Z Anną Lotterud, tworzącą solowy projekt Anna of the North, spotkałem się tuż przed koncertem w klubie Niebo. Anna przyjechała do Polski z trasą promującą jej najnowszy album „Girl in a Bottle”, niezwykle klimatyczny, bardzo intymny krążek opowiadający o miłości w prosty, ale niezwykle obrazowy sposób. Artystka opowiedziała mi o swoim podejściu do muzyki, o tym jak pisze, oraz o tym, co jest dla niej naprawdę ważne.
Kuba Ryszkiewicz: Spotykamy się po wydaniu twojego nowego albumu zatytułowanego „Girl in a Bottle”. To bardzo interesujący tytuł, który od razu sprawia, że oczami duszy widzę obrazy. Możesz mi powiedzieć więcej o jego genezie?
Anna Loterud: Uważam, że jest on interesujący ze względu na swoją estetykę. To coś więcej niż sam tytuł. Nie wiem, czy wiesz, co mam na myśli. Chodzi mi o to, że to wizja bycia zamkniętym w butelce, ale też jakby bycia uwięzionym pomiędzy. Czuję się tak od czasu COVID-u. Mam wrażenie, że świat bardzo się zmienił.
KR: Zdecydowanie.
AL: Mam wrażenie, że za nim nie nadążam.

KR: Czyli nie chodzi o to, że jesteś jak rozbitek na samotnej wyspie, zamykający siebie w butelce?
AL: To też ciekawa wizja.
KR: Albo jak statek w butelce ustawiony na biurku?
AL: Metaforycznie to może być to. Bo tak się czujesz, odcięty od wszystkiego innego. I przez to, że oglądasz wszystko przez szkło, nic zbyt dobrze nie widać, bo obraz jest zniekształcony.
KR: Zniekształcony przez szkło…
AL: Tyle, że jest rok 2026, więc raczej przez plastik.
KR: No niestety… Powiedziałaś, że świat bardzo się zmienił w ostatnich latach. Możesz to rozwinąć?
AL: Wszystko się bardzo zmieniło. Na przykład dla mnie. Byłam w trasie, kiedy uderzył COVID. Zagraliśmy ostatni koncert w okolicach końca marca. Tuż przed tym, jak się wszystko zaczęło. Wszystko wydawało się iść świetnie, mieliśmy dobrą passę i nagle pandemia. A potem TikTok. To strasznie zmieniło sposób, w jaki funkcjonuje muzyka.
KR: To w jaki sposób funkcjonujesz jako artystka?
AL: Tak, w stu procentach. Także to, w jaki sposób przemysł muzyczny współpracuje z artystami. Jak chce, by oni się zachowywali. To, w jaki sposób jest publikowana muzyka. Oni mają bardzo konkretne oczekiwania, w jaki ma działać promocja. Wszystko się zmieniło, a ty musisz połapać się w locie, przystosować. Musisz być na TikToku, nie ma od tego ucieczki. I nagle jesteś w połowie marketingowcem, a w połowie artystą.

KR: To chyba nie tak bardzo źle?
AL: Właśnie bardzo źle. Nie powinieneś w ogóle zajmować się marketingiem. Muzyka powinna wystarczyć.
KR: Masz rację.
AL: Chcę czuć, że jestem muzykiem. A nie marketingowcem.
KR: Zajmować się muzyką, nie promocją?
AL: Byciem na TikToku.
KR: Nie jesteś fanką TikToka?
AL: Zaczynam się przyzwyczajać. Jest już trochę lepiej. Uczę się nowej formy komunikacji. Wcześniej wystarczyło opublikować zdjęcie i napisać „Hej, jestem w studio…”, a teraz trzeba coś nakręcić. Filmiki, rolki. Musisz wymyślać cuda. Cały czas coś nowego. Za dużo czasu trzeba spędzać na myśleniu o tym, jak zakomunikować, że mam nową piosenkę.
KR: A to nie sprawia, że masz bliższy kontakt z fanami? Bo ten dystans się skrócił, prawda?
AL: No tak, pewnie masz rację. Są też pozytywy. Ale to, co mi się nie podoba, to to, że każdy teraz jest produktem. I to nie tylko artyści, ale każdy człowiek. Każdy musi sprzedawać to, kim jest i wymyślać cały czas, jak robić to najefektywniej. Brakuje mi tych dni, kiedy kupowaliśmy album, bo może podobała nam się jedna piosenka albo okładka. A potem faktycznie poświęcaliśmy swój czas, żeby dokładnie przesłuchać tę płytę. Raz za razem. I po czasie zaczynały podobać nam się piosenki, które z początku nawet nie miały się na niej pojawić. Teraz mam wrażenie, że wszystko dyktuje nam marketing. Do tego jesteśmy strasznie przebodźcowani. Informacje bombardują nas z każdej strony, a my tylko szukamy kolejnego zastrzyku dopaminy. Więc słuchamy trzech sekund piosenki i jak od razu nas nie uderza, to idziemy dalej. Nie poświęcamy naszego czasu i uwagi na to, by usłyszeć, co artysta właściwie chce nam powiedzieć. Czemu muzyka brzmi tak, a nie inaczej. Czemu pojawiają się syntezatory albo gitara, co znaczą słowa…
KR: Wiesz co, mam takie dziwne wspomnienie. Kiedy miałem około 20 lat, pracowałem w budynku obok. To była marna praca, jedna z pierwszych jakie miałem. I mogłem sobie każdego miesiąca pozwolić na kupno jednej płyty. Więc chodziłem tu niedaleko do takiego małego sklepu muzycznego i przesłuchiwałem sobie albumy, żeby wybrać, co sobie kupię. Bo potem przez miesiąc musiałem słuchać tej konkretnej płyty. Ale szczerze powiem, że bardzo mi brakuje tych czasów. Bo teraz pojawia się kawałek, słuchasz go kilka razy i idziesz dalej.
AL: Dokładnie. Brakuje mi tego, że trzeba było się trochę przystosować do muzyki. Nauczyć się ją kochać.
KR: No tak, kupowało się album, bo były na nim hity. Ale potem człowiek odkrywał resztę.
AL: Teraz jest nam za dobrze. Piosenka staje się wiralowa. Algorytm podpowiada nam kolejne, podobne. Już nie idziemy za artystą, tylko podążamy za algorytmem. Mam wrażenie, że trochę przez to nasza relacja z muzyką staje się płytsza.
KR: Skoro mowa o relacjach. Słuchając pierwszej piosenki z twojego nowego albumu, „Since You”, piszesz o tym, że jest tak wiele piosenek, które mogłabyś napisać, tak wiele słów, które mogłabyś powiedzieć, ale nie mówisz. W innej śpiewasz, że czujesz dotyk pleców drugiej osoby za sobą, i że dźwięk oddechu drugiej osoby daje ci poczucie spokoju. Te słowa są bardzo osobiste, właśnie o znajdowaniu spokoju w takich zwykłych, codziennych relacjach. Możesz mi powiedzieć więcej o pisaniu tych tekstów?
AL: One od początku wydawały mi się właściwe. W wielu sytuacjach czujemy, że tak wiele chcielibyśmy powiedzieć, ale potem milczymy. Czasem bywa ciężko, potrzebujemy to wyrzucić z siebie, porozmawiać, ale nie możemy znaleźć właściwych słów. Mam wrażenie, że słowa wyrażają to, co wyrażają, ale jednoczenie mówią także wiele o samej sytuacji, w której jesteśmy. A czasem brakuje słów. I ten brak słów wyjaśnia wszystko lepiej niż to, co moglibyśmy powiedzieć. Uwielbiam tę piosenkę i bardzo chciałam, żeby była singlem do tego albumu, ale moja wytwórnia nie chciała, woleli inne piosenki. I miałam to zmienić podczas weekendu, ale było już za późno.
KR: No i całe szczęście.
AL: Tak, dokładnie.
KR: Wspomniałaś w jednym z wywiadów, że przy pracy nad którymś z albumów miałaś wokół siebie bardzo wielu producentów i każdy z nich coś tam od siebie dorzucał, wpływał na to, jak ostatecznie album wyglądał. I powiedziałaś, że chciałabyś mieć większy wpływ na to, jak twoja muzyka wygląda. Udało się?
AL: Do tej pory uważam, że muzyka nie do końca jest jak język, którym posługujemy się do komunikacji. Nie da się jej wypowiedzieć. Ją się czuje. Możesz wiedzieć jak czytać nuty, znać akordy, ale nie da się wejść do studia i po prostu powiedzieć, że chcę, by to wyrażało to czy tamto. Nie umiem przekazać, co chcę bezpośrednio drugiej osobie. Więc trzeba próbować się zrozumieć. Ja interpretuję i wyrażam mój świat w określony sposób. I nawet ty i ja, jak tu siedzimy i sobie gadamy – ja coś powiem, ty coś powiesz. Dla obojga z nas angielski nie jest ojczystym językiem. I coś powiem, co w mojej głowie wydaje się sensowne, ale nie umiem tego przekazać tak, abyś ty odczytał to, co chciałam powiedzieć. Więc może ty odbierzesz to zupełnie inaczej. I wydaje mi się, że z muzyką jest podobnie. Mogę próbować ile sił, że chcę opowiedzieć o tym uczuciu, takim dźwiękiem, żeby był na przykład ciepły.
KR: Żeby muzyka była tym uniwersalnym językiem?
AL: I tak, i nie. Na przykład ostatnio byłam w studiu, napisałam „Waiting for Love”. Oglądałam jakiś serial i jakaś scena zrobiła na mnie duże wrażenie, no wiesz, muzyka, klimat. Opowiedziałam o tym mojemu producentowi, że chciałabym dokładnie oddać takie uczucie. I koniec końców udało się, wyszło całkiem dobrze. Więc można powiedzieć, że kiedy piosenka jest już skończona, to zdecydowanie jest w stanie nas połączyć. Wiesz, mogę śpiewać po norwesku podczas moich koncertów, i wiele osób podchodzi i mówi, że choć nie rozumieją słów, dokładnie czują, co chcę powiedzieć.
KR: Tak, słuchałem twojego albumu po norwesku i potem przeczytałem tłumaczenie jednej z linijek z którejś z piosenek, że nie wszyscy mogą mieszkać w Hollywood, że niektórzy muszą mieszkać też w Oslo. I tak sobie słuchałem tego albumu, i choć nie rozumiałem ani słowa, to była to tak osobista, intymna muzyka, że mam wrażenie, że zrozumiałem wiele.
AL: To było ciekawe doświadczenie, pisać po norwesku. Tak, jakby zmienił się cały charakter dźwięku i nagle stałam się piosenkarką folkową, cała muzyka stała się bardziej akustyczna, z surową akustyczną gitarą.

KR: Wracając do albumu. Opowiedziałaś trochę o jego pisaniu. Co się dzieje, kiedy jest już napisany? Jaki jest cykl życia płyty?
AL: Koncerty, promocja. Praca nad albumem może zająć wieki. Wchodzisz do studia, piszesz muzykę. Czasem to idzie samo, ale czasem jest jak praca w biurze, od rana do wieczora. Dla mnie to jest zawsze poszukiwanie tego uczucia, tego podniecenia…
KR: Czyli ty też szukasz tego zastrzyku dopaminy?
AL: (śmiech) Tak, dokładnie. Piszesz coś i nagle to uczucie, że „o mój boże, uwielbiam to”. No i pracujesz nad tym, aż jesteś zadowolony. To nie jest łatwe, bo słuchasz tego samego milion razy. Trzeba wtedy się na chwilę odsunąć, odpocząć.
KR: A pisząc zaczynasz od słów czy od muzyki?
AL: Może być tak i tak. Często jest mi łatwiej jednocześnie pisać melodie i słowa. Mam wrażenie, że słowa się lepiej układają, kiedy są oparte o melodie. Tak, jakby to muzyka dyktowała nastrój. Potem już zostaje nagrać, zmiksować, opowiadać o tym, co one znaczą, które piosenki w jaki sposób przekazują historię zawartą na albumie.
KR: I nagle siedzisz w dziwnych miejscach i rozmawiasz z randomowymi ludźmi o swojej muzyce.
AL: (śmiech)
KR: A którą część pracy nad albumem lubisz najbardziej?
AL: Chyba ten moment, kiedy wszystko razem się nagle łączy. Muzyka, słowa. Uwielbiam to uczucie. Kiedy słowa ułożą się w tę idealną linijkę. To niesamowite uczucie. Jak ta linijka o leżeniu opierając się plecami o siebie i słuchaniu oddechu drugiej osoby, tego jak śpi. Dla mnie to idealne opisanie tego uczucia. Tego uczucia, że coś się kończy, ale się o tym nie mówi, ale to wisi w powietrzu. I czasem te słowa się tak idealnie ze sobą łączą i to jest fantastyczne uczucie.
KR: Tak, te słowa od razu przekazują pewien obraz.

AL: Udało mi się napisać coś, co naprawdę uwielbiam. To fantastyczne uczucie. To moja ulubiona piosenka z tych, które napisałam. Pisanie muzyki to moja ulubiona czynność. Ale koncerty też bardzo lubię. Spotykanie fanów, widzieć jak przeżywają muzykę, którą zrobiłam. I to, że moja muzyka towarzyszy komuś w momentach, kiedy jej potrzebują. To dla mnie niesamowite, że zrobiłam coś ważnego dla kogoś.
KR: Wiem, że już powoli musimy kończyć. To pytanie może będzie trochę dziwne. Bo ja na co dzień jestem nauczycielem i podejrzewam, że może kilkoro z moich uczniów przeczyta ten wywiad. Gdybyś mogła coś przekazać młodym ludziom, którzy stoją na początku swojej drogi.
AL: Kiedy byłam w tym wieku, nie śniło mi się, że mogę zostać muzykiem. Nie było lokalnej sceny, nie miałam znajomych muzyków. Zawsze kochałam muzykę, grałam na gitarze, na pianinie, ale nie miałam wokół siebie środowiska muzycznego. Wydaje mi się, że najważniejsze jest znaleźć podobnych do siebie ludzi, którzy kochają to, co ty. Z którymi możesz robić to, co cię kręci. Którzy pomogą ci stanąć na własnych nogach. Którzy będą cię wspierać i których ty będziesz wspierać. A potem musisz to, co robisz, pokazać światu. Mówię z muzycznej perspektywy, ale to może być cokolwiek. Jeśli piszesz tylko do szuflady, nikt tego nigdy nie zobaczy. Jak nikt tego nie zobaczy, nie zrobisz postępu. Jeśli piszesz, musisz to wydawać. Jeśli robisz muzykę, ludzie muszą ją usłyszeć.
KR: Trzeba mieć wiarę w siebie?
AL: Tak. Zdecydowanie. I dużo cierpliwości. Trzeba wytrwać w tym, co robisz. Jeżeli to kochasz, w końcu się uda.
KR: Też tak myślę. Możesz mi jeszcze powiedzieć o przyszłości? Masz już kolejny projekt, nad którym rozmyślasz, czy skupiasz się na „Girl in a Bottle”?
AL: Niedługo pojawi się druga część płyty i będzie się nazywać „Girl in a Bottle, Please Recycle”. Jest ona trochę o tym, że proszę: „recyklingujcie moją muzykę, prześlijcie ją dalej, dzielcie się nią”. A co potem? Potem dam sobie trochę wolnego. Od czasu do czasu pojawię się pewnie na jakimś letnim festiwalu, ale myślę że w 2026 i 2027 roku należy mi się trochę wypoczynku. A potem zobaczymy.
KR: Czyli wracasz do Oslo?
AL: Tak.
KR: To już ostatnie pytanie. Gdyby ktoś miał odwiedzić Oslo i mogłabyś mu jedno miejsce polecić, które pokaże mu to miasto takim, jak ty je lubisz. Co byś wybrała?
AL: Hmm… Jest tyle fajnych miejsc w Oslo. Jest jedno w zachodniej części miasta, nazywa się Kampen. Tam jest pełno restauracyjek, kawiarni, taki super miły klimat. Więc jeśli jedno miejsce, to właśnie tam.
KR: Wielkie dzięki za rozmowę. Fantastycznego koncertu.
AL: Dzięki. Do zobaczenia.
Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz