IKS

Beast in Black (+ Frozen Crown, Sonata Arctica) | 03.11.2026 | Gliwice, PreZero Arena | org. Knock Out Productions [Relacja Tekstowa]

Rok temu, po koncercie Helloween w katowickim Spodku, zastanawiałem się, czy supportujący Niemców Beast in Black zdołają przyciągnąć publiczność do gliwickiej PreZero Areny. Już wtedy mieli w Polsce grono niezwykle oddanych fanów, którzy znali teksty i bawili się tak, jakby na scenie występowała główna gwiazda wieczoru. Dwanaście miesięcy później mogłem przekonać się, jak daleko zaszedł ten fińsko-grecko-węgierski kolektyw. Tym razem to właśnie Beast in Black byli headlinerem, a towarzyszyli im fińska Sonata Arctica oraz włoski Frozen Crown. Zapowiadała się prawdziwa heavymetalowa uczta. Czy spełniła oczekiwania?

Trybuny Małej Areny wypełniły się niemal do ostatniego miejsca, choć na płycie gdzieniegdzie pozostawało jeszcze trochę wolnej przestrzeni. Publiczność była przekrojowa wiekowo, ale zdecydowanie metalowa: od młodszych słuchaczy po wieloletnich miłośników gatunku. Uniesione rogi, oklaski i śpiewy towarzyszyły nam od początku wieczoru. Nie było więc mowy o obojętnym oczekiwaniu wyłącznie na gwiazdę. Standardowo zajrzałem też do stoiska z merchem. Koszulki kosztowały 150-180 zł, bluzy między 300 a 350 zł – koncertowa ekonomia ma swoje prawa. Choć tutaj naprawdę ceny były przystępne. Na pochwałę zasługiwało na pewno brzmienie: selektywne i czytelne, pozwalające wychwycić poszczególne instrumenty nawet w gęstszych fragmentach. Przy takim natężeniu gitar i perkusyjnych galopad wcale nie jest to oczywistością.

REKLAMA

 

Punktualnie o 19:00 wystartował Frozen Crown. Włosi rozpoczęli od „Kings” z debiutanckiego „The Fallen King”, by chwilę później przejść do „The One” z wydanego miesiąc wcześniej „The Legend of the Six Kings”. Już samo zestawienie tych kompozycji pokazało, jak grupa rozwija własne spojrzenie na power metal, wzbogacając go o bardziej rozbudowane aranżacje i elementy melodyjnego death metalu. „All right, Poland!” – rozległo się ze sceny, a przed „Neverending”, znanym z „Crowned in Frost”, muzycy sprawdzili gotowość gliwickiej publiczności. Właśnie podczas tego utworu mikrofon perkusisty zsunął się ze statywu, ale technik szybko opanował sytuację. Drobny incydent nie był w stanie odebrać wykonawcom ochoty do dalszego grania. Występowi przyglądał się spod sceny Yannis Papadopoulos z Beast in Black, który w pewnej chwili sam zaczął nagrywać kolegów. Miły obrazek przypominający, że muzycy również bywają po prostu fanami.

 

fot. Kateryna Potykun

 

Najliczniej reprezentowany był najnowszy album „The Legend of the Six Kings”. Oprócz „The One” zabrzmiały z niego „Who Wants to Burn in Heaven”, zachęcający do wspólnych śpiewów „Reborn” oraz „Iris”, czyli udana interpretacja przeboju Goo Goo Dolls. Ten ostatni utwór stanowił przyjemne przełamanie intensywnego tempa. Można było na chwilę zwolnić i pokołysać się, nie tracąc przy tym kontaktu z metalowym charakterem aranżacji. Giada Etro śpiewała solidnie, choć największe wrażenie robiły gitarowa intensywność i energia całego zespołu. Zauważyłem natomiast, że na scenie nie dostrzegłem basisty. Możliwe, że z jakiegoś powodu zabrakło go na trasie, choć oficjalnej informacji nie znalazłem. Finałowe „I Am the Tyrant”, ponownie zaczerpnięte z „The Fallen King”, zamknęło koncert z odpowiednią mocą. Cztery z siedmiu wykonanych kompozycji pochodziły zatem z najświeższej płyty – trudno o czytelniejszą deklarację promocyjnych zamiarów Włochów. Jedyny istotniejszy zarzut? Zdecydowanie za krótko. Pół godziny pozostawiło spory niedosyt, dlatego chętnie zobaczyłbym Frozen Crown ponownie, tym razem w pełniejszym wymiarze.

 

O 19:45 przyszła pora na Sonata Arctica. Tuż przed koncertem z głośników popłynęło „Are You Ready” AC/DC. Pytanie było raczej retoryczne – wszyscy zdążyli już udowodnić, że są gotowi. Finowie, świętujący trzydziestolecie działalności, zaczęli od „I Have a Right” ze „Stones Grow Her Name”. Tony Kakko raz jeszcze spytał: „Are you ready to rock?”, a odpowiedzią na entuzjazm widowni było „Black Sheep” z „Silence”. W trakcie gitarowych popisów frontman żartobliwie imitował grę na instrumencie, a między utworami nie szczędził publiczności uśmiechów i zachęt do wspólnej zabawy. Choć ma już 51 lat, wciąż imponuje energią i umiejętnością nawiązywania kontaktu ze słuchaczami. Momentami odnosiłem wprawdzie wrażenie, że jest nieco zmęczony, a niektórym partiom wokalnym brakuje dawnej swobody, ale nie przesłoniło to przyjemności płynącej z występu. Ważniejsze okazały się atmosfera i fakt, że te kompozycje wciąż znakomicie sprawdzają się na żywo.

REKLAMA

 

Przed „Paid in Full” Kakko zapowiedział, że nie zabraknie piosenek o międzyludzkich relacjach. I rzeczywiście – nastrojowa „Tallulah” skłoniła publiczność do rozświetlenia hali latarkami telefonów i kołysania rękami. Z kolei „The Last Amazing Grays” poprzedziła refleksja o kole życia, dorastających dzieciach i nadziei pokładanej w kolejnych pokoleniach. Po dynamicznym „Closer to an Animal”  przyszła jeszcze pora na delikatne „Shy”, opublikowane pierwotnie na EP-ce „Successor”. Ballad było sporo, ale nie samym czadem człowiek żyje. Zróżnicowanie tempa i nastroju okazało się zresztą jednym z atutów występu, zwłaszcza w zestawieniu z bezkompromisowym rozpędem późniejszego headlinera. Najwięcej utworów – dwa, „Black Sheep” i „Tallulah” – pochodziło z „Silence”. Dobrze było też usłyszeć, że materiał z różnych okresów działalności Sonata Arctica wciąż potrafi tworzyć tak spójną i pełną emocji całość.

 

sonataarctica
fot. Kateryna Potykun

 

A potem nadszedł mój osobisty punkt kulminacyjny. „FullMoon” z debiutanckiego krążka publiczność powitała ogromnym aplauzem, a słowa „Sitting in a corner all alone…” wybrzmiały wspólnie z setek gardeł. Dla mnie był to prawdziwy wehikuł czasu. Właśnie od tej kompozycji rozpoczęła się moja przygoda z Sonata Arctica w 2008 roku, gdy chodziłem do szóstej klasy szkoły podstawowej. Osiemnaście lat później wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, by na moment wrócić do czasów beztroski, odkrywania kolejnych zespołów i fascynacji heavy metalem. Zmieniły się miejsca, ludzie i codzienne obowiązki, ale niektóre melodie nadal potrafią otworzyć drzwi do wspomnień, o których na co dzień nawet nie myślimy. Nie ukrywam, że było to wzruszające. Właśnie za takie chwile kocham koncerty – za emocje, których nie da się odtworzyć podczas zwykłego odsłuchu płyty. Był to też, niestety, znak zbliżającego się końca. Zabrzmiało jeszcze „Don’t Say a Word”, a na sam koniec zabawa przy „Vodka”. Kakko przypomniał również, jak ważne jest wspieranie artystów, promotorów i miejsc organizujących koncerty: bez publiczności muzyka nie miałaby gdzie żyć. Finowie wrócą do Polski już 22 kwietnia 2027 roku, do krakowskiego Klubu Kwadrat. Ja zamierzam tam być.

 

Około 21:10 z głośników popłynęło „Resurrection” Roba Halforda – wybór nieprzypadkowy, bo trasa Beast in Black nosi nazwę „Resurrection Tour 2026”. Tuż przed wejściem muzyków usłyszeliśmy jeszcze motyw z gry „Mortal Kombat”, czyli ukłon w stronę popkultury, którą niżej podpisany również darzy sympatią. Gdy zapalono światła, oczom publiczności ukazała się scenografia z dwoma ogromnymi wentylatorami, industrialnymi konstrukcjami i rurami, z których co jakiś czas buchał dym. Bez ekranów i pirotechniki, ale za to z wyraźnym steampunkowym charakterem. Taka oprawa dobrze współgrała z muzyką, w której klasyczny metal od dawna spotyka się z futurystyczną wyobraźnią. Nie musiało tu nic eksplodować, żeby całość robiła wrażenie. Zespół odważnie rozpoczął od dwóch nowości: nieopublikowanego jeszcze „Mighty Dragon”, który zadebiutował na żywo kilka dni wcześniej w Londynie, oraz „Fear the Beast”, singla zapowiadającego czwarty album studyjny. Była to czytelna deklaracja, że formacja patrzy w przyszłość, a nie wyłącznie na dotychczasowe przeboje.

 

Beast in Black od lat łączą tradycyjny heavy metal z syntezatorami i przebojowością inspirowaną latami osiemdziesiątymi. Nie zawsze są to proporcje najbliższe moim osobistym preferencjom, ale ich konsekwencji i wyrazistej tożsamości trudno odmówić uroku. Podczas ubiegłorocznego występu w Spodku zwracałem uwagę na rozbudowaną warstwę elektronicznych podkładów. Tym razem zobaczyłem jednak zespół w pełnowymiarowym widowisku, którego wszystkie elementy – brzmienie, scenografia i energia muzyków – tworzyły przekonującą całość. „Hardcore” z „Dark Connection” wywołało prawdziwą eksplozję radości. „It’s hardcore, Gliwice!” – zagrzewał Yannis Papadopoulos. Chwilę później przedstawił nowego gitarzystę, Markusa Venehsalo, który dołączył do grupy w czerwcu. Jego efektowna solówka nie pozostawiała wątpliwości, że świetnie odnalazł się w składzie. Miło było znów zobaczyć Beast in Black jako kwintet. Rok wcześniej w Katowicach za gitarę odpowiadał jeszcze zastępujący Kasperiego Heikkinena Daniel Freyberg. W Gliwicach widać było już zespół swobodny, pewny własnego pomysłu i gotowy do zagospodarowania znacznie większej sceny.

 

beastinblack#1
fot. Kateryna Potykun

 

Po popisie Markusa zabrzmiały „Born Again” i „The Fifth Angel” z debiutanckiego „Berserker”, albumu, od którego rozpoczęła się błyskawiczna kariera formacji powołanej do życia przez Antona Kabanena po rozstaniu z Battle Beast. Następnie przyszła pora na tytułowe „From Hell with Love” z drugiej płyty, „Beast in Black”  oraz „Sweet True Lies” – kolejny utwór z „From Hell with Love” i jeden z moich ulubionych w dorobku grupy. To właśnie przy takich melodiach najlepiej słychać, skąd bierze się jej popularność. Refreny zostają w głowie niemal natychmiast, a na żywo automatycznie zamieniają się we wspólny śpiew. Po „Sweet True Lies” wybrzmiało „Enter the Behelit”, singiel z 2025 roku przygotowany przy okazji współpracy świata gry „Diablo IV” z mangą „Berserk”. Trudno o lepszy przykład popkulturowych fascynacji Antona Kabanena, które od lat przenikają muzykę Beast in Black. „To the Last Drop of Blood” ponownie podniosło temperaturę, a przed „Die by the Blade” Yannis sprawdził, jak dobrze Gliwice znają repertuar zespołu. Odpowiedź była więcej niż satysfakcjonująca – chóralne śpiewy nie pozostawiały wątpliwości, że na widowni spotkało się wielu oddanych fanów.

 

Chwilę wytchnienia przyniosło nowe „Lost Children”. Na pytanie Yannisa, czy chcemy usłyszeć świeży materiał, publiczność odpowiedziała entuzjastycznie. W hali rozbłysły latarki telefonów i przez kilka minut można było odpocząć od nieustannego koncertowego galopu. Było to właściwie jedyne wyraźne zwolnienie podczas występu, który poza tym przypominał heavy metalową nawałnicę najwyższych lotów. „Zodd the Immortal”, kolejny przedstawiciel albumu „Berserker”, przywrócił mocniejsze uderzenie, podobnie jak chóralnie odśpiewany „Cry Out for a Hero”, otwieracz z „From Hell with Love”. Publiczność nie potrzebowała szczególnej zachęty do podskoków i unoszenia charakterystycznych metalowych rogów. Energia płynąca ze sceny i ta wracająca spod niej tworzyły rodzaj porozumienia, którego nie da się zadekretować efektami specjalnymi ani samą głośnością. Trzeba po prostu mieć repertuar i umieć go zagrać tak, żeby ludzie chcieli uczestniczyć w każdym kolejnym refrenie.

 

beastinblack#2
fot. Kateryna Potykun

 

Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. „Power of the Beast” spodobał mi się już podczas ubiegłorocznego koncertu w katowickim Spodku, przede wszystkim za sprawą wyrazistych inspiracji muzyką anime. Teraz zabrzmiał jeszcze okazalej. „One Night in Tokyo” zamienił natomiast halę w prawdziwą metalową dyskotekę. Markus tańczył razem z Yannisem i pozostałymi muzykami, a ich autentyczna radość błyskawicznie udzielała się publiczności. W tych chwilach nikogo nie interesowało, czy dany fragment bliższy jest power metalowi, czy muzyce tanecznej – liczyła się po prostu wspólna zabawa. Finał należał do „Blind and Frozen” oraz „No Surrender”. Zespół długo żegnał się z fanami przy dźwiękach „Burning Heart” zespołu Survivor, rozdając kostki gitarowe i pałeczki perkusyjne, a także dziękując pozostałym wykonawcom i publiczności za podtrzymywanie heavy metalu przy życiu. Takie zakończenie dobrze oddawało atmosferę całego wieczoru: bez zbędnego dystansu między sceną a widownią, za to z dużą porcją wdzięczności i zwyczajnej radości z grania.

 

Gliwicki wieczór pokazał trzy odmienne oblicza melodyjnego metalu. Frozen Crown przekonali energią i pozostawili niedosyt zbyt krótkim występem. Sonata Arctica przypomnieli, jak wielką siłę mają kompozycje towarzyszące nam przez lata. Beast in Black udowodnili natomiast, że dorośli do roli headlinera nie tylko muzycznie, lecz także pod względem rozmachu i scenicznej pewności siebie. Patrząc na drogę, którą przebyli od „Berserker”, i reakcje gliwickich fanów, mam wrażenie, że największe sukcesy wciąż są przed nimi. Osobne uznanie należy się Knock Out Productions: wejście do hali, wyjście po koncercie, a nawet opuszczenie parkingu przebiegły wyjątkowo sprawnie. Niby drobiazgi, ale po kilku godzinach intensywnego grania potrafią mieć znaczenie. Wróciłem więc do domu z przekonaniem, że heavy metal ma się znakomicie, ale też z jednym szczególnie osobistym wspomnieniem – kilkoma minutami „FullMoon”. Bo choć muzyka nie potrafi zatrzymać czasu, czasem pozwala nam na chwilę do niego wrócić.

 

Szymon Pęczalski

 

P.S. Galerię zdjęć z całego wydarzenia autorstwa Kateryny Potykun znajdziecie także na naszej stronie wkrótce.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020