Alexandra Căpitănescu to nie tylko imię i nazwisko głównej „gwiazdy” (choć, jak sama przyznaje, nie przepada za tym określeniem), ale też nazwa pięcioosobowego zespołu. Obok niej na scenie stoją Bogdan Stoican (gitara), Matei Cohal (bas), Luca Sofron (perkusja) i Thomas Cîrcotă (klawisze). Album „Choke Me”, balansujący między nu metalem, rockiem i alternatywą, rozwija muzyczną tożsamość zespołu po eurowizyjnym sukcesie Alexandry. Z utworem o tym samym tytule Rumunia osiągnęła swój najlepszy wynik w historii konkursu. W 20 minut rozmowy zmieściliśmy tematy od presji sukcesu i życia, przez talent show, po internetowe archetypy.
Erik Zarbock: Masz dopiero 23 lata, a osiągnęłaś już coś, na co wielu muzyków pracuje przez całe życie. Taki sukces daje ci więcej pewności siebie czy raczej tworzy chaos w głowie?
Alexandra Căpitănescu: Tak naprawdę czekałam na to dwieście lat, bo jestem wampirem. Nie jestem już taka młoda! (śmiech) Żartuję, oczywiście. Jestem bardzo wdzięczna za to, co mnie spotkało, ale nie osiągnęłam tego sama. Na drodze artysty bardzo ważny jest dobry zespół ludzi. Gdybym nie miała swojego i wszystkich osób, które mnie wspierają, być może zajęłoby mi to całe życie. Samemu jest naprawdę trudno. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest gromadzenie wokół siebie ludzi, z którymi można być szczęśliwym, robić swoje i czerpać z tego radość. Bo właśnie to najłatwiej zgubić w karierze. Czasami zapominamy, żeby cieszyć się występowaniem na scenie, pisaniem piosenek i całym tym procesem. To normalne, ale musimy pamiętać, dlaczego w ogóle tutaj jesteśmy.
EZ: Czy zespół mówi ci wprost, kiedy zaczynasz odlatywać?
AC: Oczywiście, ale jestem tutaj najmniejszą divą. To oni (Thomas Cîrcotă i Luca Sofron) są prawdziwymi divami!
EZ: A czy sława zmieniła sposób, w jaki reagujesz na krytykę i hejt?
AC: Nie wiem, czy potrafię na to odpowiedzieć. Może moja rodzina i przyjaciele mogliby powiedzieć coś więcej. Ja nie czuję, żebym się zmieniła. Nadal jestem Alexandrą i nadal cieszę się tymi samymi rzeczami co przed zdobyciem popularności. W języku rumuńskim mamy słowo „vedetă”, które oznacza gwiazdę. Bardzo go nie lubię, ponieważ w mediach ma ono raczej negatywne konotacje. Nie chciałabym, żeby sukces zmienił to, kim jestem.
Luca Sofron: Myślę, że nawet za pięć lat, gdybyśmy byli znacznie wyżej w branży, Alexandra nadal zamawiałaby w restauracji zupę jak za dawnych czasów. Pozostałaby tak samo skromna. Nie wyobrażam sobie, żeby stała się typową gwiazdą, jaką ludzie sobie wyobrażają.
AC: Mam właśnie takie motto: na scenie jesteś supergwiazdą, ale poza nią jesteś po prostu człowiekiem. Dlatego bądź miły dla wszystkich.
EZ: Wracając do czasów, kiedy nie byłaś jeszcze supergwiazdą na scenie, czyli do The Voice… Z perspektywy czasu takie programy to bardziej szansa na karierę czy pułapka, z której trzeba się potem wydostać?
AC: Myślę, że mogą być jednym i drugim.
Bogdan Stoican: To zależy od tego, co zrobisz z otrzymaną szansą.
AC: Dokładnie. W moim przypadku The Voice było ogromnym krokiem naprzód. Poznałam tam wielu ludzi, a mój trener z programu jest dzisiaj moim przyjacielem. Nadal rozmawiamy i ta relacja jest dla mnie bardzo ważna. Chłopaki poznali mnie właśnie dzięki The Voice. Nie wiem, czy zdecydowaliby się ze mną grać, gdybym nie była wtedy choć trochę rozpoznawalna.
EZ: Co powiedziałabyś osobie, która właśnie wygrała podobny program i uważa, że najtrudniejsza część kariery jest już za nią?
AC: To bardzo dobre pytanie, bo właśnie na tym polega iluzja, której często ulegają zwycięzcy. Podczas konkursu odczuwasz ogromną presję. Myślisz o rywalizacji, występach i samym zwycięstwie. Kiedy już wygrasz, zaczynają się kolejne wyzwania. Nie zawsze wiesz, co chcesz śpiewać ani z kim powinieneś pracować. Może masz szczęście i już dysponujesz dobrym zespołem ludzi, ale nie każdy znajduje się w takiej sytuacji. Ja sama musiałam odkryć, co chcę robić i w jakim kierunku chcę iść. Przez rok czy dwa eksperymentowaliśmy z różnymi gatunkami muzycznymi, zanim znaleźliśmy własną drogę. I nie ma w tym nic złego. Trzeba po prostu zrozumieć, że po wygranej pojawią się kolejne trudne momenty. Musisz być na nie gotowy i przechodzić przez nie z pewnością siebie.
EZ: Czyli pewność siebie to rozwiązanie na wszystkie problemy?
AC: „Fake it till you make it” (śmiech). Udawaj pewność siebie, aż ci się uda!
EZ: Potem przyszła Eurowizja. Spełnione marzenie, ale też ogromna odpowiedzialność. Jak osoba w tak młodym wieku radzi sobie z trzymaniem na barkach najlepszego wyniku w historii własnego kraju?
AC: Presja jest ogromna, ale ambicja i głód osiągnięcia tego, czego chcemy, są większe. Czasami presja może być bardzo potężnym narzędziem, które wykorzystujesz do pisania nowej muzyki. Poza tym to wielki zaszczyt. Pod wieloma względami było to jeszcze trudniejsze niż The Voice, ponieważ reprezentowałam swój kraj. Nie byłam tam sama. Reprezentowaliśmy Rumunię jako zespół i czuliśmy odpowiedzialność za to, co robimy. Musieliśmy być bardzo ostrożni, bo nawet drobny błąd mógł mieć poważne konsekwencje dla naszej kariery. Jednocześnie Eurowizja to dopiero pierwszy krok. Stajesz się artystą kojarzonym z konkursem, ale nie możesz na tym poprzestać. Teraz pracujemy nad własną muzyką. „Choke Me” zawsze będzie dla mnie ważnym utworem. Tym pierwszym, przy którym pozwoliłam sobie na taką swobodę i opowiedziałam o rzeczach, które wywołują we mnie niepokój. Teraz czas na kolejny etap: koncerty, nową muzykę i odkrywanie nowych możliwości.

EZ: Wspomniałaś o niepokojach, które stały się częścią waszej muzyki. W „Hollow Heart”, utworze z „Choke Me”, poruszacie temat strachu przed byciem zapomnianym. Czy to właśnie jeden z tych lęków, które towarzyszą artyście nawet wtedy, gdy osiąga sukces?
AC: Myślę, że największym strachem artysty jest lęk przed byciem zapomnianym. Każdy chce zostać z czegoś zapamiętany, szczególnie malarze, wokaliści, muzycy. Chcemy stworzyć coś, co będzie miało znaczenie.
EZ: Marek Aureliusz pisał jednak, że wszyscy kiedyś zostaniemy zapomniani.
AC: Marek Aureliusz na pewno nie został zapomniany! Nie poznałam go osobiście, ale wiem, kim jest. (śmiech) A tak na poważnie: wciąż słuchamy Michaela Jacksona, Freddiego Mercury’ego, Elvisa Presleya, Beethovena czy Mozarta. Oni nie zostali zapomniani. Nadal są z nami dzięki swojemu dziedzictwu.
EZ: Skoro mowa o tym, jak zostajemy zapamiętani i postrzegani przez innych – jak przyjmujesz komplementy, żeby nie stracić dystansu do siebie?
BS: Myślę, że to szczególnie istotne w przypadku frontmana. To wokalista bierze na siebie znacznie większą część presji. Nam łatwiej radzić sobie zarówno z komplementami, jak i z mniej przyjemnymi opiniami.
AC: To po prostu ludzkie. Oczywiście, że jest się szczęśliwym, kiedy ktoś cię chwali. Chcę się rozwijać i wiem, że nie jestem idealna.
Thomas Cîrcotă: Ona umniejsza sobie. (śmiech)
AC: Dzisiaj rano przyjaciółka pokazała mi zdjęcie z Zarą Larsson i powiedziała, że mam taką samą sylwetkę jak ona. Odpisałam jej: „Boże, jak możesz mnie porównywać do Zary Larsson? Ona jest niesamowita!”. Musimy zachować realizm, nawet kiedy słyszymy komplementy.
EZ: Jeżeli już mówimy o tym, jak inni cię postrzegają, twoja muzyka i sceniczna estetyka przywodzą na myśl archetyp „goth mommy”, który stał się ostatnio popularnym motywem internetowych memów. Thomas dokłada do tego swoją cegiełkę, opisując się na Instagramie jako „jester of the queen Alexandra Căpitănescu”. Jak odnajdujesz się w takim wizerunku?
AC: Nie powiedziałabym, że jestem stereotypową goth mommy, ale każdy może widzieć mnie tak, jak chce. Ktoś może postrzegać mnie jako goth mommy, królową czy jakkolwiek inaczej. Ja po prostu widzę siebie jako siebie i dobrze się z tym czuję. Nie narzekam. Muszę przyznać, że sama nie uważam się za osobę gotycką, ale rozumiem, skąd biorą się takie skojarzenia. Wynika to z naszych ubrań, stylu i samej muzyki.
LS: Po prostu lubimy ubierać się na czarno, to nasz styl. Szczerze mówiąc, nie ma w tym aż tak wiele gotyku.
AC: Poza tym to chyba ty, Luca, jesteś tutaj goth mommy! (śmiech)