IKS

10,000 Years – „Esox Lucifer” [Recenzja], wyd. Ripple Music

10,000 Years to szwedzka stonermetalowa formacja z Västerås, która powstała w 2020 roku. Trio nie próżnowało przez te 6 lat: „Esox Lucifer” to ich czwarty album długogrający oraz piąty album w ogóle, wliczając debiutancką EP-kę. Stoner praktykowany przez 10,000 Years należy do tych żwawszych i agresywniejszych (nawiązanie do nazwy utworu High on Fire zobowiązuje), ale też dotykających kosmicznej tematyki nie tylko w zakresie tekstowym.

Na „Esox Lucifer” znajdziecie nie tylko żwawe stonerowe riffy z wyczuwalnymi motywami z Motörhead czy Slayera, ale też dużo space’owych przestrzeni oraz bardziej połamanych, a nawet progresywnych smaczków. Na swoim najnowszym albumie trio zmieniło nieco trajektorię, koncentrując się nie tylko na ciężkim riffowaniu, ale też na psychodelicznych i pokręconych wyprawach w kosmos. W dalszym ciągu są to jednak ci sami sympatyczni stoner metalowcy ze Szwecji: brzmienie podbija psychodeliczne aspekty oraz ciężar i brud riffu. Utwory są krótkie, konkretne i na temat, oraz nie zabraknie w nich małego co nieco dla fanów wolności jak i szybkości.

REKLAMA

 

zdj. materiały promocyjne

 

Już otwierające album „Beasts of the Northern Wild” przenosi słuchacza w psychodeliczne opary. Nagrania dźwięków zwierząt przepuszczone przez efekty oraz niespieszna bluesowa melodia wprowadzają w przyjemne otępienie. „Pursuit Special” brzmi niczym wolniej zagrany thrash metal na stonerowym brzmieniu: jest żwawo, energicznie i agresywnie. Charakterystyczne „suche riffowanie” oraz perkusja, przy której nie sposób nie ruszać nogą. Do tego te bardziej szaleńcze, psychodeliczne eskapady, gustowny breakdown czy rytualne i natchnione motywy nadają utworowi wielowątkowości. Ależ to riffowanie przepięknie gęstnieje.

 

„Fleur de Sledgehammer” stawia na kontrast pomiędzy bardziej melodyjnymi, niemalże marzycielskimi motywami, a bujającym i buczącym gruzem. Niezależnie jednak od aspektu riffu: zarówno ta melodyjność, jak i gruz poruszają. Raz bardziej ciało, raz bardziej ducha. Na tymże kawałku trio nie obawia się nawet wkroczyć w bardziej liryczne motywy czy kompletnie popłynąć z psychodelą. „Church of the Red Museum” gna pięknie naprzód, aż chce się pobiec za tym riffem w nieznane. Utwór oscyluje pomiędzy średnim a szybszym tempem, do tego słuchacz jest wystawiony na mocniejsze uderzenia oraz bardziej chrupiące riffy, a także pięknie podkręconą gęstość przełamaną psychodeliczną melodią gitary. Ten kontrast utrzymany pomiędzy chłostą i gruzem sekcji rytmicznej oraz krzyczanym wokalem a niemalże marzycielską partią prowadzącą gitary robi niezwykle dobrą robotę i mocno pobudza wyobraźnię.

„Alien Tactics” ma w sobie urok zarówno progresywny, jak i psychodeliczny. Co chwilę się w tym utworze coś zmienia. Słychać tutaj liczne przełamania, jednakże co i rusz daje się tu wyczuć jakiś poruszający wyobraźnię psychodeliczny motyw: a to dzwoneczek w tle, a to ta wżerająca się w mózg melodia. Nie myślcie jednak sobie, że zabraknie tu gruzu: co to to nie. Buczących riffów nie ma tu mało, ale są one przeplatane z różnymi innymi motywami. Nawet znajdzie się tu coś dla miłośników hardcore. „Two Million Stones” do młócki serwowanej przez zespół dokłada nieco melancholii. Kawałek jest wyraźnie wolniejszy i mocno opiera się na poczuciu smutku: nawet ten rytualny psychodeliczny motyw czy konkretny młyn mają w sobie sporą dawkę melancholii. Nieco wytchnienia pośród bombardowania riffami.

REKLAMA

 

 

„Paranoidium” operuje bardziej złowieszczym klimatem, a muzycznie przypomina ucieczkę w czasie ataku paniki: słyszę tutaj nagłe przyspieszenia oraz zwroty akcji i mam poczucie całkowitego zagubienia. Utwór, który działa iście niepokojąco na wyobraźnię. Album zamyka utwór tytułowy: niejednoznaczny i pełen kontrastów, operujący zarówno psychodelicznymi przestrzeniami, jak i surowym, masywnym riffowaniem rozwijającym się momentami w bardziej melodyjne, blackmetalowe granie. Ciekawy zabieg: zostawić najbardziej intensywny utwór na sam koniec albumu. Zamiast wyciszenia na finał, słuchacz otrzymuje przyspieszenie i solidną dawkę energii. Jednakże nie samymi intensywnymi doznaniami żyje ten utwór: znajdziecie tutaj też przestrzeń do zagłębienia się w osobiste emocje oraz zmierzenie się z własnym wnętrzem. Utwór jest na początku intensywny dla ciała, po to aby w końcu stać się intensywny dla umysłu. Idealne zwieńczenie tego albumu.

 

Bardzo lubię, kiedy zespoły dodają do swojego stylu i brzmienia kolejne elementy, nie zatracając przy tym swojej esencji i pierwotnych założeń. Taki w moim odczuciu jest „Esox Lucifer” – z jednej strony oferuje nowe wrażenia i nowe dźwięki, których nie spodziewałbym się po formacji, ale w dalszym ciągu mamy do czynienia z tym samym trio ze Szwecji, które czerpie masę radości z grania stoner metalu nieco szybszego niż ustawa przewiduje.

 

Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020