Czy po latach cyfrowych eksperymentów jeden z najważniejszych brytyjskich zespołów alternatywnych postanowił docisnąć przycisk resetu? O powrocie do surowej muzyki wyrastającej ze wspólnego grania w jednym pokoju, jesiennej melancholii, zakulisowych przygodach i rockowej długowieczności opowiedział nam Ed Lay, perkusista Editors.
Kuba Ryszkiewicz: Pozwolisz, że zacznę od pogody. U nas jest piękna jesień. Słuchałem waszego albumu w drodze do pracy. Jeżdżę przez las i ma on teraz te piękne, jesienne kolory. Zastanawiałem się, czy fakt, że ten album ukazuje się właśnie teraz, o tej porze roku, ma z tym jakiś związek? Ponieważ muzyka z tej płyty jakoś tak współgra z jesienną atmosferą.
Ed Lay: Faktycznie. Paleta barw okładki albumu jest bardzo jesienna. Myślę, że tak, brzmienie też do tego pasuje. Bazowaliśmy całą tą płytę na założeniu, że możemy po prostu zagrać ją razem w jednym pokoju, co nadaje jej przestrzenne brzmienie w stylu amerykańskim. To dość prosta płyta w tym sensie, że nie ma tu zbyt wielu warstw; użyliśmy tego, co czuliśmy, że jest potrzebne, ale nie szaleliśmy z programowaniem, syntezatorami czy wypełnianiem każdej pustej przestrzeni. No i myślę, że… widać, że bardzo lubię drzewa [za Edem widać tapetę z wzorem w drzewa – przyp. KR]. W tych rozgałęzieniach muzyki na płycie jest przestrzeń i choć nie dzieje się tam zbyt wiele, nie chcieliśmy, żeby atmosfera była przytłaczająca, zbyt skomplikowana. Wszyscy czuliśmy potrzebę uproszczenia spraw, uczynienia ich bardziej zwięzłymi i pozwolenia, aby muzyka mówiła sama za siebie. Więc tak, jesienna płyta – zdecydowanie do tego pasuje.
KR: Powiedziałeś, że chcieliście uprościć swoje podejście do pisania muzyki. Jaki jest tego powód?
EL: Wydaje mi się, że składa się na to kilka rzeczy. Ilość czasu, jaką poświęciliśmy na poprzednią płytę – „EBM” – i sposób, w jaki została zrobiona; to w pewnym sensie reakcja na to. Tamta płyta powstawała w czasach pandemii, kiedy wszystko robiło się głównie zdalnie. Miała więc te wszystkie macki rozciągnięte nie tylko w czasie, ale też pomiędzy naszymi różnymi życiami. A fakt, że dodawaliśmy pomysły do wszystkiego jeden po drugim, sprawiał, że to po prostu rosło i rosło, i rosło. Uwielbiam klimat utworów z tamtej płyty, to jest dokładnie ten rodzaj muzyki, jakiego słucham – jest dość industrialny, skomplikowany, ekscytujący i pełen dynamiki. Nowa płyta to też reakcja na utratę Bena [Blanck Mass – przyp. KR] i fakt, że nie mógł przyjść i pracować nad tą płytą. Powiedzieliśmy sobie wtedy: zagrajmy po prostu jako pięcioosobowy zespół w jednym pokoju. Wybierzmy instrumenty, które bardziej pasują do środowiska rockandrollowego. I sprawiło nam to mnóstwo frajdy, to że znowu mogliśmy grać jak zespół. A nie robiliśmy tego właściwie od trzech płyt – odkąd nagrywaliśmy trochę przy „In Dream”, ale to było bardziej budowanie piosenek w stylu składanki studyjnej. Podobnie było potem z „Violence”, a następnie z „EBM”. Wszystko było więc dość mocno składane w studiu w trakcie pracy. A tutaj mamy do czynienia z sytuacją, w której wchodzimy do sali prób, piszemy piosenkę razem jako zespół, tak jak robiliśmy to na naszych pierwszych płytach. Po prostu wciskamy przycisk nagrywania i patrzymy, co będzie dalej. Poczułem, że to było dość wyzwalające.
KR: Czy możesz mi więc opowiedzieć trochę więcej o tym procesie, kiedy wszyscy siedzicie razem w jednym pokoju? Kto wpada na pomysły? Czy to burza mózgów?
EL: Tak, pracowaliśmy na demówkach, które przyniósł Tom. Wchodziliśmy więc z dość podstawowym zarysem piosenki, riffu. I próbowaliśmy znaleźć w grupie coś, co nas zafascynuje. I był taki moment, chyba jakieś półtora tygodnia po rozpoczęciu pracy, kiedy kręciliśmy się wokół utworu zatytułowanego „Happiness”.
KR: Muszę przyznać, że to moja ulubiona piosenka z albumu. Możesz mi powiedzieć, jaki jest tekst w refrenie? Bo słuchałem jej i nie mogłem tego usłyszeć.
EL: „I’m holy water” (Jestem wodą święconą). Na tej płycie pojawia się całkiem sporo motywów religijnych, chociaż nikt z nas nie jest zbyt religijny. Ale myślę, że Tom lubi tę warstwę symboliczną. „I’m holy water, drink me one more time” (Jestem wodą święconą, wypij mnie jeszcze raz).
KR: Bo wahałem się pomiędzy „I’m holy water” a „I’m holding water” (podaję wodę).
EL: To też całkiem dobry tekst. „I’m holding water” – to brzmi całkiem fajnie. A geneza tej piosenki była taka, że Tom miał mandolinę. Siedział pośrodku nas, a my byliśmy rozstawieni wokół niego. Usiadł, miał ją wpiętą do wzmacniacza i używał efektu space echo. Brzmiało to niesamowicie – po prostu taka melodia, na której mogliśmy oprzeć całą resztę. Wzięliśmy to małe demo – ja po prostu bębniłem, uderzając w tomy, a Russell grał bardzo napiętą gitarę i był mocno skupiony na swoim rytmie na basie. Zrobiliśmy małe nagranie iPhonem. Na koniec dnia poszliśmy z tym do pubu, słońce zachodziło, słuchaliśmy tego nagrania z telefonu i pomyśleliśmy: „Myślę, że to może być punkt wyjścia dla brzmieniowej strony tej płyty”. Doszliśmy do wniosku, że pójdziemy w instrumenty akustyczne, czasami przesterowane, że zachowamy prostotę – pozwólmy instrumentom wykonać najcięższą pracę. To nie jest szczególnie lekka płyta. Są na niej momenty pełne światła, ale są też ciemniejsze, cięższe.
KR: I popraw mnie, jeśli się mylę, ale ta płyta bardzo mocno stawia na tekst, na którym słuchacz ma się skupić.
EL: Tak, być może. To nie jest pierwsza rzecz, na którą zwracam uwagę. Ale tak, w pełni rozumiem, że wielu ludzi skupia się na słowach, absolutnie. Ja zdecydowanie skupiam się na rytmie i tonie muzyki – to właśnie mnie kręci w niej. Ale myślę, że Tom czerpał wielką frajdę z odkrywania niektórych motywów na tej płycie. On chyba czuje się pewniej, zwłaszcza po nagraniu solowej płyty. W tym, co pisze – nawet jeśli musimy czasem porozmawiać o tym, o czym śpiewa. Myślę, że po prostu nabrał pewności siebie.
KR: Słuchałem jego solowego album. Już sam tytuł płyty – „There Is Nothing in the Dark There That Isn’t There in the Light” (Nie ma w ciemności niczego, czego nie byłoby w świetle) – to świetna linijka. Pobudza wyobraźnię. Wspomniałeś o mandolinie i nawiązując do tego: czytałem, że graliście z R.E.M. To dla mnie taki kwintesencyjny zespół, w którym nie do końca rozumiesz, o czym są teksty, ale po prostu czujesz, że coś w tym jest. Więc znowu – dla mnie nie musi być tak, że rozumiem cały tekst i wiem, o czym jest piosenka; chodzi właśnie o takie wersy, jak w „Happiness” – tak jak mówiłem wcześniej, lubię obie wersje: „I’m holding water” i „I’m holy water”. Po prostu pobudzają twoje zainteresowanie.
EL: O tak, zdecydowanie. Jest kilka utworów, których… właściwie nigdy nie pamiętam tekstów, ale jest taki utwór Elbow zatytułowany „Switching Off”. Ilekroć go słucham, sam sposób, w jaki wyśpiewane są te wersy, niemal zawsze sprawia, że pękam. Nie wiem, jest w tym coś takiego… Jest w tym piękno i barwa głosu, która jakimś sposobem łączy się bezpośrednio z moim sercem. I myślę sobie: „O rany, to mnie zasmuci”. Wiesz, tak potężna potrafi być muzyka. I naprawdę uważam, że na tej płycie będą momenty, które mają w sobie to coś – jak linijka otwierająca „Butterfly Wings”. Znowu, nie pamiętam dokładnie, co on tam mówi, ale myślę, że brzmi to mniej więcej tak: „I’ll explore the night” (Odkryję noc). I to jest po prostu… sposób, w jaki to śpiewa w tekście, jest taki poruszający i niezwykle skuteczny. Myślę, że na tej płycie są momenty, które mają w sobie mnóstwo światła i cienia, szczególnie w tym utworze o motylach.
KR: W tej piosence Tom śpiewa o trzymaniu motyla w dłoniach?
EL: Zgadza się.
KR: A potem nie ma w nich nic…
EL: Tak, stary, myślę, że dla mnie to prawdopodobnie moja ulubiona piosenka z płyty. Wywołuje we mnie wielkie uczucia.
KR: Czy twoje nastawienie do piosenek zmienia się pod wpływem grania ich podczas trasy koncertowej?
EL: Tak, potencjalnie tak. Zawsze pojawia się piosenka, która podnosi ci głowę i myślisz sobie: „O, nie wiedziałem, że to tak zagra na koncertach. Nie wiedziałem, że to tak bardzo zaangażuje ludzi”. A co jest naprawdę świetne w tym albumie, to fakt, że będziemy mogli zagrać prawie każdą piosenkę bez większych problemów i bez drapania się po głowie w stylu: „O mój Boże, mieliśmy tam ten motyw i ten automat perkusyjny, jak ja się w to wpasuję?”. Po prostu czujesz, że możemy złapać wspólny rytm, Tom może śpiewać, a my możemy sprawić, że coś się wydarza, zamiast do wszystkiego się przepinać.
KR: Pamiętam, że jakiś czas temu widziałem Porcupine Tree na początku i na końcu trasy koncertowej. Tak się złożyło, że otwierali i zamykali trasę w Polsce. Na pierwszym koncercie grali materiał ze swojej przedostatniej płyty i byli maksymalnie skupieni, sprawiali wrażenie zestresowanych. Ale kiedy wrócili kilka miesięcy później, byli zupełnie innymi ludźmi. Świetnie się bawili. Nie obchodziło ich absolutnie nic. Zastanawiam się, jak to jest w waszym przypadku.
EL: To ma sens. Porcupine Tree są bardzo techniczni. Gavin Harrison jest ich perkusistą, prawda? On jest niesamowicie precyzyjny. I domyślam się, że chce być w tym perfekcjonistą. Więc tak, posiadanie tej pamięci mięśniowej to wspaniała sprawa. To po prostu wspaniałe uczucie móc się wreszcie rozluźnić. I to zawsze się zdarza – myślę, że każdy zespół powie ci, że lubi ten moment, kiedy są już trzy czy cztery koncerty w trasie, ponieważ znacznie lepiej znają setlistę. Wiedzą już, jak publiczność reaguje. Doświadczenie to kluczowa sprawa.
KR: Czy potraficie przewidzieć, które piosenki będą dobrze rezonować z publicznością podczas występów na żywo?
EL: Cóż, myślę, że mamy za sobą małe doświadczenie z lata, kiedy graliśmy „Call It In”, „The Rush” oraz utwór zatytułowany „Rescue”. Wrzucaliśmy je do setu parę razy, gdy mieliśmy na to czas. I myślę, że ten ostatni to może być utwór, który będzie dobrze rezonować. Ma w sobie naprawdę głęboki groove i dodaliśmy do niego wydłużoną partię w wersji na żywo, która jak dotąd sprawdza się świetnie.
KR: Zauważyłem też na waszym kanale YouTube, że mieliście takie „pocztówki” z różnych krajów, które odwiedzaliście. To były takie… nie wiem, miniatury filmowe, ale były świetnie zrealizowane – sposób, w jaki były pokolorowane, jak były kręcone, dobór obiektywów. To nie jest tak, że ktoś wyciąga iPhone’a i coś tam kręci. To wyglądało jak robota profesjonalnej ekipy filmowej.
EL: To wszystko zasługa Justina. Justin karmi się wyzwaniami, a zwłaszcza artystycznymi wyzwaniami i próbami robienia wielu rzeczy naraz. Pisze scenariusze, właśnie jest w trakcie przygotowań do nowego filmu, który będzie reżyserował. On jest niesamowicie utalentowany! Wyprodukował tę płytę. Bycie zajętym i posiadanie kreatywnych rzeczy do przemyślenia sprawia, że rozkwita. Naprawdę kocha fotografię i kino. Jako zespół stajesz przed wyborem: czy chcesz iść tą typową ścieżką i wrzucać do sieci filmiki w stylu „joł, jesteśmy Editors i gramy w mieście koło ciebie”? To może trochę pomóc w promocji, ale to nie jesteśmy my. To nie jest to, kim chcemy być. Chcemy być zespołem, który zachowuje odrobinę tajemnicy, trzyma fason i jest elegancki. Justin bardzo chciał więc stworzyć te filmy – małe migawki z każdego weekendu festiwalowego, który zagraliśmy tego lata – i sprawić, by nie opowiadały tylko o tym, jak wychodzimy na scenę, ale też o małych okruchach dnia, momentach, które widział podczas swoich podróży, i ułożyć z tego taki malutki, ładny obrazek o tym, kim jesteśmy, w coś nieco głębszego. Myślę, że bardzo zależy mu na tym, aby mieć nad tym prawdziwą kontrolę, wypuszczać rzeczy z klasą.
KR: Wygląda to niesamowicie, wiesz – kolorystyka, korekcja barwna. Jest po prostu perfekcyjna. Bardzo mi się to podobało.
EL: Przekażę mu to, na pewno się ucieszy.
KR: Ale jednym z moich ulubionych momentów było to, gdy graliście na scenie jakiegoś festiwalu, bo było tam mnóstwo ludzi, a on ustawił kamerę tak, że widoczna była tylko dolna połowa waszych ciał. Potem nawet opuścił kamerę tak, że widać było tylko stopy. To było mega zabawne. Ta perspektywa była świetna.
EL: Tak, on już tak ma. Myślę, że poczuł się nieco pewniej z zabieraniem aparatu na scenę, bo dzisiaj to wydaje się być normą – jeszcze pięć lat temu ludzie z aparatami na scenie to nie był powszechny widok. To było dość niszowe. Ale teraz wszędzie widzi się ludzi z iPhone’ami filmujących absolutnie wszystko. On jednak chciał uzyskać coś naprawdę dobrego, o wysokiej jakości. Po prostu wychodzi ze swoim wielkim aparatem i ma to gdzieś.

KR: Tak, to świetne. Jako osoba z publiczności uwielbiam takie momenty. Pamiętam, że w tym roku robiłem zdjęcia na koncercie – to był właściwie koncert Steve’a Vaia i King Crimson – i Tony Levin miał aparat i zaczął robić zdjęcia w środku koncertu. I to było absolutnie wspaniałe.
EL: Ważne tylko, żeby Justin zdążył wrócić na czas.
KR: Czy zdarza się czasem, że nie zdąża?
EL: Bywało blisko.
KR: I wtedy odbywacie poważną rozmowę po wszystkim? Nie dostaje kieszonkowego?
EL: (Śmiech)
KR: Gracie koncert 14 listopada 2026 roku w Gdańsku, a potem 10 lutego 2027 roku wrócicie do nas. To zamknie tę trasę klamrą, prawda? Początek i koniec?
EL: Tak, to prawda. Nasz koncert w Gdańsku będzie prawdopodobnie czymś, w co wpleciemy kilka nowych utworów, które wypuściliśmy już wieki temu. To będzie bardziej klasyczny festiwalowy set – zagramy utwory z różnych okresów, coś w rodzaju zestawu największych hitów. Ale tak, na pewno damy przedsmak tego, co będziemy robić w przyszłym roku. Fajnie jest tu wrócić, bo zagramy w Stodole w Warszawie, a nie występowaliśmy tam od wielu lat. To jeden z najfajniejszych klubów w jakich graliśmy.
KR: Naprawdę?
EL: Tak, graliśmy tam kilka razy. Pamiętam, że graliśmy tam z The Maccabees jakieś 18 lat temu albo coś koło tego. I to był po prostu najbardziej szalony tłum. Było tak gorąco i parno. To świetny klub do grania. Lubię takie miejsca. Powinno być super, to moje klimaty.
KR: Naprawdę uwielbiam Stodołę, ponieważ to klub, w którym byłem na pierwszym koncercie w moim życiu. Ma więc szczególne miejsce w moim sercu. Mam więc nadzieję, że uda mi się was tam zobaczyć. Z waszej perspektywy jako zespołu: co sprawia, że klub jest wyjątkowy? Jakie cechy?
EL: Cóż, w zasadzie cokolwiek. Zazwyczaj decydują o tym ludzie, którzy prowadzą takie miejsca. Fajniej jest, jeśli są niezależne. Lepiej, jeśli nie należą do jakiegoś wielkiego, sponsorowanego konglomeratu. I jest coś takiego… patrzysz na to, jak klub wygląda z zewnątrz. Z tego, co pamiętam, ma on takie kratownice po bokach, a nazwa klubu napisana jest bardzo unikalną czcionką. Myślisz sobie: „Okej, jest w tym coś”. Wyobrażasz sobie rodzaj zespołu, który grał tam 40 lat temu. Lubię myśleć, że jesteśmy częścią kontynuacji dziedzictwa takich klubów. Ale tak na prawdę wszystko sprowadza się do publiczności. Czasami po prostu czujesz, że miejsce będzie miało niesamowitą energię, jeszcze zanim pojawi się w nim choćby jeden członek publiczności.
KR: Trasa potrwa co najmniej kilka miesięcy, prawda?
EL: Tak, mamy naszą europejską część, a zaraz po niej brytyjską. To zajmie nas aż do końca marca, jak sądzę. A potem oczywiście palimy się do tego, żeby latem pojechać na festiwale. I kto wie, dokąd nas to zaprowadzi później. Niedawno zagraliśmy nasz pierwszy w historii koncert w Ameryce Łacińskiej, w Kolumbii – graliśmy na festiwalu w Bogocie. Nigdy wcześniej tam nie byliśmy. Gramy co prawda od czasu do czasu w Ameryce Centralnej, ale w Ameryce Południowej nigdy wcześniej nas nie było. Mamy więc nadzieję, że zostaniemy zaproszeni ponownie, aby odkryć te wszystkie niesamowite kultury i kraje. Nawet w naszym wieku – a właściwie zwłaszcza w naszym wieku – zastanawiamy się: jak długo jeszcze pociągniemy jako zespół? Ludzie przecież mogą stwierdzić: „Ta płyta nie jest dla nas, dajcie sobie spokój”. Nasz kontrakt płytowy może nie zostać odnowiony. I wtedy myślimy: „O rany, mamy rodziny, żyje nam się całkiem wygodnie. Co my zrobimy? Czy to czas jakiegoś odrodzenia?”. Ale z drugiej strony widzisz zespoły takie jak Pearl Jam, The Smashing Pumpkins czy Deftones – dotarły do tego punktu, a potem nagle wszystko wystrzeliło w górę i stały się znów gigantyczne. Są więksi niż kiedykolwiek. Więc nie wiem, może poczujemy się jeszcze bardziej podekscytowani graniem przez coraz dłuższy czas, aż będziemy całkiem siwi i będziemy mieli jeszcze dłuższe włosy.
KR: A wyskakiwanie na scenę będzie wymagało coraz większego wysiłku niż teraz.
EL: O tak. Ale jeśli nam się to podoba, to nie ma znaczenia, prawda?
KR: Mick Jagger i The Rolling Stones właśnie wydali album i są w trasie.
EL: To mnie po prostu miażdży. On ma z osiemdziesiąt lat, prawda? Ma osiemdziesiąt lat i nadal występuje!
KR: Byłem na koncercie Judas Priest w Warszawie kilka miesięcy temu. Wokalista ma coś koło osiemdziesiątki z hakiem, a dają niesamowite show. Chodził po scenie, co prawda nie biega już może, ale ta charyzma i energia…
EL: Zdecydowanie jest dla nas nadzieja. Tak.
KR: Więc w porównaniu do nich jesteście dopiero na początku swojej drogi.
EL: Dokładnie.
KR: A oni przeszli przez wszystkie możliwe zakręty, jakie człowiek może zaliczyć.
EL: Tak, tak, dokładnie. Dali radę, prawda?
KR: Tak. Gdzieś w tym wszystkim musi ukrywać się jakaś lekcja.
EL: Taa. Tylko nie mów o tym moim dzieciom.
KR: Dziękuję ci za poświęcony czas, życzę wspaniałej trasy koncertowej i trzymam kciuki za zbliżającą się premierę. Dzięki!