AJAKS to nowy zespół starych znajomych. W tej samej konfiguracji tworzyli przez ostatnich parę lat Trio de Janeiro, a bardziej znani są ze współpracy w Marek Pospieszalski Octet. Stojący na czele tego ostatniego – jeden z obecnie najpopularniejszych polskich saksofonistów – w AJAKSIE przestaje być wyraźnym liderem. Partnerujący mu kontrabasista Max Mucha i perkusista Qba Janicki pełnią w tym nowym projekcie funkcje równorzędne, i to nie tylko w biogramie z materiałów prasowych. Już po pierwszym przesłuchaniu można wychwycić wymienność ich ról w poszczególnych kompozycjach. Muzycy oczywiście nie zamieniają się instrumentami, ale bardzo płynnie przejmują od siebie inicjatywę, zdając się rozumieć bez słów. Słychać tu wspólne doświadczenie i wrażliwość na wzajemną grę. Dodatkowo artystów połączył jeden konkretny etap z ich prywatnego życia – wejście w nową społeczną rolę poprzez zawarte w tytule albumu ojcostwo.
„Days Off” wprowadza w album z dużym luzem, gdzie sekcja rytmiczna niemal cały czas gra to samo, a saksofon przez większość utworu ma jeden powtarzalny motyw. Ta regularność ma w sobie coś na tyle przyjemnego, że gładko wciąga w dalszą część płyty. A tu zaczyna się robić coraz ciekawiej. „Cruisin’” ma moją ulubioną partię basu, lekko niepokojącą i konsekwentnie trzymającą w napięciu. Delikatne zmiany co jakiś czas wprowadza na perkusji Janicki, ale tym, który jakby w tle prowadzi swoją odrębną narrację, jest tu Pospieszalski bazujący na wolnych, przeciąganych partiach.
„Let’s Stay Behind” jest z kolei kompozycją, która oprócz tego, że dosłownie zachęca do zwolnienia, popiera to oszczędną narracją saksofonu i subtelnymi uderzeniami Janickiego, który chętnie używa w tym utworze miotełek. Najintensywniej pracuje tym razem Mucha, który łapie tu za smyczek i z całego tria dostarcza największej liczby konsekwentnie powtarzanych dźwięków. Na repetycji oparty jest też „Leg Work”, w którym zwracają przede wszystkim uwagę uderzenia w obręcze Janickiego i swawolna gra Pospieszalskiego.
Choć od początku mamy do czynienia z interesującą płytą, najlepsze dopiero przed nami. W „The Thing with Feathers” kontrabas i saksofon monotonnie powtarzają jeden dźwięk przez dwie minuty, ale nie ma tu mowy o nudzie – skutecznie chroni przed tym ścieżka perkusji, jakby Janicki próbował wyrwać kolegów z rutyny. A gdy wreszcie udaje mu się to w połowie utworu, Pospieszalskiemu rozwiązuje się język. Dotychczasowy dialog zaczyna bardziej przypominać polemikę. Na tyle burzliwą, że pod sam koniec włącza się w nią nawet Mucha. Oczywiście jeszcze przed kolejnym spokojniejszym utworem wszyscy wracają do punktu wyjścia, jak przystało na dobrych kolegów po chwilowej kłótni. Przy „Breathe” można teraz trochę ochłonąć. Ale żeby wszyscy mogli się odprężyć, wysilić musi się Pospieszalski, który w tym najdłuższym na płycie utworze bez przerwy pracuje na jeden rozciągnięty dźwięk.

„End of the Fucking World” zaczyna się ckliwą partią saksofonu, która na szczęście szybko „psuta” jest intensywną pracą Janickiego – to jego największy popis na tym wydawnictwie. Pospieszalski wygrywa tu coś początkowo bezpiecznego, ale w miarę upływu czasu coraz bardziej przeciąganego i przerywanego. Do tej dekonstrukcji dołączają Janicki z Muchą, dając soundtrack do rozpadającego się porządku. W tym utworze muzycy pokazują, że nie zapomnieli o intensywności. Podkreślają to jeszcze w „Birth”, który spina tu klamrą album, bo podobnie jak w otwierającym „Days Off” na pierwszym planie jest powtarzalny motyw na saksofonie. Więcej dzieje się w tle, a do coraz bardziej szalejącej sekcji dochodzą kolejne nałożone na siebie ścieżki Pospieszalskiego, dając w sumie najbardziej wielowymiarową kompozycję, która tylko zachęca do ponownego włączenia płyty.
Ojcowska symbolika dobrze oddaje wzajemny układ sił muzyków w budowaniu utworów na „Fatherhood”. Słychać tu artystów, którzy nie wychodzą przed szereg, jeżeli nie wymaga tego sytuacja, ale kiedy trzeba, biorą odpowiedzialność za prowadzenie kompozycji. Potrafią też cierpliwie trzymać się z boku i wzajemnie asekurować. Komunikacja jest tu intuicyjna i oparta jednocześnie na długiej znajomości, technicznych umiejętnościach i wieloletnim doświadczeniu przy budowaniu wieloosobowych składów. W rezultacie otrzymujemy niemal równy album, z lekką przewagą jego drugiej części. Choć między muzykami panuje porozumienie, to realizowane jest za pomocą asymetrycznie stawianych środków. To chyba najważniejsze dla tego typu wydawnictw – wyrastających z freejazzowej swobody, próbujących ubrać to w precyzyjne, schematyczne struktury, a w rezultacie dających nieoczywiste, czasem zaskakujące efekty.
Adrian Pokrzywka