Gilla Band właśnie wydali nową płytę, na której jeszcze bardziej przesuwają swoje brzmienie z gitar w stronę elektroniki. Przy tej okazji porozmawiałem o procesie powstania jej poszczególnych elementów z wokalistą, autorem tekstów i okładki – Darą Kiely oraz z gitarzystą i autorem znacznej części muzyki – Alanem Dugganem. Dara opowiedział mi też o trudnych wydarzeniach z jego prywatnego życia, a więc o tym, jaki wpływ na album miała śmierć jego ojca i niedawna diagnoza schizofrenii, jaką otrzymał. Alan z kolei dołożył trochę informacji o jego solowym projekcie, The Null Club, przy którym pracuje z różnymi wokalistami.
A wszystko to przed ich zbliżającą się trasą koncertową, podczas której wystąpią 30 stycznia 2027 roku w warszawskim klubie Hydrozgadka (org. fource.pl). Za pomoc w przeprowadzeniu tej rozmowy pragniemy podziękować SONIC Records.
Adrian Pokrzywka: Słuchałem już kilka razy waszej nowej płyty, ale zanim przejdę do konkretnych utworów, muszę zapytać o okoliczności jej powstania. Zdziwiła mnie informacja, że nagrywaliście ją przez cztery lata w trzech różnych studiach. Brzmi jak skomplikowany proces. Faktycznie tak było? Dlaczego to tyle trwało?
Alan Duggan: Cóż, spora część materiału powstała w naszej sali prób, gdzie zazwyczaj tworzymy. A mniej więcej na początku lockdownu w czasie pandemii pomyśleliśmy, że dobrze byłoby przekształcić naszą salę prób w pełnoprawne studio nagraniowe, gdzie moglibyśmy korzystać z porządnego sprzętu. Kupiliśmy więc mnóstwo wyposażenia – mikrofony, preampy i tym podobne rzeczy – co pozwoliło nam pisać i nagrywać jednocześnie. Technicznie rzecz biorąc, prace nad materiałem, który ostatecznie znalazł się na płycie, ruszyły w 2022 roku, ale poszczególne utwory zostały ukończone dopiero trzy albo cztery lata później. Mieliśmy już nagraną znaczną część materiału i nie było potrzeby rejestrowania go od nowa, ale zależało nam, by partie perkusji akustycznej nagrać w innym studiu. Wybór padł na Hellfire – nigdy wcześniej tam nie byliśmy, ale słyszeliśmy o nim same dobre rzeczy. Postanowiliśmy więc nagrać tam perkusję, ale rejestracja gitar i wokali nie miałaby większego sensu w tym miejscu, bo wyszłoby to dużo drożej niż w studiu, w którym pracuje nasz basista [Daniel Fox – przyp. AP]. Dlatego właśnie wokale i gitary zrealizowaliśmy u niego. Nie chodziło więc o jakiś ekstrawagancki podział pracy na zasadzie „trochę tu, trochę tam”, lecz raczej o praktyczne podejście. Potrzebowaliśmy nagrać perkusję w jednym miejscu, ale znaleźliśmy coś tańszego do reszty. Właśnie dlatego korzystaliśmy z różnych studiów, a trwało to tak długo, bo po prostu działamy bardzo powoli. Potrzebujemy sporo czasu na doprowadzenie spraw do końca – co ma swoje dobre i złe strony. Dobrze jest nie czuć presji i mieć czas, by pewne rzeczy przetrawić i pozwolić im dojrzeć. Ale bywa to też trudne, bo czasem można wpaść w pułapkę nadmiernego analizowania wszystkiego. Tak czy inaczej, chyba właśnie w tym tkwi przyczyna.
AP: No tak, zresztą taki już macie tryb pracy. Przerwy między waszymi albumami studyjnymi wynoszą właśnie jakieś trzy, cztery lata. Więc chyba teraz po prostu nadszedł wasz czas. Zauważyłem, że z każdą kolejną płytą odchodzicie coraz bardziej od rockowego brzmienia na rzecz elektroniki i syntezatorów. Było to szczególnie widoczne na poprzednim albumie, wydanym już po zmianie nazwy zespołu. A teraz to brzmienie, które nazwałbym industrialnym, jest jeszcze bardziej wyraziste. Też tak to postrzegacie? To była świadoma, zaplanowana zmiana, czy może wyszło to naturalnie?
AD: Świadomie dążyliśmy do zmiany brzmienia zespołu – nie chcieliśmy się powtarzać ani robić w kółko tego samego. Jednak kierunek, w jaki ewoluowała nasza muzyka, wydaje się bardzo naturalny. Bo jeżeli posłuchamy naszej pierwszej płyty – choć mamy tam gitarę, bas i perkusję – to dla nas nigdy nie była ona typowo rockowym albumem. Zawsze zawierała wpływy muzyki elektronicznej, a także jazzu i wielu innych gatunków. Myślę jednak, że kluczowe było nasze zainteresowanie projektowaniem brzmienia, jego kształtowaniem, manipulacją i przetwarzaniem dźwięku. Przy pierwszej płycie wyglądało to tak, że grałem daną partię na gitarze, później dzwoniłem do basisty, który rejestrował swój instrument, a później zajmowaliśmy się wokalami i perkusją. Jednak z czasem, w miarę rozwoju zespołu, zaczęliśmy bardziej wspólnie pracować nad obróbką każdego elementu utworu. Więc nie sądzę, by chodziło tu o świadomą decyzję w stylu: „nagrajmy album elektroniczny”. Po prostu sprawiało nam frajdę zgłębianie możliwości manipulacji dźwiękiem.
AP: Kto w takim razie jest głównym kompozytorem w Gilla Band? Czy jest jakiś wyraźny lider? I czy to się zmienia w zależności od albumu?
Dara Kiely: Robimy to we czwórkę. Po prostu idziemy w stronę tego, co wszystkim nam wydaje się fajne. Nigdy nie jest tak, że ktoś przychodzi z całym gotowym materiałem. Wszyscy możemy proponować swoje pomysły, ale nigdy nie przynosimy ukończonego riffu czy czegoś podobnego. Nad wszystkim pracujemy razem – we czwórkę.
AP: Wracając do nowej płyty, zauważyłem, że wiele utworów kończy się bardzo intensywnymi, narastającymi momentami – jakby zostały nagle ucięte i pozostawione niedokończone. Czy jest w tym jakiś konkretny cel? Zgadzacie się w ogóle z moją obserwacją?
DK: Właściwie martwiliśmy się, że za dużo utworów ma narastający dźwięk na początku (fade-in). A w finałach po tych kulminacjach jest wiele wyciszeń (fade-out). Ale nie była to jakaś świadoma decyzja w stylu: „wszystkie utwory muszą się tak kończyć albo zaczynać”. Chyba chodzi o to, że pod koniec zazwyczaj robi się bardzo ekscytująco. Pozwalamy rzeczom naturalnie wybrzmieć i zwracamy później uwagę na to, jaki jest efekt końcowy. A takie nagłe ucięcie utworu może być fajnym rozczarowującym sposobem na finisz – w przeciwieństwie do tych wielkich finałów w stylu „ta-da!”. Zawsze byliśmy niechętni takiemu kończeniu kompozycji, czy to na płycie, czy na koncertach. Myślę, że wszyscy mamy na to silną alergię. Może po prostu poszliśmy zbyt daleko w drugą stronę.
AP: Jednym z bardziej intensywnych momentów na płycie jest utwór „Jacobsons”. Cały czas utrzymuje ten sam rytm przypominający kawałek techno. Kim są tytułowi „Jacobsons”? Czy jest to związane z motywem przewodnim tekstów na nowym albumie?

DK: Najczęściej teksty na naszych płytach dotykają bieżących spraw, tego, co działo się między kolejnymi wydawnictwami. Dokumentuję w ten sposób swoje życie. Jednymi z tematów „Pugnello” są śmierć mojego taty i niedawno otrzymana diagnoza schizofrenii, na którą choruję od dłuższego czasu. Musiałem to wszystko zrozumieć i pogodzić się z tym. To wszystko przenika do naszej muzyki, ale staram się nie popadać w zbyt ciężkie klimaty – jest też w niej miejsce na pewną lekkość, a nawet żart. Osobiście nie uważam, że nasz materiał jest „ciężki” tak, jak mogą odbierać go inne osoby. Wciąż lubię się bawić słowami, jak choćby w utworze „The Angelus”, w którym mieszam ze sobą różne zwroty i powiedzenia używane przez ludzi na co dzień, pokazując, jak bardzo są dziwne w oderwaniu od kontekstu – dorzucam też do tego własne pomysły. Zawsze starałem się po prostu bawić słowami, a niektóre z innych wątków nawiązują też do nostalgii związanej z dzieciństwem, np. Power Rangers czy Top Cat. Znacie w Polsce Crazy Frog?
AP: Tak, tak, znam Crazy Frog, a Power Rangers to też element mojego dzieciństwa…
AD: Wracając do „Jacobsons”, to mimo że tak nazwaliśmy kawałek, wzięło się to od irlandzkich herbatników „Jacob’s”. Na etapie tworzenia demo tego utworu rzuciliśmy po prostu hasłem „Jacobsons”, choć przecież nie tak się nazywają. Jakoś tak to powstało…
DK: Pisaliśmy ten numer na samym początku tworzenia płyty. Potrzebowaliśmy nazwy roboczej, a w pobliżu leżała paczka herbatników „Jacob’s”. Obydwaj pomyśleliśmy, że nazywają się „Jacobson’s”. I lepsza nazwa już nam nie przyszła do głowy, a ostatecznie to ona okazała się najlepsza.
AP: Wrócę jeszcze na moment do utworu „Placeholder”. Dara, wspominałeś już, że oferuje pewną ucieczkę od rzeczywistości poprzez nostalgię za dzieciństwem. Czy zgłębiasz ten temat tylko na potrzeby tej piosenki, czy jest to dla ciebie sposób na radzenie sobie w codziennym życiu?
DK: Właściwie ten motyw nostalgii przewija się przez całą płytę. I tak, jest to swego rodzaju ucieczka w stronę tego, co daje ukojenie – sposób na oderwanie się od trudów codzienności. Ciągle myślę też o pisaniu tekstów, to cały czas siedzi mi w głowie. Bywam nieznośny, jeśli chodzi o gry słowne – muszę je z siebie wyrzucać na bieżąco. Nawet teraz próbuję coś wymyślić, ale chyba sobie odpuszczę. Jest w tym zawsze pewna doza humoru, już choćby w samych nawiązaniach do Power Rangers czy czipsów. Może jest to sposób, by ukryć moje uczucia dotyczące pewnych kwestii i nieco bardziej zawoalować przekaz. Ale czerpię dużą przyjemność z pisania, szczególnie gdy wybieram temat budzący nostalgię. Czuję jakby przenosiło mnie to z powrotem do momentu, w którym po raz pierwszy zetknąłem się z tymi rzeczami. To daje poczucie komfortu i pomaga mi. Inna sprawa, to że czasem mogę pisać o czymś bardzo poważnie, a kiedy pokażę to chłopakom z zespołu, oni uznają to za głupkowate, zabawne czy coś w tym guście. Podam ci przykład. Przechodziłem trudny okres, gdy pisałem utwór „Pears for Lunch” na naszą pierwszą płytę. Próbowałem coś napisać i powstała linijka „wyglądam fatalnie bez koszulki”, która wydawała mi się bardzo poważna. Pokazałem to chłopakom, a oni wybuchnęli śmiechem. Pomyślałem wtedy: „Aha, czyli to jednak żart”.
AP: Z informacji prasowych wynika, że zarówno tytuł albumu, jak i zamykający go utwór nawiązują do twórczości członków twojej rodziny. Czy mógłbyś doprecyzować, o kogo dokładnie chodzi i dlaczego tak ważne było uwzględnienie tego na nowej płycie?
DK: Tak, to było ważne, bo wszystko wydarzyło się w ciągu czterech lat między poprzednim a nowym albumem. Śmierć mojego taty była dla mnie ogromnym wydarzeniem, więc napisałem o niej, choć nie zagłębiałem się jednocześnie w szczegóły naszej relacji. Chodzi tu bardziej o ideę samej żałoby niż o konkretną osobę czy osoby, których dotyczy. To próba zgłębienia tego tematu w sposób nieco surrealistyczny i – cóż – zabawny. Ciągle używam tego słowa, ale faktycznie tak jest. Można to uznać za coś w stylu mechanizmu obronnego, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, jak ogromny wpływ wywarła na mnie śmierć ojca. Na płycie istotna jest też postać mojego wujka, który pisze mnóstwo horrorów. W jednym z nich pojawia się nawiedzona czcionka o nazwie „Pugnello” – ma moc ożywiania przerażających rzeczy, o których pisze jej autor. Uznaliśmy to za całkiem fajne, na tyle, by nazwać w ten sposób nasz nowy album. Tytuł jest więc jednocześnie zabawny i brzmi dla nas znajomo. Na tym polega związek z moją rodziną.
AP: Mam teraz pytanie dotyczące warstwy wizualnej, którą swoją drogą zawsze ceniłem w waszej twórczości. W przypadku „Pugnello” pomysły kojarzące się z malarstwem włączacie zarówno do okładki albumu, jak i do teledysków towarzyszących kilku pochodzącym z niego kompozycjom. Widać tam wyraźnie wiele pociągnięć pędzla. Kto odpowiada za ten kierunek? Skąd pomysł na taką formę graficzną?
DK: Ja odpowiadam za efekt, ale pomysł był Ala. To było fajne, bo czuję, że okazano mi spore zaufanie w kwestii mojej twórczości. Maluję często na takich kiepskich zdjęciach i różnych wydrukach. Nakładam farbę akrylową i w ten sposób trochę ingeruję w strukturę obrazu. Jeśli chodzi o okładkę albumu – ta żółta linia to w rzeczywistości wyżłobienie, co wyszło całkiem fajnie. Pracowałem nad różnymi obrazami i zauważyłem, że jeśli zdjęcie było kiepskie, to malowanie na nim dawało lepszy efekt niż malowanie na dobrej fotografii – to ma sens. A jeśli chodzi o resztę oprawy graficznej, to chyba zajmował się tym Carter [O’Sullivan – przyp. AP].
AD: Tak, Carter odpowiadał za cały projekt układu graficznego na nowym albumie. A do tego doszli jeszcze Chanthila Phaophanit i Cuan Roche, którzy wyreżyserowali teledyski. Wszyscy jednak czerpali inspiracje ze sztuki Dary – chodziło o ten specyficzny, intensywny styl malarski. Zastanawialiśmy się, jak go dobrze oddać, a oni znaleźli naprawdę ciekawe rozwiązania.
AP: Macie już dwa teledyski [rozmowa odbyła się w lipcu, jeszcze przed wydaniem klipu do „Alogia” – przyp. AP]. Powstanie coś jeszcze do utworów z nowego albumu?
AD: Myślę, że powinien pojawić się jeszcze jeden materiał – może bardziej w formie wizualizacji. Chociaż… w przypadku pierwszego utworu też planowaliśmy coś takiego, a wyszedł z tego pełnoprawny teledysk bo Cuan i Chanthila wykonali kawał świetnej roboty. Może uda się powtórzyć ten sukces. Na razie taki mamy plan.
AP: Dara, podobno to w ostatnich latach mocniej wsiąknąłeś w malarstwo. Zajmujesz się tym po prostu dla zabicia czasu? Czy zaangażowałeś się bardziej na poważnie?
DK: Właściwie zawsze to uwielbiałem. Po prostu wcześniej brakowało mi pewności siebie, by pokazywać to innym. To dla mnie świetna rozrywka na cały dzień. Puszczam sobie jakąś muzykę i maluję. Papier fotograficzny ma standardowy rozmiar, więc idzie mi to naprawdę szybko – ostatnio namalowałem ponad 100 obrazów. Gdy coś mi nie wychodzi, po prostu przechodzę do następnego, potem do kolejnego i tak dalej. To całkiem przyjemna forma odskoczni, a na koniec dnia mam coś konkretnego do oglądania.
AP: Alan, mam teraz kilka pytań do ciebie. Ostatnio zaangażowałeś się w nowy projekt – The Null Club. Skąd wzięła się potrzeba realizowania nowych pomysłów poza Gilla Band? Inni członkowie zespołu cię ograniczają?
AD: Tak, próbują mnie powstrzymać (śmiech). Nie, to nic w tym stylu. Po prostu ostatnio to sobie przeanalizowałem. Bo już w czasie lockdownu nabrałem ochoty, by pisać więcej, ale chciałem dowiedzieć się, jak robić to samodzielnie. Spędziłem więc sporo czasu na zgłębianiu syntezy, produkcji, nagrywania i tego typu rzeczy. Miałem pomysł, by część mojej muzyki wydać w jakiejś formie, ale nie bardzo jeszcze wiedziałem, jak miałoby to wyglądać. I przybrało to obecny kształt, czyli współpracę z różnymi wokalistami. Chciałem ogólnie pisać dużo więcej, ale też częściej występować, niż możemy to robić w Gilla Band, gdzie każdy z nas ma różne inne sprawy na głowie. Więc tak naprawdę wszystko wzięło się stąd, że po prostu chciałem tworzyć dużo więcej muzyki.
AP: To zawsze będzie projekt, w ramach którego będziesz wybierał innego wokalistę do każdego utworu? To nie będzie stanowić problemu w występach na żywo?
AD: Cóż, jeśli chodzi o koncerty, to właściwie od razu zdałem sobie sprawę, że nigdy nie będę w stanie zaprosić na nie wszystkich wokalistów na raz. Muszę wymyślać kreatywne sposoby, jak to obejść. Próbuję więc tu i ówdzie samplować ich ścieżki, a później je przerabiać. Przepuszczam je przez efekty, wzmacniacze i inne tego typu urządzenia. To coś w rodzaju improwizowanego techno, gdzie masz sample, którymi manipulujesz na bieżąco. Jeśli chodzi o dalsze współprace, to jeszcze nie wiem. Postrzegam ten projekt jako coś otwartego, co może przybierać różne formy. Pracuję teraz z jednym artystą nad całym albumem, który będzie efektem pracy naszej dwójki. Później być może będę działał samodzielnie. Nie chcę sobie niczego narzucać, wolę zostawić sobie tu swobodę. Może czasem nagram EP-kę z jakimś perkusistą, a później coś innego z kolejnymi muzykami, zobaczymy. Czuję, że to jest dla mnie w pewnym sensie wyzwalające. Podoba mi się to, co na robi na przykład The Alchemist, który nagrywa mnóstwo materiału, do którego zaprasza później różnych ludzi, ale wszystko dalej ma jego styl. W jego przypadku są to oczywiście raperzy, ale ogólnie chodzi mi o możliwość swobodnego poruszania się i współpracy z różnymi osobami. Coś takiego robi też choćby The Bug.
AP: The Bug to dobry przykład, bo czasem występuje tylko z jednym lub dwoma wokalistami, a mimo to potrafi zaprezentować na żywo niemal całą muzykę z danego projektu i to wciąż działa. Jeżeli chodzi o muzyków, z którymi ty współpracowałeś, to ciekawi mnie, jak doszło do tego, że na twojej EP-ce pojawili się Elucid i Valentine z Mandy, Indiana…
AD: Jeśli chodzi o Val, to znałem już Mandy, Indiana od czasu ich absolutnie pierwszej EP-ki. Znalazłem ją na jakimś blogu i od razu mi się spodobała, więc zawsze miałem na nich oko. To było też mniej więcej wtedy, kiedy sam już zacząłem myśleć o moim projekcie. Gdy stworzyłem ten kawałek, w którym występuje Val, myślałem początkowo, że jest zbyt surowy i nie ma tam miejsca na wokal. Ale puściłem go Darze, który wybił mi to z głowy i namówił mnie, żebym go jednak wysłał. Więc po prostu napisałem z profilu Gilla Band na Instagramie wiadomość do Mandy, Indiana. Val to przeczytała i – na szczęście – była chętna do współpracy. I to wtedy, gdy akurat tworzyli swój debiutancki album. Na początku nagrała kilka wersji na małych, tanich mikrofonach w swoich słuchawkach. Później pojechałem do jej domu w Manchesterze – po którym biegało pełno jej kotów – gdzie nagraliśmy resztę. A Elucid sam się ze mną skontaktował. Nasz wspólny znajomy podał mu mojego maila, a on napisał: „Bardzo podoba mi się to, co robicie. Czuję, że moglibyśmy kiedyś zrobić razem coś fajnego”. To było wtedy, kiedy akurat pracowałem nad The Null Club. Utwór, który wtedy stworzyliśmy, trafił na jego płytę „Revelator”, ale pozostaliśmy w kontakcie. Wysyłałem mu dalej jakieś rzeczy, a on dodawał do tego różne elementy. Jeden z takich utworów skończył na mojej EP-ce. Takie rzeczy się po prostu dzieją, wystarczy nawiązywać kontakty. Ale dużo łatwiej jest, gdy istnieje wzajemna sympatia między artystami, choćby na poziomie znajomości swojej muzyki. Próbowałem też nawiązać kontakt z ludźmi, którzy nie znali mnie ani Gilla Band, i tu było dużo trudniej.
AP: Ale myślę, że sporo osób was zna. Czytałem wypowiedzi różnych muzyków z Irlandii i Wielkiej Brytanii, którzy podkreślają, jak ważnym i wpływowym zespołem jesteście w swoim kraju. Jak wy to widzicie? Czujecie się docenieni w waszym środowisku muzycznym?
DK: To niesamowite. Jeżeli ktoś mówi, że podoba mu się jakiś nasz utwór, to fajnie. Ale jeśli ludzie mówią, że wywarliśmy na nich wpływ – to już ogromny komplement. A artyści, którzy o tym wspominali, to muzycy, których sami bardzo szanujemy, na przykład Lambrini Girls, Dry Cleaning czy IDLES. To wspaniałe, aż trudno mi w to uwierzyć.
AP: Czas nas goni, więc zapytam jeszcze tylko o nadchodzące koncerty, których trochę macie w planach. Czy z uwagi na charakter nowej płyty będziecie dokonywać znacznych zmian w aranżacjach utworów granych na żywo? Czy nacisk na elektronikę będzie stanowić dla was wyzwanie, gdy trzeba będzie zagrać to na scenie?
AD: Tak, ale myślę, że to będzie fajne wyzwanie. Spróbujemy ustalić, co możemy, a czego nie – i znajdziemy jakieś ciekawe sposoby, by to odtworzyć. Ale chyba przy „Pugnello” po raz pierwszy czujemy się swobodnie z myślą, że nie możemy zagrać z niej utworów dokładnie tak, jak brzmią na płycie. W przypadku poprzednich albumów było tak, że gdy nie byliśmy w stanie odtworzyć utworów w niezmienionej formie – po prostu z tego rezygnowaliśmy. Teraz wreszcie czujemy się komfortowo z tym, że niektóre kompozycje będą miały swoje wersje studyjne i koncertowe. To dość interesujący sposób myślenia, w który zaczynamy się nieco bardziej zagłębiać. To trochę testowanie i eksperymentowanie z tym, co brzmi dobrze i co się sprawdzi.
AP: Ok, dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że niedługo was zobaczę z tymi nowymi wersjami na jakimś koncercie. Ostatnio widziałem Gilla Band na OFF Festivalu w 2023 roku na późnym występie na zakończenie dnia – było super.
DK i AD: Bardzo dziękujemy. Do zobaczenia!