IKS

Europe – „Come This Madness” [Recenzja], dystr. Warner Music Poland

Dziewięć lat. Właśnie tyle przyszło czekać na nowy studyjny album Europe – zespołu, który w świadomości wielu słuchaczy nadal funkcjonuje przede wszystkim jako autor jednego z największych przebojów w historii rocka. Trudno oczywiście umniejszać znaczenie „The Final Countdown”, ale sprowadzanie całego dorobku Szwedów do tej jednej kompozycji byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę okres po reaktywacji, który przyniósł kilka naprawdę znakomitych wydawnictw. Ostatnie z nich, „Walk the Earth”, ukazało się w 2017 roku i rozwijało kierunek obrany wcześniej na „War of Kings”. Oczekiwania wobec następcy były więc spore, tym bardziej że dziewięć lat to wystarczająco dużo czasu, by zmieniły się zarówno muzyczne inspiracje, jak i podejście do komponowania. „Come This Madness”, dwunasty studyjny album Europe, nie przynosi jednak rewolucji – i chyba dobrze. Zamiast niej dostajemy charakterystyczną melodyjność połączoną z cięższym, bardziej organicznym brzmieniem, rozbudowanymi aranżacjami i miejscami wręcz progresywnymi rozwiązaniami. Efekt jest nie tylko interesujący, ale przede wszystkim pokazuje zespół, który nadal chce rozwijać własny język.

Historia powstawania „Come This Madness” jest zresztą bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. Materiał nie narodził się podczas jednej intensywnej sesji, lecz dojrzewał stopniowo, a muzycy mieszkający na co dzień w różnych miejscach wymieniali się pomysłami, riffami i szkicami utworów. Niektóre z nich sięgają znacznie wcześniejszego okresu. Dobrym przykładem pozostaje otwierający album „One on One”, którego geneza wiąże się z kilkuletnią pracą nad pomysłami Joeya Tempesta i Johna Levéna. W 2023 roku grupa opublikowała natomiast singiel „Hold Your Head Up”, zarejestrowany we współpracy z Klasem Åhlundem i zapowiadany wówczas jako przedsmak nowego wydawnictwa. Ostatecznie kompozycja nie trafiła jednak na podstawową tracklistę, co dobrze pokazuje, jak mocno koncepcja albumu ewoluowała wraz z kolejnymi etapami pracy. Europe nie ograniczali się przy tym wyłącznie do komponowania i regularnie pojawiali się na scenach. Długa przerwa wydawnicza nie oznaczała więc artystycznej bezczynności – pozwoliła raczej spojrzeć na gromadzony materiał z odpowiedniego dystansu.

REKLAMA

 

Duży wpływ na ostateczny kształt płyty miał Tom Dalgety, producent znany ze współpracy między innymi z Ghost, Opeth, Pixies czy The Cult. Nie ograniczył się wyłącznie do kwestii realizacyjnych, aktywnie uczestnicząc również w aranżowaniu i rozwijaniu przygotowanego materiału. Joey Tempest określał go nawet mianem szóstego członka Europe, co dobrze oddaje skalę jego zaangażowania. Nagrania zrealizowano w sztokholmskim RMV Studio, założonym przez Benny’ego i Ludviga Anderssonów, natomiast miks powierzono Mike’owi Fraserowi, mającemu w dorobku współpracę z AC/DC czy Van Halen. Pojawiają się również goście: Tobias Forge z Ghost i Mikael Åkerfeldt z Opeth dograli partie chórków, a ten drugi dorzucił charakterystyczny growl w „Scandinavian Eyes”. W sesjach uczestniczył ponadto gitarzysta Opeth, a zarazem bliski współpracownik Forge’a, Fredrik Åkesson. Co ważne, nazwiska te nie stają się jednak głównym argumentem promującym album. Gościnne partie zostały wkomponowane w aranżacje na tyle naturalnie, że na pierwszym planie nadal pozostaje Europe. Podobnie działa sama produkcja – daje instrumentalistom dużo przestrzeni, dzięki czemu nawet bardziej rozbudowane fragmenty zachowują przejrzystość.

 

Fot. materiały promocyjne

 

„Come This Madness” robi bardzo dobre wrażenie już od pierwszych minut, ale niekoniecznie z powodów, których można byłoby oczekiwać po zespole mającym na koncie tyle melodyjnych klasyków. Chwytliwych refrenów i charakterystycznych gitarowych zagrywek oczywiście nie brakuje, lecz równie mocno zwracają uwagę klawisze Mica Michaeliego oraz praca sekcji rytmicznej. Otwierający „One on One” rozpoczyna się niemal filmowym wprowadzeniem, po którym pierwszoplanową rolę przejmuje ciężki, pulsujący bas. „The Cult of Ignorance” łączy hardrockowy riff z syntezatorowym brzmieniem i niezwykle nośnym refrenem, natomiast utwór tytułowy prowadzi płytę w mroczniejsze rejony, przywołując ducha hard rocka lat siedemdziesiątych – przede wszystkim Deep Purple. Spokojniejszy „This Time of Year” pozwala mocniej wybrzmieć emocjonalnej stronie wokalu Joeya Tempesta, a „In a Different World” ponownie dokłada ciężaru i dynamiki. Szczególne wyróżnienie należy się jednak „Scandinavian Eyes”, gdzie monumentalne wprowadzenie, wyrazisty riff i rozbudowana aranżacja składają się na jeden z najciekawszych momentów całego materiału. Właśnie wtedy najlepiej słychać, że Europe nie chce ograniczać się do sprawdzonego schematu zwrotka-refren. Muzycy pozwalają sobie na większą swobodę, nie tracąc przy tym melodii, która od zawsze była jednym z fundamentów ich twórczości.

Największą siłą „Come This Madness” pozostaje jednak zespołowość. John Norum jest oczywiście w znakomitej formie, ale jego gitarowe partie – zadziorne, melodyjne i bardzo charakterystyczne – pozostają podporządkowane kompozycjom zamiast dominować nad całością. Równie istotni są pozostali instrumentaliści. John Levén imponuje konkretnym, wyrazistym brzmieniem basu, Ian Haugland świetnie kontroluje rytmiczny puls, a Mic Michaeli otrzymał zdecydowanie więcej przestrzeni do rozwijania własnych pomysłów. Momentami dialog gitar z klawiszami staje się wręcz jednym z najciekawszych elementów płyty. Tę różnorodność dobrze pokazują także kolejne kompozycje: „Takin’ It Back” to klasyczny, bezpośredni hardrockowy numer z refrenem proszącym się o koncertowe wykonania, „The Devil’s Back” opiera się na ciężkim, lekko zawadiackim groove, natomiast krótkie „In the Absence of Grace”, zbudowane przede wszystkim na fortepianie i wokalu, daje chwilę potrzebnego oddechu. Finałowe „Nothing Can Follow This” ponownie otwiera formę, wykorzystując przestrzenne klawisze, ciekawe rozwiązania rytmiczne i efektowne partie gitarowe. Inspiracje klasyką (także spod znaku Purpury) są oczywiste, ale zamiast bezrefleksyjnego kopiowania słychać zespół, który potrafi przepuścić je przez własną wrażliwość. Dzięki temu album pozostaje spójny, a jednocześnie nie zlewa się w ciąg podobnych kompozycji.

REKLAMA

 

 

 

Drobnych zastrzeżeń szukałbym przede wszystkim w rozłożeniu najmocniejszych akcentów. Pierwsza połowa albumu ustawia poprzeczkę naprawdę wysoko, oferując niemal nieprzerwany ciąg wyrazistych riffów, chwytliwych melodii i ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. Później poziom nadal pozostaje dobry, choć nie wszystkie utwory zapadają w pamięć równie mocno. „The Angels Must Have Flown” czy „The Devil’s Back” nie dysponują dla mnie taką siłą oddziaływania jak „The Cult of Ignorance”, „One on One” albo „Scandinavian Eyes”. Mam również niewielki niedosyt związany z produkcją, która momentami zbyt konsekwentnie podporządkowuje wszystko monumentalnemu brzmieniu. Jest selektywnie, przestrzennie i potężnie, ale odrobina surowości mogłaby jeszcze mocniej podkreślić kontrasty pomiędzy poszczególnymi kompozycjami. Podobnie traktuję udział zaproszonych gości – nazwiska Forge’a i Åkerfeldta działają na wyobraźnię, lecz poza charakterystycznym growlem wokalisty Opeth ich obecność pozostaje raczej subtelnym dodatkiem. Trudno jednak uznać to za poważny mankament, skoro dzięki temu płyta ani na chwilę nie traci własnej, zespołowej tożsamości.

 

„Come This Madness” pokazuje, że Europe nadal potrafią nagrywać wartościową muzykę bez przesadnego oglądania się na największe sukcesy swojej przeszłości. Szwedzi umiejętnie łączą klasyczną hardrockową melodyjność z cięższym brzmieniem, rozbudowanymi aranżacjami i odpowiednio dawkowanymi elementami progresywnymi, a przy tym nie próbują na siłę podporządkować się współczesnym trendom. Korzystają z języka, który znają od dekad, ale nadal potrafią przesuwać w nim akcenty. Nie wszystkie kompozycje uderzają z identyczną siłą, a produkcji chwilami przydałoby się odrobinę więcej brudu, lecz całości trudno odmówić spójności, dojrzałości i bardzo dobrego warsztatu kompozytorskiego. Nie stawiałbym tego albumu na równi z największymi osiągnięciami Europe, ale bez wahania zaliczam go do udanych pozycji w ich dyskografii. Po dziewięciu latach oczekiwania muzycy nie zdecydowali się ani na bezpieczne odtworzenie sprawdzonych rozwiązań, ani na rewolucję dla samej rewolucji. Zamiast tego nagrali płytę, która naturalnie rozwija ich dotychczasową twórczość. I chyba właśnie tego należy dziś oczekiwać od Europe – nie kolejnego „The Final Countdown”, lecz dobrej, dojrzałej muzyki przypominającej, że historia tego zespołu od dawna nie sprowadza się do jednego ponadczasowego przeboju.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020