IKS

Protomartyr – „Hotel Usona” [Recenzja], dystr. SONIC Records

Protomartyr już od jakiegoś czasu utrzymuje regularny cykl wydawniczy. Od momentu wydania jednej z ich najlepszych płyt w 2017 roku („Relatives in Descent”) publikują kolejne albumy studyjne co trzy lata. Dlatego nie zaskoczyli chyba nikogo wypuszczeniem w tym roku swojej siódmej płyty w dyskografii. Nie oznacza to jednak, że „Hotel Usona” jest jakimś odhaczaniem zobowiązania w grafiku, ani pozycją typową dla zespołu. Pochodząca z Detroit grupa właściwie chyba nie ma takich w swoim katalogu. Może nie wszystkie z nich są wybitne, ale każda z nich jest „jakaś”. Czym wyróżnia się „Hotel Usona”? Obecnością instrumentów dętych? No tak, ale przecież one były już na wydanym w 2020 roku „Ultimate Success Today”. To prawda, ale tam użyto drewnianych dęciaków, jak saksofon, flet i klarnet. Na nowej płycie jest za to jeszcze więcej aerofonów, ale tylko blaszanych – w większości utworów pojawiają się puzon i trąbka. Co za różnica? Ogromna, bo na wydanej sześć lat temu płycie te dodatkowe instrumenty wzbogacały artpunkowe brzmienie Protomartyr o freejazzową hałaśliwość. A dziś, na „Hotel Usona”, dęciaki pełnią zupełnie inną funkcję. Tym razem chodzi o ich pomoc w zbudowaniu potężnego, masywnego brzmienia o symfonicznym rozmachu. Choć muzycznie albumy grupy różnią się, mniej zmian zachodzi w warstwie tekstowej. To nie do końca tak, że Joe Casey ciągle śpiewa o tym samym, ale kolejny raz komentowana jest nasza współczesność, w której mniej jest akcentów osobistych na rzecz krytyki obecnej sytuacji w Ameryce, co znaleźć można w utworach-pokojach tytułowego hotelu. I – jak zawsze – nie jest wesoło.

Do Usony wchodzimy chętnie. Zapraszają nas do niej łagodne i eleganckie dźwięki gitary Grega Ahee, a chwilę później bezpośrednia deklaracja odpowiadającego za wokal Joego: „Welcome back to the dream of a rotten mind”. No właśnie. To ostatnie sformułowanie wraz z coraz bardziej dramatycznym śpiewem w kolejnych linijkach ostrzega, że nie będzie to sielankowy pobyt. Już w otwierającym płytę utworze słychać, jak istotny wpływ na monumentalne brzmienie ma John Fridmann, który obsługuje na przestrzeni całego albumu szereg instrumentów dętych – w „The Old Hotel” choćby skrzydłówkę czy eufonium. Nerwowo zaczyna się robić w „Sounds We Cannot Here”. Niespokojna jest nie tylko gitara Grega, ale i wyraziście punktujący rytm bas Scotta Davidsona. Apokaliptycznie zaczyna się robić w sekcji dętej, w której Fridmann do obecnych już wcześniej dźwięków trąbki i puzonu dokłada jeszcze waltornię. Zwiastuje to wszystko coś nieprzyjemnego, ale w taki sposób, że i tak chcemy sprawdzić, co będzie dalej. Kontrastuje to z partiami wokalnymi, gdzie muzyka uspokaja się na tyle, by pozwolić Joemu na krytykę społecznej znieczulicy i tego, jaki wpływ ma na nas algorytmizacja mediów społecznościowych, co swoją drogą wyrażone jest jeszcze mocniej w teledysku do tego kawałka.

REKLAMA

 

 

Gdybym prowadził jakieś rankingi albumów i podsumowania roczne, nie umiałbym jeszcze powiedzieć, jak wysokie miejsce zajmie w nich „Hotel Usona”, ale już dziś wiem, że trzeci numer na płycie, „Converts”, byłby w ścisłej czołówce najlepszych kompozycji. I to już po pierwszej nutce. Nie wiem nawet, jak opisać główny gitarowy motyw, bo budzi we mnie sprzeczne wrażenia. Jest niespokojny, ale kojący; pokręcony, choć dość prosty; dziwaczny i nieforemny, a jednocześnie niesamowicie piękny. Właściwie cały utwór jest pełen kontrastów. Tam, gdzie Joe prowadzi narrację nawiązującą do J.D. Vance’a, dominują wyraziste niskie dźwięki bębnów Alexa Leonarda i swobodnie sunący bas. Przerwy między nimi wypełniają głównie soczyste talerze perkusyjne i łagodne dla odmiany partie dęte, które momentami kojarzą mi się z aranżacjami kanadyjskiego projektu Destroyer. W „Exalted Eagles” przewrotny tekst dotyczący coraz powszechniejszej konieczności rozdawania feedbacków i recenzji już niemal we wszystkich aspektach naszego codziennego życia okraszony jest chyba najbardziej na płycie klasycznie filmową narracją, szczególnie w partiach gościnnego instrumentalisty. Trąbka, puzon i waltornia tworzą tu w jego rękach sarkastyczny soundtrack do pisania komentarzy, dawania lajków, wystawiania opinii i całej reszty męczących czynności, o które zabiegają usługodawcy czy politycy. No cóż, dobrze, że tworzenie recenzji albumu muzycznego chyba nie jest częścią tej krytyki… A jeżeli jest, to ja się nie zgadzam – to szlachetniejsza czynność od wyżej wymienionych!

 

Powoli rozwija się „The Knife Dream”, mroczna opowieść o przemocy, w której Joe wciela się między innymi w podświadomość zachęcającą bohatera utworu do brutalnej agresji. Pilnują tej atmosfery wszyscy instrumentaliści, angażując większość używanych przez nich na albumie narzędzi. Szczególnie aktywny na tym polu jest Greg, który używa tu syntezatorów, kilku rodzajów klawiszy, ksylofonu czy dzwonów rurowych. To bogactwo brzmieniowe Fridmann wzmacnia  dodatkowo dramatycznymi partiami eufonium i skrzydłówki. Wszystko kończy się zapętlonym niepewnym motywem. Jak w dobrym filmie – resztę musimy sobie dopowiedzieć sami. Po kilku utworach, które choć miały spokojniejszą narrację, były w różny sposób niepokojące, przychodzi pora na bezpośredni i ciężki atak. „Feed the Sewer” ma bardzo inwazyjne brzmienie, a przypominająca industrial czy noise rock gitara podbijana jest chropowatą i repetytywną perkusją. Pod sam koniec ta agresja staje się na tyle zmasowana, wraz z nieludzko powtarzaną przez Joego frazą „feed”, że zaczyna to przypominać wręcz jakiś nowocześniejszy metalowy numer.

 

zdj. Trevor Naud

 

W „Lavender – Gospel” klimat robi się znów bardziej stonowany (znikają całkiem nawet instrumenty dęte), by lepiej wybrzmiała refleksja dotycząca okrucieństwa wojny. Do polityki deportacyjnej nawiązuje z kolei „Third Country”, który choć też zaczyna się spokojnie, nabiera  odrobinę dramatyzmu w drugiej części. Dęciaki wracają tu na cały utwór – dodają nie tylko elegancji w partiach prowadzących, ale i uzupełniają rytmikę bardziej oszczędnymi dźwiękami. Po tych dwóch spokojniejszych utworach już nie będzie lekko. Wieńczący płytę „Checking Out” rozpoczyna się od neurotycznych dźwięków gitary i synkopowanej perkusji, które przeplatają się później z zaangażowanym wokalem Joego, przejmującymi akcentami Johna na waltorni i puzonie oraz nawiedzonymi syntezatorami Grega. Choć wszystkie te partie zmieniają się w ciągu tej przeszło siedmiominutowej kompozycji, nie tracą nic ze swojego charakteru do samego końca. 

REKLAMA

 

Jak wspomniałem we wstępie, Protomartyr regularnie wydaje jakościowe albumy w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że tym razem się naprawdę postarali. Choć już jakiś czas temu wypracowali swój wyrazisty styl, wciąż wprowadzają do niego nowe elementy. Tym razem kluczowe jest tu pojawiające się już parę razy nazwisko Fridmann. Mimo że wspominałem o odpowiedzialnym za sekcję dętą Jonie, nie sposób nie wymienić tu osoby, która wprowadziła go na ten album. Jego ojciec, Dave, jest przecież odpowiedzialny za całą produkcję i miks „Hotel Usona” – to dzięki niemu płyta brzmi tak potężnie. Na uwagę zasługuje też konsekwencja graficzna. Na okładce znów mamy przerobioną w surowy sposób ziarnistą fotografię. Tym razem spogląda z niej nienaturalnie pożółkły orzeł, symbol upadającej Ameryki. Powtarzalność pewnych schematów może czasem nużyć, ale nie u Protomartyr. Umiejętne dobieranie nowych środków w obrębie podobnych wzorców sprawia, że tuż po premierze ich nowej płyty już zastanawiam się, co wymyślą za kolejne trzy lata. Ale na razie posiedzę jeszcze trochę w „Hotel Usona”.

 

Adrian Pokrzywka

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020