Nie skłamię, jeśli powiem, że For My Pain… to ważna formacja w historii fińskiego metalu gotyckiego, której udało się zdobyć rozpoznawalność daleko poza granicami swojego kraju i podbić serca miłośników melancholijnych riffów. Założona na przełomie tysiącleci supergrupa składała się z muzyków mniej lub bardziej znanych zespołów, takich jak Eternal Tears of Sorrow, Nightwish, Reflexion, Poisonblack, Embraze czy Charon, i już na starcie wzbudzała wysokie oczekiwania. Jednak po wydaniu w 2003 roku debiutanckiego albumu „Fallen” oraz singla „Killing Romance” rok później zespół zapadł w przerwę, trwającą ponad 20 lat… I gdy wiara w nowy materiał już prawie zgasła, For My Pain… po latach ciszy wraca do gry, prezentując nową płytę „Buried Blue”. Album składa się z 11 utworów, to niemal godzina mroku i melancholii – opowieści dotyczące miłości, strat, pożądania i samotności.
Zespół łączy ciężar z romantycznymi melodiami, doprawiając całość skandynawskim echem i – w porównaniu z debiutem – bawi się nowymi teksturami doskonale zaaranżowanego materiału. Cała ta dawna magia na nowo rozpaliła się w bardziej dojrzałej wersji. Ta płyta bezkompromisowo trafia w gusta fanów gotyckiego metalu i rocka oraz sięga po nostalgię z przełomu mileniów. „Buried Blue” przywołuje skojarzenia z klasyką gatunku tamtego okresu – od wczesnego HIM, The 69 Eyes po całą fińską scenę gotycką.

Płytę otwiera dynamiczny „Hungry for Desire”. Utwór, pełen energii i sensualności, natychmiast wciąga słuchacza i od razu rozpieszcza smakowitym gitarowym solo. Zaraz po nim mamy „Windows Are Weeping”. Od pierwszych dźwięków witają nas różne flety oraz irlandzkie dudy, sprawiając, że można poczuć się jak bohater mrocznej opowieści fantasy. Utwór wykracza poza gotyk, zmierzając raczej ku folk/powermetalowemu brzmieniu (co więcej, w innych fragmentach albumu również słychać eksperymentalne tendencje). Nie jest to jednak przypadek, a efekt współpracy z angielskim multiinstrumentalistą Troyem Donockleyem, znanym przede wszystkim jako członek Nightwish – stąd wyraźny ukłon w stronę epickiego rozmachu. To właśnie on odpowiada za wszystkie partie instrumentów dętych, które tu słyszymy. A całość dopełnia mocny kobiecy wokal Ellu Malkamäki w tle.
Prowokujący „WitchBitch Elite” bezwstydnie flirtuje i wciąga słuchacza w wir pokusy, przed którym trudno się obronić. Brzmi jak klasyczny metal gotycki z chwytliwym refrenem, choć trudno mi pozbyć się tutaj skojarzeń z HIM, zwłaszcza z okresu „Dark Light”. Dla mnie album wyraźnie dzieli się na dwie umowne części: jedną skupioną na zmysłowości, relacjach i emocjach oraz drugą – mroczniejszą, eksplorującą kruchość i zmienność ludzkiej natury, zaglądając w jej najciemniejsze zakątki. Do pierwszej grupy, obok „Hungry for Desire” i „WitchBitch Elite”, można zaliczyć także „Tether” oraz „Black Calla Lilies”.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje również wspomniany wcześniej „Tether” z udziałem Riiny Rinkinen. Jej czarujący wokal niczym syreni śpiew hipnotyzuje słuchacza, harmonijnie współgrając w duecie z głębokim głosem wokalisty Juhy Kylmänena i kontrastując z ciężarem riffów. „Black Calla Lilies” utrzymany jest w typowej gotyckiej estetyce, pełnej melancholijnego i tajemniczego klimatu. Motyw czarnych kalii, często kojarzony z symbolem odrodzenia lub początku, prowadzi do koncepcji, że aby powstać, najpierw trzeba przejść przez ciemność.
„Child of the Fallen”, jeden z najbardziej emocjonalnych momentów płyty, płynnie przechodzi w poruszającą balladę „Gone Tomorrow”. Oba utwory wyróżniają się dzięki pięknym partiom klawiszy Marco Snecka, podkreślających ich melodyjność. Nie zwalnia emocjonalnego tempa również „Time Will Heal Our Wounds”, na którego studyjną wersję przyszło czekać wyjątkowo długo.
Bardzo klimatyczne, nostalgiczne brzmienie ma także „Isle of Solitude”. A zmierzając ku końcowi płyty, nastroje stają się coraz mroczniejsze, co najlepiej słychać w niemal postapokaliptycznym „Recoil into Darkness”. Album zamyka niezwykle niepokojący i przytłaczający „Burnt-Out Sun”, który pozostawia z refleksją nad kruchością naszych sił i umysłów. Tęsknota wręcz sączy się z tego utworu – brzmi on niczym bezsilna akceptacja własnego losu i pogodzenie się z przeznaczeniem. To totalna kwintesencja żalu i smutku, surowa i szczera, emocjonalne wyczerpanie, którym zespół dzieli się ze słuchaczem. Koniec świata, po którym pozostaje jedynie wypalone słońce.
Po kilku odsłuchach mogę stwierdzić, że oczywiście „Buried Blue” nie jest próbą wynalezienia koła na nowo, jednak For My Pain… brzmi równie żywiołowo, jak dwie dekady temu. Po tak długiej przerwie trudno było przewidzieć, w jakim kierunku pójdzie zespół, ale płyta udowadnia, że nie zawsze trzeba wszystko zmieniać, by zabrzmieć świeżo. Jak dla mnie, wybór, by nie silić się na radykalne zmiany i konsekwentnie iść własną ścieżką, wydaje się jak najbardziej trafny. Zespół nie wrócił po to, by zaskakiwać na siłę, a po prostu robić to, w czym zawsze był dobry. Jednocześnie materiał nie jest pozbawiony ciekawych momentów i współprac. Jednym z najmocniejszych punktów „Buried Blue” jest dopracowana aranżacja, która dodaje spójności, podkreśla rozwój zespołu oraz nadaje całości większej dojrzałości. Sądzę, że ten album spokojnie trafi zarówno do fanów gotyckiego metalu, jak i słuchaczy poszukujących cięższych, emocjonalnych dźwięków. W moim przypadku utwory już znalazły się na playlistach. To płyta, która tworzy klimat dzięki zapadającym w pamięć riffom, syntezatorowym melodiom, użyciu nietypowych instrumentów oraz potężnemu, charyzmatycznemu wokalowi.
Kateryna Potykun
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.