalnym przedłużeniem wątków, które poruszaliście na poprzednich albumach. Siłą rzeczy możemy mówić o kontynuacji.

 

 

MP: Dokładnie tak. Również pod względem muzycznym, bo wykorzystaliśmy teraz wiele technik, których nauczyliśmy się w trakcie nagrywania poprzednich trzech albumów. „Terminalia Amazonia” była płytą syntezatorową, a tych instrumentów jest sporo na nowym wydawnictwie. „Jhator” eksplorował długie kompozycje, a tytułowy utwór również harmonię, mniej dla nas oczywistą do tego momentu. A elementem, który powtarza się z „Mirror Emperor”, jest użycie gitary akustycznej. Wszystkie te albumy skupiały się na określonych brzmieniach, które w inny sposób wykorzystaliśmy na najnowszej płycie.

 

 

AP: Zapytam teraz o występy na żywo. Wznowiliście działalność koncertową w 2024 roku i gracie teraz dość często. W 2025, gdy dołączył do was Paolo, wykonywaliście utwory z dwóch wydawnictw: „Carboniferous” i „Cortar todo”. Dlaczego skupiliście się akurat na tych albumach? Uważacie je za najlepsze w swojej dyskografii czy po prostu przyszła odpowiednia pora na odświeżenie właśnie tych utworów?

 

 

MP: Na początku tego okresu graliśmy z Yoshidą nasze najstarsze utwory, to było swego rodzaju podsumowanie. A gdy spotkaliśmy się przed kolejną trasą, stwierdziliśmy z Lucą, że warto teraz wrócić do „Cortar todo”. To taki album, który okazał się aktualny wiele lat później, opowiadał o tym, co przeżywaliśmy. Była w nim niesamowita energia, tytuły, sposób komponowania z Gabem, z którym byliśmy bardzo blisko (Gabe Serbian, ówczesny perkusista Zu, zmarły w 2022 roku – przyp. AP). Jakiś czas temu spotkałem przyjaciela w Bolonii, gdzie nagrywaliśmy tę płytę, który cały czas się zastanawia, jak udało nam się napisać i zarejestrować ten album w 10 dni. To było dość szalone, to był taki wybuch energii, który stał się później sztuką. Niedawno odkryliśmy, że ta muzyka dalej w nas wibruje, dalej jest powód, by ją grać, dalej ma sens. Utwory z „Cortar todo” i „Carboniferous” nadal były w nas żywe, więc je wybraliśmy.

 

Foto. Tereza Jirásková

 

AP: To był udany wybór. Widziałem wasz występ kilka miesięcy temu na warszawskiej edycji Avant Art Festival i bardzo mi się podobało. Kojarzyłem większość tych utworów, ale do dzisiaj nie wiem, co zagraliście w ramach bisu. Po „Axion” była jedna dłuższa kompozycja, niemal dwudziestominutowa, której nie rozpoznałem. Zdradzisz mi, co to było?

 

 

MP: Oczywiście. Ostatni utwór był właśnie z „Cortar todo”, nazywa się „Vantablack Vomitorium”. Ale został znacznie przearanżowany, było w nim sporo fragmentów, które umożliwiały dokonywanie w nich zmian. Takie przepisywanie starego albumu było zresztą dla nas dobrym sprawdzianem przed komponowaniem nowego. Nie tylko ten utwór był przerobiony – do tytułowego „Cortar todo” dodaliśmy na przykład fragmenty z looperami, których nie wykorzystaliśmy w pierwotnej wersji. A utwór, o który pytasz, postanowiliśmy zakończyć śpiewem szamana, który pochodził z sesji nagraniowej „Terminalia Amazonia”. Swoją drogą, granie tego wszystkiego było już dla nas przygotowywaniem się do nowej muzyki, bo gdy graliśmy w Warszawie, „Ferrum Sidereum” było już zarejestrowane. Przyznam, że było to też trochę dziwne, bo mieliśmy już nowy album, a graliśmy stare. No ale nie można mieć dwóch rzeczy jednocześnie. Ustaliliśmy więc, że Warszawa będzie ostatnim miejscem, gdzie wybrzmią „Carboniferous” i „Cortar todo”. Tam zakończyliśmy trasę, to był dla nas ważny wieczór.

 

AP: Wow, teraz dla mnie tym bardziej. Ważny i, można powiedzieć, historyczny występ… (śmiech)

 

 

MP: (śmiech) Tak, historyczne wydarzenie dla obydwu stron… (śmiech)

 

 

AP: A już niedługo znów zagracie w Warszawie i znów w tym samym klubie. Ale, jak wspomniałeś wcześniej, setlista będzie zupełnie inna. Czy naprawdę będziecie grali cały album, od początku do końca? Czy może jeszcze coś dołożycie? Choć do 80 minut chyba już nie ma co dokładać…

 

 

MP: Tak, chcemy zagrać cały nowy album. I może dołożymy coś starego w ramach bisu. Choć to będzie długi koncert.

 

Ostatnio graliśmy w sumie 75 minut, a teraz podstawowy set będzie trwał 80. Ale to chyba w porządku. Czuję, że dobrze jest dać z siebie jak najwięcej.

 

Jak ci wcześniej wspomniałem, od kilku lat towarzyszy mi to poczucie niepewności. Każda płyta może być ostatnia, z trasą czy pojedynczym koncertem sprawa wygląda podobnie. Trzeba dawać z siebie wszystko, bo nie znamy jutra. Nie chcę tu brzmieć jakoś tragicznie, ale takie są fakty, że nasza przyszłość jest niepewna. Każdego dnia myślę, że mam tylko dzisiejszy wieczór i chcę go wykorzystać w pełni. A jeśli kolejnego dnia jednak będziemy mogli to powtórzyć? No cóż, to świetnie.

 

Plakat promujący koncert 𝗭𝗨 oraz 𝗦𝗰𝗵𝗿𝗼̈𝘁𝘁𝗲𝗿𝘀𝗯𝘂𝗿𝗴 w Hydrozagadce, Org. Swamp Booking, Deerhunter Booking i SVMERKI

 

AP: No tak, rozumiem i popieram taką postawę. OK, Massimo, ostatnie pytania. Kiedy sprawdzałem historię waszych koncertów, zauważyłem, że bardzo często gracie we Włoszech, ale nie tylko u siebie, w Rzymie, ale w wielu innych miastach. Czy jesteście aż tak popularni w waszym kraju? Jeżeli tak, to czy wydaje ci się, że zainspirowaliście jakieś młodsze włoskie zespoły, by grały podobną muzykę?

 

 

MP: Zacznę od końca. Myślę, że jeżeli kogoś zainspirujemy we właściwym sensie, to nie będzie grał naszej muzyki. Możemy inspirować co najwyżej do znalezienia własnego głosu, do bycia wyjątkowym i oryginalnym. Ponieważ każdy jest wyjątkowy i oryginalny. Świat jest teraz nastawiony na myślenie związane z dopasowywaniem się do algorytmów, skracaniem piosenek i podobnymi rozwiązaniami. Ale artyści nie mogą opierać na tym życia. Jeśli nie pozwolisz, by cały ten hałas i śmietnik dostał się do sposobu, w jaki tworzysz, to w końcu odnajdziesz siebie i wymyślisz coś, co jest twoje. Kiedy jesteśmy w trasie, czasem podchodzą do mnie młodsi muzycy i mówią, że słuchali mnie w podstawówce. Co bywa krępujące, czuję się przez nich staro (śmiech).

 

 

AP: Daj spokój, to na pewno fajne uczucie, gdy ludzie ci mówią, że słuchają cię od lat. Zawsze miło to słyszeć…

 

 

MP: Oczywiście, my też dorastaliśmy i to dzięki innym muzykom staliśmy się tymi, kim jesteśmy. To jest coś, co zostało nam przekazane, a teraz my niesiemy to dalej. To jedna z najlepszych rzeczy, jaka się dzieje. Wracając do twojego pytania o popularność Zu… Nie, nie jesteśmy wcale sławni czy popularni. Gramy często we Włoszech, ale zawsze w małych lokalach i klubach. Jest mała grupa ludzi, która zawsze jest ciekawa naszej muzyki, ale są w różnych miejscach. A granie we Włoszech jest z oczywistych względów dla nas wygodne. Mniejszym problemem jest logistyka, często możemy grać w weekendy, bez organizowania dłuższych tras. Mamy też w naszym kraju więcej znajomych, to normalne. To nie tak, że gramy gdzieś na stadionie, a później w małym klubie w Warszawie (śmiech). To najczęściej te same miejsca, ale nam to nie przeszkadza. Swoją drogą, to kolejna bzdura tego świata – że musisz się rozwijać, stawać się coraz bardziej rozpoznawalnym, i tak dalej. Właściwie to jestem bardzo wdzięczny, że możemy robić to, co robimy, na obecnym poziomie.

 

 

AP: Bardzo dziękuję ci za rozmowę i wyczerpujące odpowiedzi. Mam nadzieję, że niedługo posłucham nowego albumu również na żywo.

 

 

MP: Do zobaczenia. Dziękuję ci za rozpowszechnianie dobrych wiadomości.

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

 

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020