IKS

Chris Corner (IAMX) [Rozmowa]

Chris Corner jest dobrze znany polskiej publiczności. Z projektem IAMX występuje u nas bardzo regularnie, właściwie podczas każdej europejskiej trasy grupy. Jak można się domyślić – koncerty były jednym z tematów naszej rozmowy, ale poruszyliśmy też mniej oczywiste wątki, które dotyczyły choćby użycia sztucznej inteligencji w muzyce, islandzkich melodii ludowych czy syntezatorów modularnych. Na chwilę odeszliśmy też od sztuki, by omówić rolę zwierząt w naszym życiu i ich wyższość nad gatunkiem ludzkim. Punktem wspólnym całej dyskusji zdawała się trudność komunikacyjna i problemy związane z relacjami społecznymi, które Chris omawiał wprawdzie na swoim przykładzie, ale dotyczą one – jak sądzę – nas wszystkich.

IAMX już niebawem ponownie wystąpi w Polsce, tym razem na północy kraju – w gdańskim klubie Parlament (16 marca 2026). Organizatorem wydarzenia jest Winiary Bookings, którym pragnę podziękować za wsparcie w przeprowadzeniu tego wywiadu.

 

Adrian Pokrzywka: Cieszę się, że wreszcie udało nam się porozmawiać. Wiem, że w ubiegłym miesiącu byłeś zajęty kręceniem teledysku. Czy chodziło o klip do utworu „Artificial Innocence”, który ukazał się pod koniec lutego? Czy był to dla ciebie czasochłonny lub w jakiś inny sposób wymagający proces?

 

 

Chris Corner: Tak, tak i tak. To było bardzo czasochłonne i bardzo wymagające. Praca nad teledyskami sprawia mi taką samą radość jak tworzenie muzyki. Ale mam bardzo silne, hmm… nie mogę znaleźć dobrego słowa… jestem bardzo surowy wobec siebie, więc zabranie się do pracy, gdy nie mam pewności, że zrobię coś dobrego, jest zawsze trudne. Wiem, że zajmie mi to cały miesiąc i większość pracy wykonam sam, a przez cały ten czas będę się zastanawiał, czy dam radę to zrobić, albo jak sprawić, by było to interesujące, albo czy nie wyjdzie z tego gówno. To mnóstwo wątpliwości. Nie jestem też zbyt dobry w robieniu czegoś standardowego czy komercyjnego. Lubię rzeczy, które są trochę nienormalne i dziwne, ale nadal posiadają pewien poziom jakościowy. A to kosztuje dużo pracy, co sprawia, że wciąż zadaję sobie pytanie „dlaczego, kurwa, to robię?”. W przeszłości częściej współpracowałem z innymi ludźmi przy teledyskach, zlecałem większość prac, ale nigdy nie byłem w pełni zadowolony. Jestem trochę control freakiem, ale problemem u mnie jest też to, że nie tylko nie byłem zadowolony z innych, ale rzadko kiedy byłem z siebie. Więc moja praca może nigdy się nie kończyć, zawsze coś poprawiam. A gdy jestem już wystarczająco wyczerpany i mam już coś, co jest przyzwoite, co wreszcie mi się podoba – czuję ogromną ulgę. Ogólnie zwolniłem tempo pracy nad teledyskami, żeby nie wprowadzać się na kolejny poziom bólu i stresu.

 

 

AP: Myślę, że słowem, którego szukałeś, może być „perfekcjonista”…

 

 

ChC: Perfekcjonista, ale w wersji punkowej, bo nie lubię, kiedy rzeczy są zbyt miłe czy przystępne. Ale to dalej na swój sposób perfekcjonizm, którego za bardzo nie lubię, bo nie pomaga mi zbytnio w życiu.

 

 

AP: Domyślam się. Teledysk, o którym rozmawiamy, jest pełen mocnych ujęć, które dla bardziej wrażliwych widzów mogą być nieprzyjemne, a nawet odpychające. Podejrzewam, że twoim celem było nie tylko wizualne szokowanie, a sam obraz ma jakieś głębsze znaczenie. Czy możesz zdradzić chociaż trochę, co chciałbyś przekazać tym teledyskiem?

 

 

ChC: Cóż, myślę, że cały projekt IAMX jest zawieszony gdzieś pomiędzy pięknem a groteską. Czuję, że to autentyczność, że takie jest właśnie życie. Jako ludzie bardzo szybko potrafimy przechodzić od podziwu dla piękna natury, świata czy innej osoby do zniesmaczenia rzeczywistością. Widzę taką sprzeczność w społeczeństwie. Większość mojej twórczości, przynajmniej wizualnej, ma na celu pokazać hipokryzję w sposobie, w jaki postrzegamy świat. I przynajmniej trochę zmusić ludzi do zastanowienia się nad tym. Często tworzę coś, co wydaje się piękne, a później próbuję rozbić to na surowe elementy, popsuć to. Interesuje mnie podróż, która wychodzi od pewnego rodzaju czystości i ładu… Chyba lubię trochę prowokować, wywoływać emocje u ludzi zarówno muzyką, jak i teledyskami. Staram się też nie być zbyt dosłownym. Moimi narzędziami są moja twarz i mój głos. Chcę za ich pomocą motywować ludzi, aby przyjrzeli się sobie. I chcę zawsze w tych historiach wylądować w miejscu, które jest trochę brzydkie, bo jest prawdziwe. I paradoksalnie, moim zdaniem – to najpiękniejsza część tego wszystkiego. W „Artificial Innocence” nakładam tę breję na twarz i wybałuszam oczy… No cóż, wywoływanie nieco niekomfortowych reakcji jest dla mnie zdecydowanie interesujące.

 

 

 

 

AP: Pomówmy teraz o samym utworze. Jego tytuł z jednej strony, fonetycznie, kojarzy się ze sztuczną inteligencją, z drugiej – to sformułowanie pojawiło się w „The Ocean”, jednej z piosenek na twojej ostatniej płycie studyjnej – „Fault Lines²”. Czy ten nowy utwór jest powiązany z rzeczami, o których wspomniałem? Moje tropy są dobre?

 

 

ChC: Tak. Od jakiegoś czasu chodziło mi to po głowie. Ta fraza pojawiła się już, kiedy pisałem „The Ocean”. Myślałem o tym, jak nieustannie okłamujemy samych siebie, jakimi jesteśmy hipokrytami. Nie w negatywnym sensie, bo nie oceniam tego – chodziło mi bardziej o to, by zaakceptować nasze sprzeczności. Nie chcę tu wchodzić zbyt mocno na grunt osobisty, ale ma to źródło z moim związkiem z pewną osobą. Konkretnie z tym, jak wmawiamy sobie różne rzeczy, by chronić swoje ego i dumę. Mam wrażenie, że wszyscy zmagamy się z uczuciem ciągłego maskowania się i okłamywania samych siebie. Niektóre z tych zachowań są oczywiście bardzo produktywne i niezbędne, aby przetrwać w życiu i społeczeństwie. Problem pojawia się, kiedy jesteśmy z kimś bardzo blisko i wydaje nam się, że możemy komuś zaufać, widzimy siebie w tej osobie, a pomimo tego i tak nie możemy odrzucić tej hipokryzji. Myślenie o tym doprowadza mnie do paniki, tym bardziej, że przecież mamy tylko jedno życie, które niedługo się skończy. I to też ciągle mam na głowie, właściwie większość dni spędzam z myślą, że jutro mnie już nie będzie. Jest w tym pewne piękno, ale wywołuje też niepokój. Sprawia, że cenny jest dla mnie czas, ale też bardzo ważna staje się moja autentyczność. Właściwie cała moja ostatnia twórczość skupia się na tych tematach, od pierwszej części „Fault Lines” po „Artificial Innocence”. Ujawniam się tam jako w pełni ucieleśniona autentyczna osoba, z całą swoją surowością, nieprawidłowościami, ale też pięknem. I nie zależy mi tylko na sobie, chcę tego szukać i wywoływać to u innych. Myślę, że wiele moich utworów, a szczególnie ten nowy, próbuje wywołać autentyczność u innych osób.

 

 

AP: Wywołałem wcześniej sztuczną inteligencję, na której temat już się kilka razy wypowiadałeś. Zaciekawiła mnie jedna z twoich tez dotyczących tego, jak AI przeniknie jeszcze bardziej do muzyki, tworząc nawet odrębny gatunek. Wydaje mi się, że słuchacze jednak dalej będą wybierać muzykę tworzoną przez ludzi. Czy myślisz, że znajdą się odbiorcy, którzy świadomie będą wybierać treści tworzone przez sztuczną inteligencję?

 

 

ChC: Świadomie? To dobre pytanie. Bo nieświadomie – na pewno tak. Odbiorcy kultury masowej nie zagłębiają się zbytnio w proces tworzenia, ograniczając się do konsumpcji. Taka muzyka stanie się jak Walmart albo coś podobnego, będzie po prostu czymś, co się bezmyślnie odtwarza. I może to nie takie złe, aby wymazać pewną popkulturę, która jest już w pewnym sensie skonstruowana oraz nastawiona tylko na zysk – jest konsumpcyjna i kapitalistyczna. Może sztuczna inteligencja ją zastąpi, zobaczymy. Ale myślę, że dalej będzie wyraźna różnica – sztuka ludzka i sztuka AI. Słuchacze będą mogli wybierać ją zależnie od swojego nastroju, a nie dla zasady, jak robią teraz. Z drugiej strony, pamiętajmy, że AI też jest wytworem człowieka. I żeby muzyka tworzona przez AI miała jakąś duszę i głębię, to dalej musi być manipulowana naszymi rękami. Na razie AI potrafi wypełniać przestrzenie, które są i tak dość powtarzalne, jak choćby muzyka popowa. Osobiście będę zadowolony, jeśli sztuczna inteligencja wyprze np. Taylor Swift, której nigdy nie lubiłem. Mainstreamowa branża muzyczna jest taką dziwną kombinacją kapitału finansowego i serca, której nigdy nie ufałem. Zawsze byłem przeciwny komercjalizacji sztuki, robienia z niej towaru. Więc wydaje mi się, że w tym obszarze AI może być produktywna, ale nie wiem, czy to pozytywna wizja. Sam jeszcze nie korzystam z AI do tworzenia muzyki, bo znając mnie, musiałbym spędzić wiele czasu, by nauczyć się, jak używać jej jak prawdziwego narzędzia, a nie tylko czegoś, co będzie za mnie wykonywać całą pracę. Próbowałem tego przy teledysku, a i tak straciłem miesiąc, by uczynić efekt tej pracy naprawdę moim, naprawdę IAMX.

 

 

zdj. Kris Sulekova

 

 

AP: Chciałbym jeszcze dopytać o utwór „The Ocean”, o którym już rozmawialiśmy. Śpiewa na nim gościnnie Hafdís Huld, była wokalistka GusGus. Wiem, że to dla ciebie dość ważny utwór. Dlaczego to akurat Hafdís ci w nim towarzyszy? Jak doszło do tej współpracy?

 

 

ChC: To dziwna historia, bo sięga aż dwadzieścia lat wstecz. Mieszkałem wtedy w Londynie i miałem przyjaciela, utalentowanego producenta, który pracował w tym czasie właśnie z Hafdís. Podobały mu się moje teksty i jej głos, więc po prostu zapytał, czy nie chcemy się spotkać i stworzyć coś razem. Kiedyś zresztą częściej współpracowałem z innymi artystami, dziś już tego nie robię. No więc spotkaliśmy się na dzień czy dwa, by nagrać tę wersję islandzkiej melodii ludowej, która stanowi intro. I nie widzieliśmy się już nigdy więcej, a efekt tej sesji przeleżał na twardym dysku przez dwadzieścia lat. Pamiętałem o nim przez ten czas, ale za bardzo nie miałem go do czego użyć. Jak zacząłem pisać „The Ocean”, to odszukałem ten stary fragment i złożyłem to wszystko razem. Okazało się, że pasuje do siebie – czy to nie dziwne? Ponieważ nie znałem tej wokalistki, musiałem tylko ją odszukać i zapytać o zgodę na użycie jej wokalu. Niczego nie trzeba już było przy tym robić, to zwyczajnie już było na dysku, jak sample, coś z innej epoki. To było interesujące.

 

 

AP: To bardzo interesująca historia. Przejdźmy teraz do twojej twórczości, która jest jakby na drugim biegunie IAMX, bo jest niemal pozbawiona wokalu. Chodzi mi o twoje dwa bardziej eksperymentalne wydawnictwa, na których skupiasz się na syntezatorach modularnych, czyli „Unfall” i „Machinate”. Czy masz jeszcze w planach nagranie podobnych albumów? Skąd w ogóle potrzeba tworzenia takiej muzyki?

 

 

ChC: O, to bardzo dobre pytanie. Bardzo rzadko ludzie ze mną o tym rozmawiają, interesuje ich głównie klasyczny IAMX i mój wokal. A ja jestem przecież technologicznym nerdem i lubię przy tym dłubać [w tym momencie Chris wskazał za siebie na regały pełne kabli i sprzętu audio – przyp. AP]. Lubię tu majstrować i próbować łączyć to wszystko w dźwięki. Syntezatory modularne istnieją już od dawna, ale to ich nowoczesna forma stała się znacznie bardziej użytecznym narzędziem. Gdy się spopularyzowała, zapoznał mnie z nią cEvin Key – mój przyjaciel z zespołu Skinny Puppy. To on mnie w to wciągnął, a ja się wręcz zakochałem w tych nowych możliwościach. Zawsze interesowałem się abstrakcyjną elektroniczną muzyką instrumentalną, która jest repetytywna. Być może wynika to z mojego autyzmu. Lubię powtarzalne, kojące dźwięki, uczucie kontrolowanego zapętlania, które działa samodzielnie. Nie muszę się wtedy socjalizować i spędzam przy tym dużo czasu. To naprawdę idealny scenariusz, aby wykorzystać mózg. Gram też na bardziej klasycznych instrumentach, ale uważam, że ograniczają trochę świat, który można stworzyć za pomocą muzyki. Czuję, że muzyką elektroniczną można stworzyć coś filozoficznie większego niż cokolwiek innego, wydaje się nieograniczona. To mnie naprawdę kręci i jeżeli chcę poeksperymentować, to robię to w taki sposób. Piękno tych rzeczy polega na tym, że można je łączyć z komputerem i standardowymi narzędziami produkcyjnymi, które już są w zestawie. A sam komputer jest dość sztywny. Interfejs między nim a człowiekiem nie jest zbyt interesujący, gdyż jest przewidywalny. Żeby uzyskać coś oryginalnego trzeba się bardzo postarać. A syntezatory modularne przenoszą mnie w inne miejsce, tworzę nimi coś, czego się nie spodziewam. Mam wrażenie, że na mnie reagują, są też bardzo oldschoolowe pod względem fizyczności, stymulując w ten sposób moją kreatywność. Pozwalają mi też manipulować moim głosem i jakby zniknąć, zatracić się w muzyce. To naprawdę miła ucieczka, trochę jak wakacje od tego, co normalnie robię. Na pewno będę dalej tworzył muzykę podobną do albumów, o których wspomniałeś, bo to świetna zabawa.

 

 

AP: Cieszę się, bo podobają mi się te płyty. Wspomniałeś, że dziennikarze rzadko o nie pytają, ale domyślam się, o co pytają cię często. I ja nie będę tu wyjątkiem, bo chcę teraz przejść do twojego starego zespołu – Sneaker Pimps. Kilka lat temu grupa ogłosiła reaktywację i wydaliście nową płytę, choć wiem, że materiał, który się na niej znalazł był właściwie skomponowany już dużo wcześniej. Czy tylko po to wznowiliście działalność, by opublikować te stare utwory? Czy zespół jest w jakiś sposób aktywny? Można spodziewać się jakichś nowych piosenek?

 

 

ChC: Nie wiadomo. To trochę dziwny projekt. Oczywiście odniósł duży sukces na początku, a w zasadzie to całościowo można powiedzieć, że był sukcesem, ale problemem była tam zawsze konfiguracja personalna. Kombinacja ludzi stojących za projektem była dość burzliwa, trudno też było nam się zebrać, by cokolwiek zrobić. Ja i Liam [Howe, współzałożyciel grupy – przyp. AP] jesteśmy dziwakami. Właściwie pozostali muzycy, z którymi tam występowaliśmy, również. Mamy obecnie plan, by wydać ponownie stare rzeczy w postaci boxu, może dodając jakieś nowe rzeczy i remiksy. Więc pewne rzeczy jeszcze na pewno się wydarzą, ale proces zebrania się w jednym pomieszczeniu i wspólnego komponowania jest już bardziej odległy. Męczymy się, kiedy jesteśmy razem. Samo tworzenie jest tu najłatwiejszą częścią, a trudna jest kwestia towarzyska. Więc na razie nie wyobrażam sobie, jak miałoby to funkcjonować, choć z drugiej strony – na pewno nie mogę powiedzieć, że temat Sneaker Pimps jest zamknięty.

 

 

zdj. Kris Sulekova

 

 

AP: Rozumiem. Odejdźmy na chwilę od muzyki. Zainteresowało mnie to, że często widzę twoje zdjęcia w otoczeniu psów lub kotów. Z niektórych postów na twoich mediach społecznościowych wiem też, że bardzo lubisz zwierzęta. Czy zgodziłbyś się ze mną, gdybym powiedział, że są bardziej szlachetnymi stworzeniami od ludzi? Czy mógłbyś powiedzieć, dlaczego są tak ważne w twoim życiu?

 

 

ChC: To świetne pytanie. Cóż, z mojego punktu widzenia najtrudniejszą rzeczą w życiu są relacje z innymi ludźmi. Nawigowanie w tych więziach naprawdę nie jest dla mnie łatwe. Nawet jeśli mamy jak najlepsze intencje i nie chcemy się nawzajem krzywdzić, to dalej jest jak spacer po polu minowym. Kiedy nam się udaje w relacji, jest to coś niesamowitego. Kiedy się nie udaje – to ogromny stres. Moja miłość do zwierząt wzięła się z egoizmu. Gdy jestem tylko z nimi, nie muszę używać części mojego mózgu odpowiedzialnej za funkcje wykonawcze, które jakby projektują model umysłu innego człowieka. Przy zwierzętach nie muszę się cenzurować, ani zastanawiać, czy jestem dobry albo zły. Nie przejmuję się tym, czy mówię właściwe rzeczy, czy zachowuję się odpowiednio, czy drugi człowiek powinien albo nie powinien czegoś robić. Z ludźmi to się nigdy nie kończy. A zwierzęta mają w sobie pierwotną i naturalną czystość. Z tego powodu wyprowadziłem się z miasta – by spędzać jak najwięcej czasu na łonie natury. Daje mi to możliwość poczucia połączenia się z wszechświatem. Chciałbym mieć taką więź również z ludźmi, ale wydaje się to niemożliwe przez społeczną maskę, która zawsze staje nam na drodze. Zwierzęta jej nie mają i stąd bierze się ich szlachetność, lojalność, delikatność i czystość – atrybuty, których próżno szukać w społeczeństwie. Ale to nie oznacza, że skreślam całkiem ludzi, bo dalej będę próbował poprawić moje stosunki z nimi. Chcę tego i pracuję nad tym, ale wydaje się, że to wymaga wiele wysiłku, szczególnie dla mnie.

 

 

AP: Rozumiem to i całkowicie się z tobą zgadzam. Wróćmy jeszcze do muzyki, tym razem w wydaniu koncertowym. Rozmawiamy tuż przed twoją europejską trasą, która nosi tytuł dokładnie taki, jak singiel i teledysk, o którym wcześniej rozmawialiśmy, czyli „Artificial Innocence”. Zazwyczaj takie trasy promują jakiś album i nawiązują do jego nazwy, a w tym wypadku mamy tylko jeden utwór. Zastanawiam się więc, czego możemy się spodziewać po nadchodzących koncertach. Na czym oprzesz swoją setlistę? Czy fani mogą liczyć na jakiś materiał przedpremierowy?

 

 

ChC: No cóż, mam kilka niespodzianek, których nie mogę teraz zdradzić… Przed ogłoszeniem trasy zastanawialiśmy się, czy nie będzie to dalsza jej część z ubiegłego roku, która promowała „Fault Lines²”. Stwierdziłem jednak, że dla mnie jest to już koniec tej epoki, więc uznałem, że używanie tej nazwy nie byłoby w porządku. Wybrałem więc „Artificial Innocence”, bo jest to dla mnie bardzo ważny utwór pod względem tekstu i tego, co oznacza prywatnie w moim życiu. To trochę jak pamiętnik. Jeśli ruszę teraz w podróż i będę chciał na scenie poczuć, kim jestem w tej chwili, to musi być ten tytuł i ta nazwa trasy. Jeżeli chodzi o utwory, to może nie będą to koncerty jakoś drastycznie różne od innych dobrych występów IAMX. Można się spodziewać połączenia starych i nowych rzeczy, stworzenia spójnego show, które ma swoistą energię i pewien rodzaj seksualności oraz wiele innych emocji. Będzie świetny merch i świetne efekty wizualne. Produkcja, choć w skali indie, będzie rozbudowana, więc dla mnie jest to już teraz bardzo ekscytujące. Jestem w momencie mojego życia, kiedy czuję się na scenie jak ryba w wodzie, to dla mnie bardzo naturalne. A nie zawsze tak było i czasem koncerty były dla mnie stresujące. Teraz je uwielbiam, również dzięki ludziom, którzy zdają się w trakcie występu zrzucać swoje maski. Mogę ich widzieć w ich autentycznym stanie emocjonalnym, a to naprawdę piękne. Dlatego nie mogę się doczekać trasy, jestem już głodny koncertów.

 

 

AP: Pytałem wcześniej o koncertową setlistę też z innego powodu. Zauważyłem, że lubisz grać bardzo przekrojowe sety. Nigdy nie skupiasz się tylko na nowym albumie, wiele starszych płyt jest również reprezentowana przez pojedyncze utwory. Czy nadal lubisz swoje największe hity i nie nudzi ci się granie ich na żywo? A może zależy ci na fanach, którzy pewnie mają sporo ulubionych piosenek z twojego początkowego okresu twórczości?

 

 

ChC: Zależy mi na równowadze. W świecie niezależnej muzyki, w którym funkcjonuję, każdy obszar na świecie ma inne zapotrzebowania. Wiesz, to nie jest jak w przypadku Taylor Swift, która wydaje album i będzie go ogrywać na trasie, bo tak się przyjęło. W mojej bańce nie wszyscy dostają nowy album w jednakowym czasie, są miejsca, gdzie fani nie są na bieżąco. Wydaje mi się, że trzeba mieć taki ogólny i przekrojowy set, który zadowoli większość ludzi. Źle bym się z tym czuł, gdybym wydał właśnie nową płytę i stwierdził: „Hej, pieprzę was, będę grał tylko nowy album, a wy nie usłyszycie niczego z poprzednich”. Nie rozumiem takiego zachowania. Oczywiście chcę, by ludzie nawiązali kontakt z nową muzyką, ale przede wszystkim chcę, by pokochali to, co robimy, i dobrze się bawili. Jeżeli utwór sprzed piętnastu lat wywołuje w nich emocje, to ja chcę je zobaczyć. Tu nie chodzi o moją przyjemność czy dumę. Czasem nudzi mi się granie starych kawałków, ale z drugiej strony, kiedy gram je na scenie i widzę żywiołową reakcję publiczności – to w zasadzie wszystko, czego mi trzeba. Nie myślę o tym, że nudzi mnie śpiewanie określonej linijki. Zresztą, muzyka IAMX ma to do siebie, że zawsze mogę coś zmienić podczas występu, jeśli chodzi o mój głos. Mogę starać się go ulepszać i poprawiać za każdym razem. Jeżeli gorzej zaśpiewam jakieś słowo jednego wieczoru, drugiego będę za wszelką cenę starał się je poprawić – staje się to wręcz dla mnie rodzajem wyzwania. Właściwie dzięki temu zrozumiałem muzyków klasycznych, którzy mogą grać to samo przez pięćdziesiąt lat, nadal nie osiągając perfekcji, ale dalej to kochają. Ja oczywiście zadaję sobie czasem pytania: „Czy mi się to już znudziło? A jeżeli ja jestem znudzony, to może oni też się nudzą?” Ale na szczęście się nie nudzą. A mi ciężko jest to przewidzieć, szczególnie będąc osobą autystyczną. Kiedyś myślałem, że wiem, co ludzie o mnie myślą, ale wreszcie zorientowałem się, że nie mam zielonego pojęcia. I pogodziłem się z tym – po prostu tam jestem. Gram i mam nadzieję, że im się podoba. A później odchodzę i to wszystko.

 

 

zdj. Kris Sulekova

 

 

AP: Mnóstwo koncertów – prawie trzydzieści – zagrałeś w Polsce. Jeden z nich wydałeś nawet na albumie koncertowym. Czy nasz kraj jest dla ciebie jakoś szczególnie ważny, czy po prostu mamy takich sprawnych organizatorów, którzy często cię do nas sprowadzają?

 

 

ChC: (śmiech) Myślę, że jedno i drugie. Jestem emocjonalnie związany z Polską i ogólnie z Europą Wschodnią. Zawsze miałem tam wspaniałe doświadczenia, czułem dobrą energię, emocje i entuzjazm dla mojej muzyki. Za każdym razem, gdy gram u was, czuję, jakbym wracał do domu, był akceptowany i kochany w sposób, który zawsze wydawał mi się bardzo szczery. Mam też wrażenie, że moje teksty są w Polsce rozumiane i ich znaczenie jest ważne dla fanów. Drugi wątek, o którym wspomniałeś, też jest ważny – organizacja koncertów stała zawsze na wysokim, profesjonalnym poziomie. Zdarzało mi się też odwiedzać Polskę samochodem, w czasach, gdy mieszkałem w Berlinie. Coś mnie tam ciągnęło, nie wiem, może mrok, może pogoda…

 

 

AP: Mam jeszcze jedno pytanie. Na początku kwietnia kończysz trasę koncertową po Europie. Co dalej, jakie masz plany na resztę roku?

 

 

ChC: To będzie rok pełen zmian. Chcę wejść w kolejną fazę twórczą, ale jest to teraz trochę trudne dla mnie. Czeka mnie przeprowadzka i inne sprawy, które mogą przeszkadzać mi w zaangażowaniu się w coś twórczego. Chciałbym zacząć pracę nad kolejną płytą. Nie jestem tylko pewien, czy uda mi się to do końca roku. Ale są też inne rzeczy – w Niemczech czeka mnie kilka fajnych wydarzeń, będę więc krążył między Ameryką a Europą. W Stanach zorganizuję prawdopodobnie tylko prywatne wydarzenia. Robimy tu czasem koncerty dla kilkudziesięciu osób w przerobionej na tę potrzebę stodole, a pod koniec wakacji planujemy też coś wydać. Może przerobię też trochę starego materiału i dołożę jakieś kompozycje zrobione na syntezatorach modularnych, żeby uzupełnić nimi ten materiał. No cóż, zawsze jest coś do zrobienia, mam dużo pomysłów, ale zobaczymy, na co wystarczy mi czasu. Na pewno będę dużo grał na żywo. Poza tym, że to uwielbiam, daje mi wsparcie finansowe, którego potrzebuję. Chciałbym też w przyszłości stworzyć w miejscu, w którym obecnie mieszkam, przestrzeń społeczną, w której mogliby mieszkać i pracować artyści. W planach jest też schronisko dla zwierząt. Jak widzisz, pomysłów jest dużo, mam co robić.

 

 

AP: No cóż, zaciekawiłeś mnie tymi planami, na pewno będę śledził, jak ci idzie. Bardzo dziękuję ci za rozmowę i za te wszystkie wyczerpujące odpowiedzi. Życzę ci udanych koncertów. Do zobaczenia.

 

 

ChC: To dla mnie przyjemność. Dziękuję ci, przyjacielu. Do zobaczenia.

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020