IKS

Tony Iommi – „From the Dark” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

Wyobraź sobie, że to Ty jesteś Tonym Iommim. Ojcem heavy metalu, człowiekiem, którego riffy stały się fundamentem całego gatunku; twórcą płyt do dziś definiujących, czym właściwie jest ciężkie granie. Jesteś niewyczerpanym źródłem inspiracji dla każdego, kto kiedykolwiek chwycił i zapewne kiedykolwiek chwyci za gitarę… A na dodatek Twój macierzysty zespół, w którym przez dekady byłeś jedynym stałym członkiem, rok temu zagrał koncert okrzyknięty najważniejszym wydarzeniem w historii metalu. A potem stało się to, co wszystkim złamało serce… Oczekiwania wobec Twojej nowej płyty są więc ogromne. I gdzieś podświadomie wiesz, że „From the Dark” nie ma najmniejszych szans uniknąć porównań do Black Sabbath z Ozzym, bez Ozzy’ego. I tu powinno pojawić się zdanie, które zapewne słyszałeś tysiące razy: „Ale przecież Ty już nie musisz nic nikomu udowadniać”. Które, jakby oklepane nie było, pozostaje w 100% prawdziwe… Myślę, że dla Tony’ego Iommiego nagranie tej płyty właśnie w tym momencie życia było mimo wszystko wyzwaniem. Nie dziwi mnie też, że prace nad albumem owiane były tak głęboką tajemnicą. Jeżeli weźmiemy to wszystko pod uwagę i postawimy się na jego miejscu, może się okazać, że nasz odbiór „From the Dark” będzie zupełnie inny. Dlatego spróbujmy odłożyć na bok wszystko, co może przeszkadzać. Cały ten bagaż oczekiwań i ogromnych emocji. A następnie zanurzmy się w tych dźwiękach i spróbujmy wydobyć z „From the Dark” to, co najlepsze.

Mimo 78 lat na karku, Iommi wciąż pozostaje zaskakująco aktywny. O wydawnictwach, sygnowanych jego nazwiskiem, pisałem na łamach SztukMix wielokrotnie (tu i tu) – choć premierowego materiału w ostatnich latach dostaliśmy tyle, co kot napłakał. Od jego ostatniej solowej płyty minęły ponad dwie dekady, a od ostatniego studyjnego albumu Black Sabbath – trzynaście (pisząc to, uśmiech pojawił się na mojej twarzy). W tym czasie Tony regularnie odkurzał swoje mniej popularne dokonania, które dzięki nowym miksom dostały swoją drugą szansę. Nie mówię tu oczywiście o płytach z Ozzym czy Dio – te bronią się same, wliczając w to nawet te powszechnie uznawane za słabsze (czy takie faktycznie są – to kwestia sporna). Ale przecież historie Black Sabbath i Tony’ego Iommiego (które od zawsze były nierozłączne!) to znacznie więcej. Chociaż „From the Dark” garściami czerpie z całego 60-letniego dorobku Tony’ego, to najzgrabniej wpisuje się właśnie w tę alternatywną ścieżkę, którą podążał zarówno na swoich solowych albumach, jak i krążkach Black Sabbath nagrywanych wspólnie z Glennem Hughesem czy Tonym Martinem w roli wokalistów. Bo „From the Dark” nie stara się być jakimś desperackim powrotem do klasycznego Black Sabbath. Zamiast tego w bardzo naturalny sposób kontynuuje wielowątkową historię, jaką od szczęściu dekad opowiada nam Tony Iommi.

REKLAMA

 

Jeżeli podczas odsłuchu „From the Dark” przed oczami pojawi się Wam Ronnie James Dio, to nie jest przypadek. Jørn Lande, którego Iommi obsadził w roli wokalisty, od lat uchodzi za jednego z bardziej utalentowanych wokalistów na współczesnej scenie heavymetalowej, i w jakimś sensie duchowego spadkobiercę dziedzictwa Ronniego. To przekonanie tylko się umocniło w 2010 roku, gdy podczas High Voltage Festival wraz z Heaven & Hell oddał hołd zmarłemu kilka miesięcy wcześniej Dio. Co ciekawe, tamten koncert podzielili między sobą dwaj wokaliści: Lande i Glenn Hughes. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno uznać to za przypadek. Hughes nagrał z Iommim kilka niezłych albumów, a angaż Lande do „From the Dark” wydaje się naturalną kontynuacją tej historii. Ale ten wybór ma przede wszystkim sens muzycznie, bo Jørn świetnie radzi sobie na tym albumie i pokazuje to praktycznie na każdym kroku. Ta dramaturgia („Beyond the Dead”), bluesowy brud podkręcony przez charakterystyczna chrypkę („Black Times”) idealnie pasują do koncepcji płyty.

 

 

Lande odegrał na „From the Dark” jeszcze jedną istotną rolę, bo to właśnie on jest autorem warstwy lirycznej. Jak przyznał sam Iommi, zależało mu, aby teksty wyszły spod pióra wokalisty, by mógł w pełni utożsamić się z tym, co śpiewa. Teksty zgrabnie wpisują się w klimat całego albumu. Może nie jest to jakoś szczególnie wygórowany poziom songwritingu, ale spełnia swoje zadanie i wzmacnia przekaz muzyki. Znajdziemy tu sporo mrocznej symboliki oraz motywów od lat obecnych w heavy metalu (podniosły „Return of the Arbalist” czy przytłaczająca wizja nuklearnej zagłady w „Black Times”). Jednocześnie Lande nie ogranicza się wyłącznie do gatunkowych klisz, przemycając również bardziej osobiste refleksje dotyczące przemijania i dziedzictwa („Legacy”).

Bardzo dobrze, że Iommi nie zdecydował się po raz kolejny zastosować formuły znanej z jego solowego albumu z 2000 roku. Płyta, choć nafaszerowana gwiazdami (z Ozzym na czele), momentami bardziej przypominała kompilację luźno powiązanych ze sobą utworów niż spójne wydawnictwo. W przypadku „From the Dark” dostajemy sytuację dokładnie odwrotną. To materiał wręcz do bólu spójny. Poza gościnnym występem Briana Maya z Queen w doskonałym „Death Wake” – będącym dla mnie prawdziwą wisienką na torcie – „From the Dark” został nagrany w stosunkowo kameralnym gronie, co tylko wzmocniło ten efekt. Dzięki temu wszystkie elementy układanki naturalnie do siebie pasują, a płyta od pierwszej do ostatniej minuty brzmi jak wypadkowa jednej, jasno określonej wizji artystycznej.

REKLAMA

 

Co prawda krążyły plotki, że Iommi chciał zaangażować w projekt również Geezera Butlera, jednak ostatecznie do współpracy nie doszło. Rolę basistki powierzono Becky Baldwin, której wybór w moim odczuciu okazał się bardzo trafny. Doskonale odnajduje się zarówno w tradycyjnych doomowych klimatach spod szyldu Black Sabbath, jak i w klasycznym heavy metalu. Kiedy dołożymy do tego doświadczenie zdobyte w szeregach Mercyful Fate, otrzymujemy dokładnie to, czego Iommi na tej płycie potrzebował. Wystarczy posłuchać hiciarskiego „World Alone” czy wyraźnie sabbathowych „Stormwatcher” i „Beyond the Dead”, by usłyszeć, jak pewnie i naturalnie porusza się w tym repertuarze. Jej partie może nie dominują nad kompozycjami, ale stanowią niezwykle solidny fundament dla potężnych riffów Iommiego, dodając albumowi ciężaru, głębi i odpowiedniego groove’u.

Równie ciekawym wyborem okazał się Karl Brazil, który zasiadł za perkusją. To doskonały sesyjny bębniarz, kojarzony na co dzień raczej z muzyką popową i soft rockiem niż z solidnym metalowym łojeniem. Jednak bagaż doświadczeń zdobyty podczas tras z Jamesem Bluntem czy Robbiem Williamsem wcale nie poszedł na marne. Brazil świetnie dopasował swój styl do potrzeb „From the Dark”. Nie gra jak typowy metalowy perkusista, dzięki czemu bębny na albumie brzmią nowocześnie, a jednocześnie potrafi zachować sabbathowy ciężar. Ostatnim elementem układanki jest producent i wieloletni współpracownik Tony’ego, Mike Exeter – współautor wszystkich ośmiu kompozycji i współproducent płyty. Produkcja „From the Dark” łączy heavymetalową surowość z klarownym, nowocześnie przestrzennym brzmieniem, tworząc album mroczny, ciężki i jednocześnie wyjątkowo czytelny (rewelacyjne orkiestrowe aranżacje w „Beyond the Dead”). W przypadku Exetera, moją uwagę przykuło jednak kilka momentów, w których pojawiają się jego partie klawiszowe. Dodają one utworom dodatkowej głębi i mroku, wzbogacając ich brzmienie (ten filmowy rozmach w „Stormwatcher”).

 

zdj. Ross Halfin

 

Trzeba przyznać, że Iommi miał nosa, angażując właśnie tych muzyków do pracy nad „From the Dark”. Każdy z nich wniósł do tego albumu coś wartościowego, ale niezależnie od tego, jak dobrze wypadli, od pierwszych do ostatnich minut to właśnie Iommi pozostaje głównym bohaterem. Jego riffy i solówki są tutaj dokładnie tym, czego oczekuje się od człowieka, przez którego większość z nas trafiło do świata metalu. Muszę się jednak do czegoś przyznać. Gdy pojawiła się informacja o nowej płycie Tony’ego Iommiego, a światło dzienne ujrzał pierwszy singiel „World Alone”, mój entuzjazm nie był aż tak wielki. Jasne, utwór miał potężny, chwytliwy riff i kilka momentów, które naprawdę robiły wrażenie, ale początkowo czegoś mi w nim brakowało. Dziś bez wahania mogę powiedzieć, że mimo oczywistego przebojowego potencjału  trudno było mi oprzeć się wrażeniu, iż nie pokazywał pełni możliwości tego projektu. Wszystko zmieniło się jednak wraz z odsłuchem całego albumu. Dopiero w kontekście pełnej płyty „World Alone” wskoczył na właściwe miejsce. W otoczeniu utworów, w których mimo wszystko przeważają mrok i ciężar, ten singiel okazuje się niezłym urozmaiceniem. Jeśli miałbym natomiast wskazać moment, w którym Iommi imponuje mi najbardziej, bez wahania postawiłbym na zamykający album, ponad siedmiominutowy monumentalny „Legacy”, w którym znalazło się nawet miejsce na akustyczną wstawkę. To właśnie tam najpełniej słychać kompozytora i gitarzystę, który po dekadach kariery nadal potrafi budować napięcie, operować emocjami i pozostawić słuchacza z poczuciem obcowania z czymś naprawdę wyjątkowym.

 

Największą siłą „From the Dark” jest fakt, że album brzmi jak naturalna i niewymuszona kontynuacja wszystkiego, co Iommi budował przez ostatnie sześć dekad. Słychać tutaj doświadczenie, którego nie da się podrobić. Są potężne riffy, świetne melodie, mrok, emocje i muzycy, którzy doskonale rozumieją wizję lidera. A przede wszystkim jest sam Tony Iommi, który w wieku 78 lat wciąż imponuje kreatywnością i muzyczną intuicją. „From the Dark” może nie jest najważniejszym albumem w jego dorobku, ale bez wątpienia stanowi esencję tego, co od sześciu dekad wyróżnia jego twórczość. I to właśnie dlatego słucha się go z tak dużą przyjemnością.

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020