IKS

Triggerfinger [Rozmowa]

Belgowie z Triggerfinger powracają z pierwszym od niemal dekady albumem studyjnym oraz promującą go trasą koncertową, w ramach której grupa zagra także w Polsce – 24 października w poznańskim klubie 2Progi i 25 października w warszawskiej Hydrozagadce (organizatorem wydarzeń jest Winiary Bookings). Jako support wystąpią Burn This Song i Lou Lou Safran (o której ostatnio głośno jest za sprawą jej współpracy z Queens of the Stone Age). „Tarmac” to nowy rozdział w historii pochodzącego z Beneluksu już niestety nie tria, a duetu. O pracy nad tą płytą (nie tylko od strony muzycznej), a także o nowej rzeczywistości, w której się znaleźli zarówno na płaszczyźnie artystycznej, jak i życiowej, opowiadają Ruben Block – gitarzysta i wokalista oraz Mario Goossens – perkusista formacji.

 

Magda Żmudzińska: Spotykamy się na chwilę przed premierą waszego nowego albumu. Mario, zapytany kiedyś w jednym z wywiadów o genezę nazwy zespołu odpowiedziałeś: „I liked the image of a finger triggering something, putting things in motion”. To świetna definicja i moim zdaniem doskonale pasuje też do nowego wydawnictwa. „Tarmac” zdecydowanie porusza. Od ostatniej płyty minęła właściwie dekada. Zakładam więc, że tuż przed „release day” towarzyszy wam sporo emocji?

REKLAMA

 

 

Mario Goossens: Tak, to zawsze trochę dziwny moment, kiedy album jest skończony, ale kiedy jeszcze nie jest wydany, bo już od jakiegoś czasu żyjemy z tymi utworami. Jak dotąd trzy czy cztery kawałki graliśmy już na żywo i wiesz, to było dość emocjonalne, wprowadziło też nieco inny klimat setu, a nawet wpłynęło na sposób, w jaki podchodzimy do naszych starszych piosenek. Nie możemy się doczekać kolejnych prób i występów na żywo z większą liczbą numerów. Dużo frajdy sprawiła nam też praca nad elementami wizualnymi. Dziś, kiedy ludzie skupiają się na takim właśnie konsumowaniu treści, nawet muzyki, zdają się one być już nieodłącznym elementem procesu twórczego. Tworzymy je razem z Charliem z Gears Market, fotografem, który wykonał również zdjęcia do albumu. Muzyka jest więc oczywiście najważniejszą częścią historii, ale miło jest móc też skupić się na jej obrazowym aspekcie, składać teledyski, choreografie.

 

 

MŻ: O tę kwestię chciałam was też zapytać. Jak dotąd wypuściliście 5 singli: „Stars”, „Come Clean”, „Geronimo”, „Through the Beam” i „On My Back”. Teledyski do wszystkich wyreżyserował wspomniany Charlie De Keersmaecker. Pierwszy, do „Stars”, nakręcony został w Bel Air i nieco różni się od pozostałych, zrealizowanych w Los Angeles i utrzymanych w takiej samej stylistyce, jakby były częścią jednego pociętego filmu, tej samej opowieści. Całość świetnie się jednak ze sobą łączy. To był wasz pomysł czy za wizją artystyczną stoi wyłącznie Charlie?

 

 

MG: To był wspólny pomysł, nasz i Charliego. Wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować materiału filmowego do muzyki. Zaprosiliśmy go do Los Angeles w zeszłym roku, spędziliśmy tam 10 dni na filmowaniu i szukaniu odpowiednich ujęć do zdjęć. Zanim wyruszyliśmy do Kalifornii pracowaliśmy też sporo z tancerką i choreografką Naomi van der Horst. Udzieliła nam wielu cennych wskazówek, do wszystkiego dodaliśmy też sporo od siebie, bo potrafimy również improwizować, nie boimy się tego.

REKLAMA

 

 

MŻ: W teledyskach oprócz was pojawiają się także inne postacie z ulicy i każda nie jest jedynie tłem, a w pewnym sensie i może nieco metaforycznie wykonuje własną choreografię.

 

 

Ruben Block: Znakomicie, dokładnie tak. Każdy z nich idzie przez życie swoim krokiem i nie zawsze jest to tylko kwestia wyboru, ale też i sytuacji, w której się znalazł i która go zmusiła go do przemierzania drogi w taki a nie inny sposób. I wiesz, to nie było wyreżyserowane, to nie są aktorzy. To prawdziwi ludzie ulic LA, złapani w kadrze w danym momencie. Mieszkańcy tego miasta są przyzwyczajeni do tego, że życie jest tu nieustannie filmowane, że na każdym rogu stoją ekipy studiów nagraniowych, ciężarówki ze sprzętem itd. My byliśmy tylko w piątkę – ja, Mario z żoną, Charlie i Natalie, która pomagała i asystowała przy produkcji. Nikt więc specjalnie się nami nie interesował. Świetnie nam się pracowało nad tymi formami. Lubimy też tworzyć kompletne klipy, nawet jeśli dziś już prawie nikt ich nie ogląda, bo jasne – społeczeństwo konsumuje wizualnie, ale wyłącznie przez 15 sekund, nie dłużej.

 

 

 

 

MŻ: Czy „Tarmac” jest niejako nowym rozdziałem? Praca nad nim była w pewnym sensie zamknięciem pewnego etapu i otwarciem kolejnego? Głównie dlatego, że jest to pierwszy materiał bez Paula, ale nie tylko?

 

 

RB: Tak, oczywiście. Kiedy Paul zdecydował się odejść z zespołu kilka lat temu ze względu na problemy zdrowotne, zrobiliśmy pożegnalną trasę i nie bardzo wiedzieliśmy, co dalej. Graliśmy przez ponad 20 lat razem, jako trio, i nagle brakuje tej jednej trzeciej, ważnej części. Odchodzi też nie dlatego, że chce, a dlatego, że choroba go do tego zmusiła. To było bardzo bolesne. Usiedliśmy jednak i odbyliśmy – wspólnie, ale też wewnętrznie, sami ze sobą – dyskusję i uznaliśmy, że chcemy to dalej kontynuować. Paul zresztą też by tego chciał. Na początku 2023 roku, postanowiliśmy pojechać do Los Angeles, żeby spotkać się z Mitchellem Froomem, z którym realizowaliśmy album „Colossus”, i totalnie na luzie, bez żadnego konkretnego planu, zaczęliśmy pracować nad kilkoma piosenkami, ciekawi co nam z tego wyjdzie. To było bardzo dziwne uczucie – robić tę muzykę bez tej jednej, ważnej postaci. To wpłynęło na cały proces, bez wcześniejszego planu zaczęliśmy tworzyć w inny sposób. Zmieniła się również rola Mitchella, który był już nie tylko producentem, ale także autorem tekstów. Wyprodukowaliśmy to wszystko wspólnie.

 

 

MG: To był dziwny czas także z tego względu, że życiowo również znaleźliśmy się w innym położeniu – w naszych rodzinach zachodziły duże zmiany. Sami jesteśmy starsi o tę prawie dekadę, więc to też dla nas coś nowego, co z pewnością miało jakiś wpływ na to wszystko. Ostatecznie, mimo wszystkich tych wypadkowych, odnaleźliśmy się w tej nowej energii. I tak, myślę, że to jest kolejny rozdział dla Triggerfinger. Dwie trzecie DNA zespołu. Oto jesteśmy, gotowi na nowe.

 

 

MŻ: Czyli wszystkie utwory „Tarmac” powstały na tych sesjach, nic nie pochodzi z odrzutów z poprzednich wydawnictw?

 

 

MG: Tak, wszystko zostało napisane od zera, choć oczywiście niektóre pojedyncze akordy, riffy czy inne drobiazgi pochodzą z archiwów/notatek, które zapisuję na przykład krzycząc do telefonu w czasie jazdy, bo akurat wpadłem na jakiś pomysł. Gdy zabieramy się do pracy nad nowym albumem, zawsze przegrzebujemy wszystkie nasze zapiski i większość rzeczy się nie nadaje, ale czasem trafi się na coś, co jest takie „wow – to będzie tu dobrze pasowało”.

 

 

RB: Mitchell też podsuwał swoje pojedyncze pomysły na fortepian, co do których nalegał, abyśmy przekształcili je w gitarę, bo w końcu jesteśmy zespołem przede wszystkim gitarowym. Dobrze, gładko i bardzo konstruktywnie nam się z nim współpracowało. Pilnował, żebyśmy za bardzo nie odchodzili od istoty utworu, bo czasem w tych wszystkich różnych pomysłach możesz się od niej bezwiednie zacząć oddalać.

 

 

MŻ: Sam tytuł albumu jest intrygujący i zdaje się kryć w sobie jakąś symbolikę, otwiera różne możliwości interpretacji. Jak powinniśmy go odczytywać?

 

 

RB: Tak, jak tylko chcecie. Wiesz, to bardzo ważne, co powiedziałaś – dla mnie o to właśnie chodzi w nadawaniu tytułów, aby dawały te szerokie możliwości. Lubię, gdy ludzie biorą je do swojego świata i coś z nimi robią, coś swojego, ma to dla nich jakieś osobiste znaczenie. „Tarmac” jako taki to miejsce, z którego się startuje i gdzie się ląduje. Jak Mario wspomniał już wcześniej – w czasie, gdy pracowaliśmy nad nową płytą, wiele się wydarzyło w naszych rodzinach. Zmarła mama Maria. Moi teściowie musieli znaleźć się w domu opieki. Pozycja w rodzinie się zmienia, gdy się starzejesz. I to bywa bardzo trudne. Kiedy jesteś młody, rodzice się tobą opiekują i są głową rodziny. To oni są odpowiedzialni za ciebie i cię wspierają. I nagle po latach te role się odwracają – to ty musisz się zająć nimi. Jednocześnie twoje dzieci zaczynają wkraczać we własne, dorosłe życie, radząc sobie z sukcesami i porażkami, lepiej lub gorzej. Starasz się je w tym wspierać, jednocześnie nimi nie kierując. Oni startują, rodzice lądują, a ty jesteś na tym pasie pośrodku. „Tarmac” był bardzo pasującym tytułem do całej tej historii.

 

 

MŻ: Piękna metafora do tego specyficznego i niełatwego momentu w życiu.

 

 

RB: Poza tym, to słowo samo w sobie jest bardzo ładne, prawda?

 

 

MŻ: Prawda! Chciałam was też zapytać o „Come Clean” – to jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie, który wprowadza jakby nowe brzmienie, totalny powiew takiej bardziej popowej lekkości. Co zainspirowało was do napisania tego numeru?

 

 

RB: Zasadniczo zawsze chodzi o to, żeby po prostu zacząć. To jest najważniejsza rzecz, nie tylko w muzyce. Zacznij. Nawet jeśli nie wiesz, co z tego wyjdzie i do czego to doprowadzi. Tak było z tym kawałkiem. Zacząłem od mglistego pomysłu na riff. Potem zacząłem do niego dodawać kolejne elementy, w tym bardzo prosty rytm perkusyjny. Wysłałem to do Maria i Mitchella, a oni momentalnie podłapali klimat i dołożyli do tego swoją magię.

 

 

MG: Jeśli chodzi o stronę liryczną, to pomyśleliśmy, że to dość interesujące, żeby nie powiedzieć osobliwe, że ludzie odczuwają dziś tak silną potrzebę głośnego komentowania absolutnie wszystkiego i angażowania się w dyskusje z obcymi w Internecie. Wszyscy bardzo intensywnie używają słów, a nie myślą o konsekwencjach, jakie mogą one przynieść. To samo tyczy się też rozmów z bliskimi nam osobami – znaczenie i dynamika słów, całej komunikacji, zdają się szalenie rosnąć. To był bardzo ciekawy temat do podjęcia.

 

 

 

 

MŻ: Efekt końcowy jest naprawdę świetny! A skoro o tekstach mowa, to jesteście autorami wszystkich, poza jednym, wyróżniającym się także muzycznie. „Geronimo” napisany został przez Waltera Broesa. Jak doszło do tej współpracy?

 

 

MG: To wyszło od Waltera. To jest gość, który urodził się w złych czasach. Serio. Powinien przyjść na świat w latach 50. gdzieś w Ameryce. Żyje i cały jest tą klasyczną americaną, tym oldschoolowym rhythm and bluesem. Jest bardzo utalentowanym autorem piosenek i gitarzystą. Do tego jest też naszym dobrym przyjacielem. Miał pomysł na utwór w stylu tej muzyki korzeni, który bardzo nam się spodobał, choć nie brzmiało to jak coś dla Triggerfinger. Chcieliśmy ją jednak zrobić, więc Ruben wymyślił do tego ten gigantyczny riff i zaprogramował też beat, który jest pod spodem. Ja dołożyłem do tego ten wielki bęben i wszystkie puzzle jakby wskoczyły na swoje miejsce. Dobrze to zabrzmiało, jest w tym coś z klasycznego Triggerfinger, ale jest też duża dawka świeżości, coś, czego jeszcze nie robiliśmy. No i uważam, że tekst utworu jest też fantastyczny.

 

 

MŻ: To prawda! Niestety kończy nam się czas, więc na zamknięcie – wspomnieliście na początku, że kilka utworów graliście już na żywo. Koncertowo mieliście i wciąż macie dosyć intensywny rok. 24 i 25 października wystąpicie w Polsce – w Poznaniu oraz w Warszawie. Płyta będzie już od jakiegoś czasu na rynku, zakładam więc, że możemy spodziewać się, że usłyszymy tu sporo nowości, a w tym być może jakieś kawałki, których nie mieliście okazji jeszcze przetestować w wersji live?

 

 

RB: Jak najbardziej, w stosunku do trasy wiosenno-letniej tej jesieni w setliście pojawi się na pewno więcej „tarmacowych” numerów. Kto wie, może zaprezentujemy coś, czego nie graliśmy jeszcze nigdzie indziej. Na ten moment jeszcze nie wiemy, ale wszystko jest możliwe. Uwielbiamy grać w Polsce, każda nasza wizyta tutaj była zawsze cholernie dobra. Macie szaloną energię. Chcielibyśmy tu kiedyś zagrać też na jakimś festiwalu, bo chyba jeszcze nie występowaliśmy tu w festiwalowych okolicznościach. Może w przyszłym roku. A póki co widzimy się w klubach. I tego, jak zawsze, nie możemy się doczekać!

 

 

MG: Publiczność w Polsce jest szalenie entuzjastyczna i skupiona na muzyce. Widać, że bardzo cieszy się tymi koncertami. Czy jest coś lepszego, co może spotkać muzyka? Nie sądzę.

 

 

Rozmawiała Magda Żmudzińska

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020