Eye of Melian to projekt, za którym stoją osoby związane ze środowiskiem symfonicznego metalu. Mózg tego przedsięwzięcia, Martijn Westerholt, to człowiek, którego fanom Delain czy Within Temptation nie trzeba przedstawiać. Johanna Kurkela, poza swoją karierą solową, to osoba również znana z tego uniwersum. Choćby przez relację, która łączy ją z Tuomasem Holopainenem z Nightwish oraz udziału w jego projektach. Połączenie doświadczenia, muzycznych wizji oraz talentu Martijna i Johanny dało swe ujście właśnie w Eye of Melian, którego drugi album „Forest of Forgetting” niedawno ujrzał światło dzienne.
Bartek Kuczak: Jak w ogóle pojawił się pomysł, by powołać do życia taki projekt, jak Eyes of Melian?
Martijn Westerholt: Cofnijmy się zatem jakieś dziesięć lat wstecz. Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie stworzenie zespołu grającego tego typu muzykę, ale to właśnie wtedy, koncertując z Delain, po raz pierwszy spotkałem Johannę. Pamiętam, że supportowaliśmy wtedy Nightwish. Wracając jednak do głównego wątku – zaczęliśmy rozmawiać o muzyce i okazało się, że mamy bardzo zbliżone podejście do wielu tematów z nią związanych. Podczas rozmowy sprzedałem Johannie swój pomysł na muzyczny projekt. Wciągnąłem również w ten temat moją ówczesną dziewczynę, a obecnie żonę – Robin La Joy. Wszystko to rozwijało się bardzo powoli, ale konsekwentnie. W końcu udało się nam wydać debiutancki album – „Legends of Light”. Po prostu pomysł zaczął żyć swoim życiem, bez jakiegoś konkretnego planu ani wizji. Chcieliśmy jedynie razem tworzyć konkretny rodzaj muzyki. Początkowo miał to być jedynie projekt studyjny, ale ostatecznie doszło też do koncertów.
BK: Nowy album, „Forest of Forgetting”, ukazał się pod szyldem Napalm Records, wytwórni powszechnie kojarzonej z nieco inną muzyką.
Johanna Kurkela: To prawda. Warto jednak zwrócić uwagę, że Delain był zespołem, który funkcjonował w tym labelu przez długi czas. Znamy konkretnych ludzi, którzy z nimi współpracują. Ponadto wiemy, w jakiej sprawie do kogo uderzyć. Ten kontrakt był po prostu naturalnym krokiem w naszej historii. Jasne, masz rację, że Napalm jest kojarzony z inną muzyką. Mimo że nie jesteśmy zespołem metalowym, to jednak doceniają naszą twórczość i całkiem pozytywnie się do niej odnoszą. Osobiście kochamy muzykę metalową. Czujemy się zdecydowanie metalowcami, kochamy też fantastykę, co w tych kręgach jest czymś często spotykanym.
BK: Poruszyłaś już temat, do którego zamierzałem nawiązać. Otóż, jak już zostało powiedziane, wywodzicie się z metalowego środowiska. Nie myśleliście zatem, by do muzyki Eye of Melian wprowadzić choć odrobinę metalowych elementów?
MW: Dobre pytanie! (śmiech) Szczerze mówiąc, nawet przez sekundę nie przeszło mi to przez myśl. Eye of Melian od samego początku miał być projektem nieskażonym metalem. Owszem, patrząc od strony pozamuzycznej, są u nas elementy, które go z tym metalowym światem łączą. Nie wiem, czy kojarzysz wydarzenia typu Comic Con, gdzie spotykają się gracze, miłośnicy komiksów, fantastyki itp.?

BK: Jasne!
MW: Można się naprawdę zdziwić, ilu fanów metalu możesz tam spotkać. Zawsze trafisz na jakiegoś gościa w metalowej koszulce. Odkryliśmy, że metal jest jedną z tych rzeczy, które kochają wszelkiej maści nerdy zakochane w fantastyce. Nasza muzyka natomiast jest bardzo inspirowana fantastyką. To jest granie stylizowane na muzykę filmową. Jest ona dość patetyczna, ale w metalu patos także jest częsty. Moim zdaniem gitara elektryczna nie jest potrzebna w Eye of Melian. Nie chcemy być kolejnym zespołem grającym symfoniczny power metal. Używamy zupełnie innych środków, by dodać naszej twórczości odpowiednich barw. Jest w tym sporo melancholii, ale to współgra z moim charakterem. Jestem właśnie taką osobą.
BK: Jednak faktem jest, że wasza twórczość nie ma szans trafić do części fanów metalu. Zastanawialiście się zatem, kto w takim razie może być targetem Eye of Melian?
JK: Przede wszystkim ja (śmiech). Moim zdaniem każdy artysta powinien tworzyć głównie z myślą o sobie, pokazując tym samym prawdziwą ekspresję. To jest właśnie kwintesencja sztuki. Tworząc muzykę, niekoniecznie myśleliśmy o adresatach. Bardziej skupialiśmy się na uczuciach, jakie ona daje oraz tym, jak ona nas wyraża. Jestem przekonana, że nasi słuchacze podczas swej przygody z „Forest of Forgetting” poczują bardzo tożsame emocje. Wracając do pytania, nie tworzyliśmy jakiejś strategii, do kogo skierowana ma być ta płyta i jak do tej grupy dotrzeć. Akurat mamy lepsze rzeczy do roboty (śmiech). Na przykład chociażby tworzenie muzyki. To jest dopiero prawdziwa przygoda.
BK: Wasz nowy album jest bardzo zainspirowany prozą J.R.R. Tolkiena. Które z jego dzieł są wam szczególnie bliskie?
MW: Jeśli chodzi o Tolkiena, to w zespole mamy dwie chodzące encyklopedie. Moja żona Robin, która o twórczości Tolkiena wie dosłownie wszystko. Nawet więcej ode mnie, mimo że sam uważam się za totalnego freaka w tym temacie. Kocham „Władcę Pierścieni”. Zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej. Drugim znawcą jest Mikko P. Mustonen, człowiek odpowiedzialny u nas za orkiestracje. Oboje mają tak rozbudowaną wiedzę, że czasem aż dostaję przy nich kompleksów. Kiedy zaczynają rozmawiać razem o Tolkienie, to w pewnym momencie mam wrażenie, że rozmawiają w innym języku (śmiech).
JK: Kocham cały dorobek Tolkiena. Oczywiście nie jestem takim freakiem, jak Robin i Mikko, którzy potrafią każdy detal rozłożyć na czynniki pierwsze (śmiech). Jestem natomiast osobą, do której trafia piękno. U Tolkiena, czy ogólnie w literaturze fantasy, go nie brakuje. Nie brakuje go również w naszej muzyce, w jej wibracjach, w jej energii itp.
BK: Fantastyka jednak na Tolkienie się nie kończy. Myślę, że inspirowało was wielu innych autorów?
MW: Pewnie. Uwielbiam książki Brandona Mulla. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy zarzucają mu naiwność, przynajmniej w pewnym okresie jego twórczości. Mimo wszystko większość jego powieści postrzegam jako całkiem wciągające. „Secrets of the Dragon Sanctuary” to moja ulubiona pozycja z jego dorobku.
BK: Często podkreślacie, że wasza muzyka pasowałaby do soundtracku jakiegoś filmu fantasy. Słuchając „Forest of Forgetting”, trudno mi się z tym nie zgodzić.
MW: Szczerze mówiąc, kocham soundtracki, muzykę filmową itp. Słuchanie oraz tworzenie takiego grania jest jak malowanie obrazu. To, co tworzymy, to coś jak muzyka filmowa okraszona wokalem. To tak, jak mieszanie barw w celu uzyskania odpowiedniego koloru. Całe te orkiestracje i wokal Johanny tworzą dzieło skończone. Zatem porównanie naszej twórczości do muzyki rodem z hollywoodzkiego filmu jest jak najbardziej trafne.
BK: Skąd się wziął pomysł na interpretację „Tears of the Dragon” Bruce’a Dickinsona?
JK: To pomysł, który wyszedł od Mikko. Puścił nam kiedyś ten utwór i bardzo nas zachwycił. Wstyd się przyznać, ale nie znaliśmy go wcześniej (śmiech). Już po pierwszym odsłuchu stwierdziłam, że muszę to zaśpiewać. Bardzo lubię oryginalną wersję, jednak gdy ją usłyszałam, poczułam, że to jest numer w sam raz dla Eye of Melian. Jest to wbrew pozorom forma ekspresji bardzo podobna do naszej. W aranżacji Nikko idealnie się to komponuje z resztą albumu.

BK: Z kompozycji zawartych na albumie bardzo wyróżnia się „Elixir of Night”. Świetny wstęp i doskonałe trzyma słuchacza w napięciu.
MW: Powstała ona tak samo, jak wszystkie pozostałe numery na albumie. Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Mój proces twórczy wygląda tak, że po prostu zaczynam grać. Tak sobie gram, aż do momentu, jak te moje przypadkowe zlepki dźwięku zaczynają mieć ręce i nogi. Pozwalam tym dźwiękom płynąć we właściwym kierunku. W momencie, gdy zaczyna to bardziej przypominać konstrukcję, a nie zbiór przypadkowych dźwięków, oddaję pałeczkę Mikko i reszcie zespołu. Mikko tworzy takie partie orkiestrowe, jakich ja nigdy nie byłbym w stanie zrobić. Johanna z Robin następnie piszą teksty. Jak widzisz, każdy numer jest efektem współpracy zespołowej, a sam proces jest bardzo organiczny.
BK: Udział Troya Donockley’a w kilku utworach to zapewne sprawka Johanny, prawda?
JK: Z Troyem znamy się już kawał czasu. Był on gościem również na pierwszym albumie. Kiedy dowiedział się, że planujemy nagranie kolejnej płyty, od razu wyraził chęć swojego udziału. Na następnej pewnie też się pojawi. Jest to osoba, która nie jest członkiem zespołu, ale jest obecna w naszym uniwersum.
BK: „Forest of Forgetting”, podobnie zresztą jak wasz debiut, jest dostępny również w wersji dwupłytowej. Drugi krążek to instrumentalne wersje wszystkich zawartych numerów. Skąd taki pomysł?
MW: Muzyka filmowa, czy w ogóle muzyka orkiestrowa składa się naprawdę z wielu różnych warstw. Słuchanie tych numerów bez wokalu może być kompletnie innym, unikalnym doświadczeniem. Nie deprecjonuję tu oczywiście wokalu Johanny, ale słuchając naszej muzyki w wersji wokalnej, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie odnotujesz części detali, które są w niej ukryte, gdyż w dużej mierze skupiasz się na śpiewie oraz tekście. Słuchanie wersji instrumentalnych to już zupełnie inne doświadczenie. Wtedy możesz dostrzec, jak wiele pozornie niesłyszalnych rzeczy dzieje się w naszej muzyce.
Rozmawiał Bartek Kuczak