IKS

Anna Calvi [Rozmowa]

Anna Calvi nie była ostatnio zbyt aktywna zarówno jeśli chodzi o albumy studyjne, jak i o działalność koncertową. Przez ostatnie osiem lat dostaliśmy od niej tylko wydawnictwa związane z serialem „Peaky Blinders”, przy którym pracowała. Jeśli chodzi o koncerty, to wystąpiła tylko na kilku festiwalach, a w Polsce nie była aż od 2019 roku. Przyczyny obniżenia tej aktywności były oczywiście jednym z tematów naszej rozmowy. Drugim, nie mniej ważnym, były nowe projekty wydawnicze, których zapowiedzią i integralną częścią jest najnowsza epka „Is This All There Is?”, z gościnnym udziałem m.in. Iggy’ego Popa czy Laurie Anderson. Rozmawialiśmy też bardziej ogólnie o rynku muzycznym i obecnej pozycji kobiet na nim, a także o kulisach komponowania i wpływie sztuki filmowej na nie.

 

Adrian Pokrzywka: Chciałbym na początku zadać ci kilka pytań dotyczących twojego nowego wydawnictwa. Pierwszym singlem, który zapowiadał tę epkę, był cover Bonniego „Prince” Billy’ego zatytułowany „I See a Darkness”. Wykonujesz go z Perfume Geniusem. Przyznam, że trochę zaskoczyła mnie wasza kolaboracja, ale efekt jest świetny. Dlaczego wybrałaś właśnie ten utwór i takiego artystę na jego współwykonawcę?

 

 

Anna Calvi: Podobał mi się pomysł, żeby ta płyta była niemal jak film, w którym – zamiast tylko wyobrażać sobie współpracowników – traktowałabym ich niemal jak aktorów w poszczególnych scenach. A fabuła tego filmu opowiada o kimś, kto obudził się pewnego dnia i pomyślał sobie: „co ja właściwie robię w swoim życiu?”. Był jakby uśpiony i nie kwestionował tego, czy w ogóle jest szczęśliwy w życiu, które prowadzi. A potem wyrusza w podróż, próbując odpowiedzieć na to pytanie i mierzy się ze swoją samotnością. Po jakimś czasie znajduje w sobie odwagę, by mieć nadzieję, że w jego życiu może być coś więcej, i że może jednak być szczęśliwy. Więc ułożyłam sobie to w ten sposób, że każdy wokalista na nowej epce wciela się w inną rolę w różnych częściach tej historii.

 

 

AP: Rozumiem. A dlaczego wybrałaś Perfume Geniusa do tej roli?

 

 

AC: Utwór „I See a Darkness” porusza temat depresji i samotności, ale to, co naprawdę w niej uwielbiam, to fakt, że dotyczy ona również przyjaźni i miłości między przyjaciółmi. Byłam ciekawa, jak mogę rozwinąć ten motyw. Oryginalna wersja to taki prawie duet, ale ja zrobiłam z niego pełnoprawny duet. Dwójka bohaterów z tego utworu ewidentnie nie mogłaby być w romantycznym związku, ale to, jak rozmawiają ze sobą i próbują się połączyć, uznałam za naprawdę piękną rzecz. I czułam, że jego głos pasowałby do tej historii idealnie. Jest w nim pewna kruchość, ale i siła, a połączenie naszych głosów było moim zdaniem wyjątkowe.

 

 

AP: Zgadzam się. I muszę przyznać, że podoba mi się nie tylko sama piosenka, ale też teledysk. Zarówno sama fabuła, jak i fenomenalne efekty wizualne. Wydaje się to radosną, wręcz ekstatyczną historią, ale jest w niej element niepokoju, który sygnalizowany jest obecnością nieznajomego mężczyzny i lisa czającego się w oddali. Co symbolizują te postacie?

 

 

AC: W teledysku chodzi o kobiecą przyjaźń i o konkretną sytuację, o pewien własny świat, który muszą sobie wytworzyć. Gdy dwie kobiety chcą się po prostu dobrze bawić i spędzać ten czas tylko ze sobą, inni ludzie mogą chcieć im w tym przeszkadzać i psuć tę chwilę. Chodzi tu więc o siłę dwóch kobiet, które czują się swobodnie na ulicach nocą i nie pozwolą nikomu zniszczyć tej niesamowitej atmosfery, którą razem wytworzyły.

 

 

 

 

AP: Kolejnym singlem z nowej epki był utwór z Iggym Popem, a wydawnictwo uzupełniają kompozycje nagrane z Laurie Anderson i Mattem Berningerem. Nie zrozum mnie źle – wiem, że jesteś szanowaną i rozpoznawalną artystką, ale zgromadziłaś tu prawdziwy dream team. Jak udało ci się zebrać tych muzyków i dlaczego wybrałaś właśnie ich?

 

 

AC: Cóż, masz rację, to sami wielcy artyści. I jednocześnie to moi ulubieńcy, więc czuję się bardzo szczęśliwa, że się zgodzili. Przy każdej piosence zastanawiałam się, kto najlepiej opowiedziałby ze mną daną historię, kto będzie najbardziej wiarygodny, i kto najlepiej wcieli się w konkretną postać. I miałam ogromne szczęście, że wszyscy się zgodzili wziąć udział w tym projekcie. Myślę też, że wszyscy naprawdę oddają to, co dany utwór ma przekazywać – każdy artysta idealnie pasuje do swojej piosenki.

 

 

AP: A możesz zdradzić, jacy goście pojawią się w kolejnych częściach tego cyklu?

 

 

AC: Niestety nie. Ale mogę powiedzieć, że to część trylogii, a ta epka jest jej pierwszym rozdziałem. Chodzi o to, żeby zgłębić w niej pomysł życiowej zmiany i zadawania sobie ważnych pytań. To takie momenty, kiedy wiesz, że w twoim życiu dzieje się coś naprawdę wielkiego i musisz jakby zacząć od nowa. I przemyśleć, czego potrzebujesz, żeby być szczęśliwym. O tym właśnie jest ta trylogia.

 

 

AP: Skoro ta pierwsza czteroutworowa epka jest częścią trylogii, to łączna liczba wszystkich utworów cyklu mogłaby w zasadzie stanowić jeden długogrający album. Czy fakt, że wydajesz je w częściach, wynika z tego, że nadchodzące utwory nie są jeszcze gotowe? Czy powodem jest skoncentrowany obecnie na streamingu charakter rynku muzycznego, gdzie łatwiej dotrzeć do publiczności z krótszą treścią? Czy chodzi o coś jeszcze innego?

 

 

AC: Właściwie nie do końca tak jest. Muszę cię trochę poprawić. Epka „Is This All There Is?” to samodzielne wydawnictwo. Następne, które się ukaże, też będzie osobnym dziełem. I nie będzie to już epka, tylko coś innego. Zainteresował mnie taki sposób publikowania, bo fajnie jest zgłębiać jakiś temat w ramach większego cyklu. Porównam to znów do sztuki filmowej. Reżyserzy czasem chętnie kręcą seriale, bo mogą w nich lepiej omówić jakiś konkretny temat, niż dałoby się to zrobić w jednym filmie.

 

 

AP: A jak ogólnie odnosisz się do obecnej rzeczywistości w zakresie odbioru muzyki? Pytam, bo wydaje mi się, że jesteśmy z jednego pokolenia, więc obserwowaliśmy zmiany w tej przestrzeni. Czy serwisy streamingowe i powszechna dostępność muzyki wpłynęły na to, jak jej słuchasz? Czy zmieniłaś swoje nawyki? Dalej słuchasz całych albumów?

 

 

AC: O, tak, dalej lubię słuchać całych albumów. Jeżeli chodzi o dostępność, to widzę tu raczej plusy. Gdy byłam dzieckiem i chciałam na przykład posłuchać jakiejś muzyki z Afryki Zachodniej, musiałam iść do biblioteki i tam próbować ją znaleźć. A teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki – to naprawdę niesamowite. Dzięki temu ludzie mają dostęp do znacznie szerszego repertuaru muzycznego. Paradoksalnie dużo osób słucha przez to więcej eksperymentalnej muzyki, niż prawdopodobnie by to robiło. A z drugiej strony często słyszy się, że muzyka stała się bardziej generyczna, bo jest tworzona pod kątem playlist. Niby tak, ale z drugiej strony, ludzie mogą przyzwyczajać się i poznawać artystów, którzy wykorzystują jakieś nietypowe instrumenty albo mają struktury utworów, które nie ograniczają się tylko do standardowej „zwrotka, refren”. Nie wszystko we współczesnej konsumpcji muzycznej jest złe.

 

 

zdj. Jay Izzard

 

 

AP: Też myślę, że są dobre i złe strony. A tych dobrych jest więcej. Ok, wiem, że jesteś teraz pewnie podekscytowana swoimi nowymi nagraniami, ale chciałbym zapytać o starsze rzeczy, jak te związane ze ścieżkami dźwiękowymi do seriali telewizyjnych i oper. Jak zaangażowałaś się w te projekty? Lubisz już tworzyć tylko w taki interdyscyplinarny sposób czy interesuje cię jeszcze pisanie klasycznych piosenek?

 

 

AC: Do opery udało mi się trafić dzięki poleceniu – David Byrne przedstawił mnie Robertowi Wilsonowi, z którym ostatecznie współpracowałam przy dwóch tytułach. To było niesamowite doświadczenie – praca z aktorami i to, że inni ludzie śpiewali moje piosenki, a nie ja sama. Musiałam je pisać trochę inaczej, bo zazwyczaj komponuję wszystko instynktownie pod swój głos. Ale zastanawianie się, co sprawdzi się u kogoś, kto nie jest piosenkarzem czy piosenkarką jak ja, było naprawdę ekscytujące. Jeżeli chodzi o serial „Peaky Blinders”, to jego reżyser zobaczył mnie pewnego razu na scenie w Londynie i po prostu poprosił mnie, żebym to zrobiła. Pracowałam przy dwóch ostatnich sezonach tej serii i to również było niesamowite. Wiesz, już wcześniej postrzegałam muzykę bardzo wizualnie, więc pisanie pod obraz wydawało mi się bardzo naturalne. Myślę też, że zdecydowanie wpłynęło to na moje własne komponowanie i chęć nadania moim piosenkom jeszcze bardziej filmowego charakteru.

 

 

AP: Czyli dalej lubisz pisać utwory po prostu na album, w starym stylu?

 

 

AC: Tak, oczywiście. Myślę, że w pracy z innymi ludźmi chodzi o to, że to podtrzymuje twoją kreatywność. I to zawsze jest naprawdę ekscytujące – żeby zobaczyć wizje innych osób. Z ich pracy można wynieść wiedzę, która potem wpływa na twoją własną twórczość. Powiedziałabym nawet, że jestem teraz jeszcze bardziej podekscytowana pisaniem swoich piosenek, bo zebrałam te wszystkie doświadczenia z różnych kolaboracji.

 

 

AP: Wracając jeszcze na chwilę do „Peaky Blinders” – gdzieś wyczytałem, że pisząc utwory do tego serialu, starałaś się intensywnie wczuć w sposób myślenia głównego bohatera serialu, Tommy’ego Shelby’ego. Ten proces, przypominający zresztą pracę aktorską, musiał być wyczerpujący – to była dość złożona postać. Jak sobie z tym poradziłaś? Czy zdarzały się chwile, kiedy czułaś, że masz dość?

 

 

AC: (śmiech) O, tak! To dość mroczna historia. A kiedy komponujesz muzykę, musisz oglądać te same sceny w kółko. Wyobraź sobie na przykład, że przez sześć godzin oglądasz scenę egzekucji – wtedy można poczuć, że to ciężka praca. Dużo myślałam o Tommym, często też o nim śniłam, ale uwielbiałam to doświadczenie wczuwania się w jego umysł. Może w głębi serca jestem jakąś sfrustrowaną aktorką, więc czułam się w tym bardzo naturalnie i to było satysfakcjonujące doświadczenie.

 

 

AP: Chciałbym przejść do tematu, o którym wiem, że jest ważny dla ciebie. W ciągu kilku ostatnich miesięcy prowadziłem podobne rozmowy z paroma artystkami i często rozmawiałem z nimi o dysproporcji międzypłciowej w branży muzycznej. Wiesz, ja nie dzielę wykonawców muzycznych względem płci, ale jak o tym pomyślę, to wydaje mi się, że chodzę na wiele koncertów i słucham mnóstwo różnych artystek. Czy wydaje ci się, że w naszej muzycznej przestrzeni dalej panują jakieś nierówności w tym zakresie?

 

 

AC: Tak, to odzwierciedlenie szerszego problemu społecznego związanego z dysproporcją między mężczyznami a kobietami. Myślę, że wciąż wygląda to tak, że artystki są postrzegane jako osobny gatunek muzyczny. I sądzę, że wpływa to na osoby odpowiedzialne za bookowanie artystek na festiwale w sposób, w jaki nie ma to miejsca w przypadku wykonawców płci męskiej. Uważam jednak, że ogólnie rzecz biorąc, artystki cieszą się coraz większym szacunkiem. Wreszcie panuje przekonanie, że kobiety mogą być geniuszami tak samo jak mężczyźni. Bo przecież ostatecznie w wypadku obydwu płci chodzi przecież o ich wyobraźnię. Ale żeby wyrównać istniejącą jeszcze różnicę, nasze społeczeństwo czeka jeszcze długa droga.

 

 

AP: Myślę, że tę poprawę widać na przykład po lineupach dużych festiwali muzycznych. Procent występujących na nich kobiet jest znacznie większy niż choćby w latach 90.…

 

 

AC: Tak, ale czy dostają takie samo wynagrodzenie? Trudno powiedzieć. Myślę, że ludzie są bardziej skłonni dać szansę artyście płci męskiej. Widać to na przykładzie headlinerów. To nie jest powszechne, by dawać szansę kobietom i prawdopodobnie znajduje to odzwierciedlenie w podświadomości nawet osób o dobrych intencjach. Nie jestem więc pewna, czy mamy tu równość. Ale zgadzam się z tym, że w porównaniu z latami 90. sytuacja znacznie się poprawiła.

 

 

zdj. Scarlett Carlos Clarke

 

 

AP: Wróćmy do ciebie. Oprócz śpiewania jesteś również gitarzystką i to – trzeba przyznać – całkiem niezłą. Czy poświęcasz dużo czasu na ćwiczenia? Szukasz i uczysz się nowych technik? Czy w mniejszym lub większym stopniu znalazłaś już swój język?

 

 

AC: Myślę, że po trochu jedno i drugie. Nie sądzę, żebym lubiła ćwiczyć (śmiech). To znaczy, powinnam, ale tak to wygląda. Nadal jestem ciekawa, nadal eksperymentuję i próbuję znaleźć nowe sposoby wyrażania siebie na instrumencie. Ale czuję też, że przez te wszystkie lata grania znalazłam swój język, który jest bardzo solidną podstawą i może stanowić dla mnie oparcie. Myślę, że tak samo jest z komponowaniem i śpiewaniem. Musi być w to włożone ciągłe pragnienie odkrywania i szukania nowych dróg – w przeciwnym razie po prostu robi się nudno.

 

 

AP: A jak jest z koncertami? W ostatnich latach występowałaś dość sporadycznie, a twoja ostatnia duża trasa była związana z wydanym w 2018 roku albumem studyjnym „Hunter”, jak na razie ostatnim w twojej dyskografii. Planujesz wrócić do częstszego grania na żywo?

 

 

AC: No cóż, najpierw wybuchła pandemia i nikt tak naprawdę nie koncertował, a później urodziło mi się dziecko i chciałam być w domu. Musiałam się nim opiekować i być z nim stale w tych pierwszych latach jego życia. Dziś ma cztery lata, więc czeka mnie nowe doświadczenie związane z tym, jak to wszystko będzie teraz wyglądało, choćby trasa koncertowa. Czy pojedzie ze mną i będziemy razem podróżować między występami? Jeszcze nie wiem i to będzie zupełnie nowe doświadczenie trasy koncertowej, na które się cieszę, ale jeśli mam być szczera, również trochę się boję i zastanawiam się, jak to wszystko się ułoży. Ale zobaczymy. Na pewno latem będę grała na festiwalach jako support przed Davidem Byrnem, a w przyszłym roku wyruszę w swoją trasę.

 

 

AP: Na razie ogłoszone są tylko trzy daty. Dojdzie coś jeszcze?

 

 

AC: Tak. Powinno ich być więcej. Nie pamiętam w tej chwili, co jest już ogłoszone, a co jeszcze nie, ale na pewno zagram więcej koncertów.

 

 

AP: W takim razie będę śledził rozwój wypadków. Zauważyłem w ogóle, że występowałaś w Polsce już kilka razy. Przyjeżdżałaś do nas nie tylko po każdym swoim albumie studyjnym, ale grałaś również na dwóch letnich festiwalach. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tych występów?

 

 

AC: Wiesz, są takie publiczności, które sprawiają wrażenie, jakby przyszły się po prostu dobrze pobawić. To oczywiście miłe i jak najbardziej w porządku. Ale są też tacy widzowie, od których czujesz coś więcej. Wydaje się, że przyszli na koncert nie tylko dla zabawy, ale dlatego, że potrzebują tej muzyki, że to ich prawdziwa pasja, która jest wyraźna i silna. I wydaje mi się, że Polska jest jednym z tych miejsc, gdzie publiczność naprawdę potrzebuje muzyki, jakby była ona bardzo ważna w ich życiu. Dla wykonawcy nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż publika, która ma taką pasję. Takie mam wspomnienia i doświadczenia z występów w Polsce.

 

 

AP: Miło mi to słyszeć. To może przyjedziesz jeszcze do nas na kilka koncertów?

 

 

AC: Zdecydowanie!

 

 

AP: Świetnie! Nie zapomnij o nas, gdy będziesz planować swoją trasę. To były wszystkie moje pytania. Dziękuję za poświęcony mi czas. Do zobaczenia.

 

 

AC: Bardzo dziękuję, do zobaczenia.

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020