Katie Stelmanis, znana lepiej jako Austra, nie jest nowicjuszką na alternatywnej electropopowej scenie, choć parę osób śledzących tę niszę może jej jeszcze nie kojarzyć. Nieaktywna przez kilka lat, wydaje się dopiero teraz łapać wiatr w żagle po pandemii i osobistych problemach, ruszając w pierwszą od dziewięciu lat trasę koncertową. Poprzedzoną, jak przystało na nowe otwarcie, studyjnym albumem wydanym w listopadzie 2025 roku. I choć minę na jego okładce ma, delikatnie mówiąc, niezbyt wesołą, w rozmowie ze mną sprawiała wrażenie, że czuje się już dużo lepiej. Opowiedziała mi o dość skrajnych uczuciach związanych z nagrywaniem i wydawaniem tej płyty, ale również o tych jednoznacznie pozytywnych związanych z koncertowaniem, również tym w naszym kraju.
Już niedługo wróci zresztą do nas na jedyny polski koncert, który odbędzie się 13 marca 2026 roku w warszawskim klubie Hydrozagadka. Organizatorem koncertu jest Fource.pl.
Adrian Pokrzywka: Rozmawiamy dosłownie parę miesięcy po wydaniu twojego nowego albumu „Chin Up Buttercup”. Od poprzedniego – „HiRUDiN”, minęło aż pięć lat. Co zajęło ci najwięcej czasu podczas przygotowywania ostatniej płyty? Pisanie, nagrywanie? A może po prostu odpoczywałaś w tym okresie?
Katie Stelmanis: Szczerze mówiąc, nie rozumiem nawet, co robiłam przez pierwsze kilka lat pandemii. To był dość dziwny czas, który całkiem zakłócił cykl wydawniczy. Jestem przyzwyczajona do wydawania płyty, a później jechania z nią w trasę koncertową. A wtedy z oczywistych powodów nie mogłam tego zrobić, a nie byłam gotowa na nagranie kolejnego albumu, przez co wpadłam w jakiś stan zawieszenia. W tej fazie przejściowej nie wiedziałam za bardzo, co ze sobą zrobić. Skończyło się na tym, że pisałam dość dużo, ale samych tekstów – bez muzyki. Dodatkowo, zaproszono mnie w tym czasie do udziału w kilku projektach związanych z tworzeniem muzyki do filmów. Które swoją drogą pomogły mi wrócić do aktywności twórczej, odnaleźć się na nowo po tej przerwie. To były ważne dla mnie projekty, jednocześnie inspirujące i ekscytujące.
AP: Właśnie miałem o to zapytać. Pod koniec 2023 roku wydałaś soundtrack do filmu „Swan Song”. O ile się orientuję, nie byłaś wcześniej specjalistką od muzyki filmowej. Jak w ogóle do tego doszło, że zostałaś zaangażowana w ten projekt?
KS: Moi przyjaciele mnie zaprosili. Mówiłam im, że nigdy wcześniej nie brałam udziału w pisaniu muzyki do filmu. Ale wiedzieli o tym i podjęli to ryzyko. I okazało się, że było to dla mnie coś naturalnego. Myślę, że pisanie melodii, które mają wspierać określone emocje, przychodzi mi dość łatwo. Trudniejsza była strona techniczna i tempo, w jakim trzeba było tworzyć partie do poszczególnych segmentów. Nigdy wcześniej nie miałam żadnych deadline’ów przy pisaniu muzyki. I nie byłam też wcześniej odpowiedzialna za cały proces nagrywania, łącznie z miksowaniem i masteringiem. Traktowałam to trochę jak przyspieszony obóz szkoleniowy dla producentów muzycznych (śmiech). To było niesamowite doświadczenie.
AP: Słuchałem tej płyty na Bandcampie i zauważyłem, że jest tam podpisana twoim pseudonimem artystycznym i prawdziwym nazwiskiem jednocześnie. Spotkałem się już wcześniej z artystami, którzy na potrzeby soundtracków podpisywali je dla odmiany swoim nazwiskiem z dowodu, ale pierwszy raz widzę, że ktoś używa jednocześnie również dotychczasowego pseudonimu. Album został napisany przez jakieś twoje dwie wersje? Przez Katie i Austrę?
KS: (śmiech) Rozczaruję cię. To tylko z uwagi na rozpoznawalność mojego pseudonimu. Żeby ludzie mogli to łatwiej znaleźć w Internecie. Powód jest pragmatyczny, przykro mi, nie ma tu żadnej tajemnicy.
AP: Ale kilka twoich wersji pojawia się już w teledysku do „Siren Song” z nowego albumu. Wcielasz się tam chyba w trzy różne postacie, o ile dobrze policzyłem. Skąd ten pomysł?
KS: Większość klipów z nowej płyty jest zainspirowana teatrem. Choćby pierwszy utwór, do którego nakręciliśmy teledysk – „Math Equation”, który dosłownie jest sztuką teatralną. W „Siren Song” chciałam uchwycić chaotyczny aspekt samego utworu. Uznałam, że najfajniejszym sposobem, by to podkreślić, będzie przebranie się za te wszystkie postacie i zrobienie z tego kompilacji. To była dobra zabawa.
AP: Pomyślałem też, że postać tytułowej syreny jest związana z esejem „The Gender of Sound” autorstwa Anne Carson, o którym wspominałaś w jednym z wywiadów. Anne pisze w nim o tym, jak negatywnie odbierane są żeńskie wokale już od zarania dziejów (syreny są tu przykładem) i o tym, że w pewnym sensie do tej pory są mniej popularne niż głosy męskie. Przyznam, że była to dla mnie zaskakująca teza, gdyż sam jestem fanem wielu wokalistek. I nie wiedziałem, że większość społeczeństwa już niekoniecznie…
KS: Tak, to ciekawy temat. Na sam esej trafiłam już po nagraniu płyty, zainteresował mnie jego konspekt. Nie wiedziałam, że będzie skupiał się na pogardzie, jaką ludzie darzą kobiece głosy. I że takie podejście dominowało w całej naszej historii. Nawet sama koncepcja syreny to zawodząca kobieta, która wabi żeglarzy na śmierć. Niedawno obejrzałam też dokument o Lilith Fair – festiwalu, który zainicjowała Sarah McLachlan pod koniec lat 90. Powodem jego powstania była dyskryminacja wobec artystek. Kobiety, nawet tak popularne jak Sarah, nie były umieszczane w programach dużych festiwali w tych czasach. Limitem była w zasadzie jedna artystka. W radiu było podobnie – nie można było usłyszeć dwóch wokalistek pod rząd w jednej audycji. Średnio pojawiała się jedna piosenka śpiewana przez kobietę w ciągu godziny. Panowało przekonanie, że wokalistki nie są zbyt atrakcyjne sprzedażowo i ogólnie marketingowo. Myślę, że to interesujące i zaskakujące, bo ja też uwielbiam głosy kobiet i słucham głównie ich muzyki. W zasadzie, to mam już dość tych wszystkich męskich wokalistów indierockowych.
AP: Tak, ale myślałem trochę o tym i uważam, że sytuacja się w ostatnich latach poprawiła. Kiedy teraz spojrzymy na lineupy wielkich festiwali, widzimy tam mnóstwo kobiet. Nie wydaje ci się, że te proporcje zaczęły się wyrównywać?
KS: Może trochę. Przez kilka lat sytuacja wyglądała lepiej, ale nadal na większości festiwali kobiety stanowią mniej niż dziesięć procent wykonawców. Największa nierówność występuje za kulisami. Spójrzmy na producentów muzycznych. Być może jakiś jeden albo dwa procent to kobiety – prawie wszystkie albumy produkowane są przez mężczyzn. Jest cała masa stanowisk za kulisami, która jest bardzo ważna w muzyce, ma na nią ogromny wpływ. Nawet gdy spojrzymy na kierownictwa wytwórni płytowych, działy A&R, osoby podpisujące kontrakty z zespołami, zarządzających Live Nation czy organizatorów tych wszystkich festiwali – to prawie wszyscy są mężczyznami. I tak naprawdę to oni decydują, jaki w zasadzie mamy mieć gust. A mogą przecież nie mieć gustu odpowiadającego ogółowi społeczeństwa. I myślę, że wyzwanie tkwi w zmianach na tych stanowiskach.
AP: Pomówmy jeszcze o twoim nowym albumie. Gdy przeglądałem materiały promocyjne i czytałem jakieś jego recenzje, często przewijała się w nich opinia, ze „Chin Up Buttercup” jest twoją najbardziej przystępną płytą. Przyznam, że nie zgadzam się z tym. Poznałem twoją twórczość na wysokości „Future Politics” z 2017 roku i to właśnie ten album uważam za taki o najniższym progu wejścia w twojej dyskografii – jest chyba najbardziej przebojowy i piosenkowy. A twoja ostatnia płyta jest dość złożona, przewijają się tam utwory o odmiennym charakterze i niekoniecznie oczywistych aranżacjach. A co ty o tym sądzisz? Czy „Chin Up Buttercup” faktycznie jest taki przyjazny dla słuchaczy?
KS: No cóż, zdecydowanie nie nazwałabym go wydawnictwem „radiowym”. Te utwory nie nadają się do jakichś składanek na Spotify i wydaje mi się to oczywiste. Ale cały album powstał bardzo świadomie. Wprawdzie tekstowo jest to płyta o dramatycznym rozstaniu, ale poza tym stworzyłam coś, co ma dobrze sprawdzić się na koncertach. Szczególnie myślę tu o takich utworach, jak „Fallen Cloud”, „The Hopefulness of Dawn” czy utwór tytułowy. Jestem teraz w trasie już od tygodnia [wywiad odbył się w połowie stycznia – przyp. AP] i mogę z przyjemnością potwierdzić, że to działa – naprawdę dobrze się je gra na scenie. Bardzo mnie to cieszy.

AP: Wspomniałem wcześniej o różnorodności utworów na nowej płycie i teraz może to doprecyzuję na dwóch przykładach. Ogólnie słyszę na albumie wiele różnych wpływów. Twój wokal w refrenie pierwszego utworu, „Amnesia”, przypomina mi eteryczną atmosferę Cocteau Twins, a kiedy pojawia się sekcja rytmiczna w kolejnej piosence, „Math Equation”, do głowy przychodzi mi od razu Kylie Minogue – to dość odległe od siebie skojarzenia. Zastanawiam się, którzy artyści cię zainspirowali. Czy sama odkryłaś jakieś nietypowe wpływy po kolejnych odsłuchach swojej płyty?
KS: Myślę, że mam na niej szerokie spektrum wpływów. Uwielbiam artystów, o których wspomniałeś, jak i Madonnę czy opery Pucciniego. Bardzo lubię dobrą sekcję rytmiczną i piękne niosące się melodie. Choć na przykład „Math Equation” nie ma w sobie jakichś wielkich melodii – skupia się nie tyle na wokalu, co na tekście i energii – to nietypowy utwór Austry. Ale dlatego go uwielbiam, bo dodaje różnorodności do mojego repertuaru, również koncertowego. Większość piosenek jest zorientowana na mój wokal i jego melodię, a gdy zaczynamy grać na żywo „Math Equation”, pojawia się naprawdę konkretny groove – uwielbiam to.
AP: Teksty na nowym albumie poruszają temat twojego rozstania z partnerką, więc w naturalny sposób są trudne i smutne. A w przedostatnim utworze, „The Hopefulness of Dawn”, który muzycznie jest pełen electropopowej, eurodance’owej energii, w warstwie lirycznej pojawia się dość wyraźnie światło nadziei. Czy album miał być dla ciebie formą rozprawienia się z osobistymi problemami?
KS: Ten album był dla mnie w jakiś sposób koniecznością, ale nie w sensie terapii, a raczej potrzebie wyzwolenia nagromadzonej przez kilka lat energii. Musiałam się z tego wyzwolić. Na przykład utwór, o którym wspomniałeś – „Blindsided”, napisałam w ciągu pierwszych kilku tygodni po tym, jak zostałam porzucona w 2020 roku. A później, przez kolejne trzy lata, dopracowywałam w tym utworze brzmienie bębna basowego, bo tyle trwał proces nagrywania całej płyty – wszystkich piosenek. Więc słuchałam w kółko tego kawałka i przeżywałam ponownie te traumatyczne chwile. Wiedziałam, że to nie jest dla mnie zdrowe i wcale mi nie pomaga, ale musiałam to zrobić. Napisałam tę piosenkę i czułam potrzebę, żeby ją dokończyć i wydać. A „The Hopefulness of Dawn”, o który właśnie pytasz, był jednym z ostatnich utworów, który napisałam na tę płytę. A to był już okres, kiedy zaczęłam myśleć też o tym, jak te kawałki będą brzmiały na żywo. Chciałam więc stworzyć piosenkę, która miałaby ten poziom euforii, jak muzyka, której dużo słuchałam w czasie pandemii, czyli eurodance’u. Traktowałam go jako antidotum na przygnębiającą izolację spowodowaną lockdownem. Słuchałam wtedy na pełnej głośności wiele tandetnych eurodance’owych hitów i chciałam uchwycić ich ekstazę w chociaż jednym utworze na nowej płycie. Dlatego napisaliśmy „The Hopefulness of Dawn”, a gdy gramy go teraz na żywo, łapiemy tę euforyczną energię ponownie. Bardzo się cieszę, że możemy to przekazywać publiczności.
AP: Wyobrażam sobie, że to musi być jedna z twoich najlepszych piosenek grana obecnie na żywo, zupełnie się nie dziwię, że pojawia się na koncertach. A skoro o nich mowa… Wspomniałaś wcześniej, że przy tworzeniu albumów ważny jest dla ciebie pełen cykl, a więc pisanie, nagrywanie, wydawanie oraz następująca po tym wszystkim trasa. Dlaczego to jest tak istotne, by ogrywać później ten materiał na koncertach?
KS: Cóż, często zastanawiam się, jak ważne są dla mnie trasy koncertowe. Ale kiedy nie brałam w nich udziału, naprawdę brakowało mi kontaktu z ludźmi na całym świecie, którzy słuchają mojej muzyki. Ciężko jest wydać płytę i po prostu wrzucić ją w eter, nie mając pojęcia, co się z nią stanie, nie wiedząc, jak ludzie na nią reagują. Wiesz, możesz zobaczyć jej recenzje, sprawdzić liczby i statystyki, ale nie rozmawiam wtedy z odbiorcami, nie wchodzę w żadne interakcje. A choćby teraz, gdy jestem w trasie od tygodnia, ludzie przy stole z merchem dzielą się ze mną swoimi opiniami i to jest bardzo ważne, potrzebuję tego. Chcę wiedzieć, jak fani odbierają te piosenki i jak na nie reagują. To cenne informacje, których brakowało mi po wydaniu poprzedniej płyty. Więc tak, mimo że trasy koncertowe są trudne, uważam, że są dla mnie naprawdę ważną częścią całego procesu tworzenia muzyki.

AP: Jeśli chodzi o odbiór twojej muzyki na świecie, to muszę zapytać o jedną rzecz. Wiesz, prowadzimy rozmowę, która ukaże się w polskim portalu, więc chciałbym zapytać o twoje wrażenia dotyczące naszego kraju. Nie drążyłbym tego, gdybyś grała u nas rzadko, ale masz już za sobą kilka wizyt, przynajmniej sześć, o ile dobrze policzyłem. Czy masz jakieś konkretne wspomnienia związane z nimi?
KS: Dobrze wspominam koncerty w Polsce, szczególnie te, które grałam w Warszawie, ale też te w Poznaniu czy w Krakowie. Może nie mam jakichś konkretnych wspomnień, ale lubię jeździć do Warszawy, którą uważam za piękne miasto [sic! – przyp. AP]. Publiczność też zawsze jest tam świetna, bardzo zaangażowana i sprawiająca, że czujemy się mile widziani. I cóż, nie będę kłamać (śmiech), że akurat mam bardzo wyraźne wspomnienia związane z jedzeniem – nie mogę się doczekać, aż znów zjem pierogi. Podoba mi się też to, że grałam w wielu innych miejscach wschodniej Europy, jak Moskwa czy Węgry, gdzie jest teraz ten okropny prawicowy rząd, ale to nie odzwierciedla tego, jacy ludzie przychodzą na moje koncerty. Widzisz czasem w mediach, jak niektóre państwa są negatywnie przedstawiane jako ogół, ale możesz przyjść w tym kraju na koncert Austry, gdzie wszyscy są queerowi. I ludzie w tych miejscach są nawet jeszcze bardziej głodni takich doświadczeń, jakie zapewniamy, a które nie mają nic wspólnego z ich gównianym rządem.
AP: Ok, ostatnie pytanie. Jak już wspomniałaś, skupiasz się teraz na koncertach i na swoim ostatnim albumie. A co dalej? Masz już jakieś pomysły na nowe piosenki albo chociaż styl, w jakim będą utrzymane?
KS: Nie, w ogóle się nad tym nie zastanawiam. Jestem teraz w fazie, w której nawet nie wyobrażam sobie nagrywania kolejnej płyty. Zawsze gdy wydaję album, czuję się wypalona i mam już dosyć nagrywania. Myślę sobie, że to już koniec i nie mam nic więcej do zaoferowania światu. Ale po jakimś czasie się to zmienia. Na razie jednak postaram się przetrwać kolejne trzy miesiące trasy koncertowej. A potem zobaczymy, co będzie dalej.
AP: Mam nadzieję, że dasz radę. Dziękuję ci za rozmowę, trzymaj się i do zobaczenia.
KS: Również ci dziękuję, pa, pa.
Rozmawiał Adrian Pokrzywka
