Co się właściwie odwaliło w tej Irlandii? Jeszcze dekadę temu tamtejsza scena gitarowa była co najwyżej ciekawostką. Dziś wygląda to tak, jakby Zielona Wyspa miała monopol na taśmową produkcję kolejnych rewelacyjnych zespołów oscylujących wokół szeroko pojętego post-punka. Najpierw nieśmiało pojawili się Fontaines D.C., The Murder Capital i Gilla Band, a następnie kolejne nazwy zaczęły wyrastać niczym grzyby po deszczu. Szybko dostaliśmy całe nowe pokolenie zespołów: Sprints, M(h)aol czy wreszcie Gurriers… i dziesiątki innych. Dziś wyraźnie widać, że nowa fala irlandzkiego post-punka nie była tylko chwilową modą. To muzyka, w której jest coś więcej… mocno zakorzeniona w lokalnej tożsamości, społecznych frustracjach i doświadczeniach wynikających z wieloletniej walki o niepodległość. Dla współczesnych młodych słuchaczy te zespoły stały się równie ważnym głosem pokolenia, jak kiedyś U2 było nim dla ich rodziców. Problem polega na tym, że kiedy wokół jest tyle świetnych kapel, naprawdę trudno się wybić. Od początku działalności Gurriers nie sprawiali wrażenia zespołu, który chciałby być jedynie kolejną nazwą w szeregu. „Nobody’s Coming to Save You” ma odpowiedzieć na pytanie, czy potrafią się wyróżnić i zacząć grać we własnej lidze.
Zawsze fascynowało mnie, jak wiele frustracji, ale i społecznej świadomości potrafi pomieścić współczesna irlandzka scena post-punkowa. W przypadku Gurriers cały niepokój wynikający z życia w świecie pełnym politycznej, ekonomicznej i osobistej niepewności wręcz wylewa się z głośników. „Nobody’s Coming to Save You” aż kipi od emocji, a jeszcze więcej siły dodają mu niejednoznaczne teksty, które można interpretować na wiele sposobów. Płyta jest niczym kronika pokolenia, które odziedziczyło pogrążony w kryzysach i coraz bardziej wątpliwych obietnicach kraj. Astronomiczne czynsze przekładające się na kryzys mieszkaniowy, brak perspektyw, a gdzieś na końcu tej drogi wizja dorosłości spędzonej pod jednym dachem z rodzicami i rodzeństwem, a czasem nawet bezdomność. Ta brutalna codzienność niejednego potrafi rzucić na kolana (słychać to w „Drones” czy „Waiting for Fisher”). Łatwo jest się pogubić („Nothing Happens Twice”) lub uciec w świat używek („Crybaby”). To nie są abstrakcyjne hasła, lecz rzeczywistość wielu młodych Irlandczyków. Dan Hoff, wokalista Gurriers, przygląda się temu światu z reporterską uwagą, ale opisuje go językiem pełnym metafor i emocji. „Nadzieja nie jest szeptem – to siekiera, którą wyważasz drzwi”. Tak śpiewa Hoff w kawałku tytułowym, jednocześnie pokazując, że mimo wszystko jest o co walczyć.
Z drugiej strony Gurriers nie zamykają się w granicach własnej wyspy. Jak wielu irlandzkich artystów, nie uciekają od tematów globalnej polityki. Tam, gdzie Kneecap jedzie po bandzie, Gurriers wybierają bardziej subtelne rozwiązania. Nie zabrakło fragmentów, gdzie piętnują rządy, media znieczulające społeczeństwo, i celebrytów, którzy wolą chować się za wygodną neutralnością. „Nobody’s Coming to Save You” to płyta, która przypomina, że obojętność też jest wyborem, który ma swoje konsekwencje.
Utwór „Party Line” otwiera wymowny cytat Michaela Parentiego, amerykańskiego politologa, historyka i jednego z najważniejszych głosów amerykańskiej lewicy: „Kraje Trzeciego Świata nie są biedne. Nikt nie jedzie do biednych krajów po to, by osiągać zysk”. Te zdania działają jak klucz do zrozumienia nie tylko samego utworu, ale i politycznej wrażliwości Gurriers. Parenti pisał o kapitalizmie, imperializmie i mechanizmach ekonomicznej dominacji, wskazując, że wiele państw określanych mianem „biednych” w rzeczywistości dysponuje ogromnymi zasobami naturalnymi, które od lat przyciągają uwagę światowych mocarstw. Irlandzcy twórcy, w tym Gurriers, patrzą na obecne konflikty przez pryzmat doświadczeń swoich ojców i dziadków. Nieprzypadkowo można spotkać się z opinią, że Irlandia była „pierwszą kolonią Anglii”. Oczywiście to trochę historyczne uproszczenie, ale dobrze oddaje sposób, w jaki wielu mieszkańców wyspy postrzega własną przeszłość: jako historię podporządkowania, eksploatacji i wielowiekowej walki o samostanowienie. Dlatego sprzeciw wobec imperializmu czy polityki silniejszych wobec słabszych nie jest w irlandzkiej kulturze jedynie modnym hasłem. Gurriers podobnie jak wiele irlandzkich zespołów wykorzystują ten kontekst, by punktować hipokryzję politycznych elit i stawać w obronie uciśnionych. W tym sensie łatwiej zrozumieć, dlaczego temat Palestyny, czy tak jak to ma miejsce w przypadku „Party Line” – wojny w Sudanie, tak często pojawia się w twórczości irlandzkich kapel.
Muzycznie „Nobody’s Coming to Save You” to wyraźny krok naprzód względem debiutu. Jeśli momentami będzie wam się wydawało, że słyszycie IDLES, to spokojnie, niczego sobie nie dopowiadacie. Jednym z producentów albumu jest bowiem Mark Bowen, a jego wpływ słychać na wielu płaszczyznach. Nie trzeba nawet daleko szukać, wstęp do otwierającego płytę utworu brzmi momentami jak żywcem wyjęty z ostatnich dokonań IDLES.
Za konsoletą stanął również Loren Humphrey, producent mający na koncie między innymi współpracę z Geese przy okazji ich doskonałego albumu „Getting Killed” oraz z Tame Impala (przy trochę słabszym „Deadbeat”). Mam wrażenie, że właśnie dzięki takiemu doborowi producentów otrzymujemy album, który nie zamyka się w jednej estetyce, a jednocześnie nie traci swoich post-noise-rockowych korzeni znanych z debiutu. Obok nich pojawiają się wpływy dance-punka, shoegaze’u, z charakterystycznymi ścianami dźwięku, post-rocka („Drones”!) oraz industrialnej motoryki, dzięki którym płyta nabiera dynamiki i różnorodności. Przez większość czasu, mimo przygnębiającego lirycznego kręgosłupa, materiał aż prosi się o solidny mosh pit pod sceną. Gdy dodamy do tego jeszcze miks Johna Congletona, współpracownika Michaela Giry i Swans, odpowiedzialnego również za moje ukochane „To Be Kind”, otrzymujemy prawdziwy tygiel brzmień. Co ciekawe, ten pozorny chaos działa wyłącznie na korzyść albumu. Wśród bardziej zaskakujących momentów warto wyróżnić „Shades”, które w spokojniejszych fragmentach przywodzi mi na myśl U2. Z kolei w „Pins”, jednym z najbardziej przebojowych utworów na płycie, Gurriers zdają się porozumiewawczo mrugać do wszystkich tych, których znajomość irlandzkich kapel kończy się na Fontaines D.C.

Najważniejsze jest jednak to, że zespołowi udało się osiągnąć gęstą, momentami wręcz klaustrofobiczną atmosferę. To właśnie ona spaja wszystkie muzyczne wpływy i sprawia, że ciężar tekstów wybrzmiewa jeszcze mocniej. Niezależnie od tego, w którą stronę skręca zespół, nad całością nieustannie unosi się poczucie niepokoju, które staje się jednym z największych atutów tej płyty.
Gurriers na swoim drugim albumie portretują świat przesiąknięty lękiem. Ale nie tym abstrakcyjnym, sztucznie wykreowanym przez social media, ale całkiem namacalnym, uzasadnionym i boleśnie znajomym również w Polsce. „Przez wszystkie te lata, które wydają się zbyt krótkie, dziwacy pozostawali bezkarni, wyrywano nas jak chwasty, a wszyscy ci klauni wciąż siedzą na swoich stołkach” – śpiewa Dan Hoff w zamykającym album „Crybaby”. To brutalna deklaracja, ale trudno znaleźć lepsze podsumowanie płyty. Gurriers nie oferują prostej ucieczki. Nie zakładają różowych okularów i nie próbują osładzać rzeczywistości. Zamiast tego uwypuklają wszystko to, co uwiera: społeczną frustrację, polityczne rozczarowanie i poczucie, że świat coraz częściej nagradza niewłaściwych ludzi. Ale też daje sygnał, że jeżeli tylko znajdziemy siłę, powinniśmy walczyć o lepsze jutro!
Gurriers udowodnili, że sukces debiutu nie był dziełem przypadku. „Nobody’s Coming to Save You” to album dojrzalszy, odważniejszy i po prostu lepszy od swojego poprzednika. Czy to wystarczy, by wznieść się ponad wyjątkowo silną konkurencję irlandzkiej sceny post-punkowej? Nie mam co do tego pewności. Jedno jest pewne: ten album zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie i sprawia, że z dużą ciekawością wyczekuje się kolejnego kroku zespołu. Jeśli płyta budzi taki apetyt na więcej, trudno o lepszą rekomendację.
Grzegorz Bohosiewicz