Mam wrażenie, że większość słuchaczy z mojego pokolenia, widząc nazwę Beck, odruchowo zaczyna nucić: „I’m a loser, baby…”. Minęło już ponad trzydzieści lat od premiery „Mellow Gold”, a dla wielu osób Beck David Hansen wciąż jest postrzegany jako artysta tylko tego jednego kawałka. Czy mnie to dziwi? Nie… „Loser” był jednym z „tych” przebojów, które na stałe wpisały się w popkulturowy krajobraz poprzedniej epoki. Jednocześnie trudno nie odczuwać pewnego żalu, że tak ogromny sukces singla przez lata skutecznie maskował resztę imponującej dyskografii artysty, który regularnie tworzył muzykę znacznie ciekawszą niż ten jeden popowy przebój. Uważam, że ogromną krzywdą jest wrzucanie Becka do wora z napisem „one hit wonder”. To jeden z najbardziej nieprzewidywalnych, kreatywnych i konsekwentnie wymykających się szufladkom artystów swojej generacji. Szkoda, że w Polsce nigdy nie doczekał się uznania na miarę swojego talentu. Zresztą relacja Hansena z naszym krajem od lat wydaje się dość szorstka. Jego pierwszy planowany koncert w Polsce, który miał odbyć się w 2022 roku na warszawskim Torwarze, został odwołany. Oficjalnie z powodów logistycznych, choć w kuluarach mówiło się raczej o fatalnej sprzedaży biletów… podobno naprawdę tragicznej. Nie pomógł nawet sentyment milenialsów do „Losera”, o którym mam wrażenie, że dziś, cztery lata później, jeszcze mniej osób pamięta. Może właśnie dlatego warto zagłębić się w dyskografię Becka, a jeżeli nie mieliście wcześniej tej przyjemności, gwarantuję, że odkryjecie prawdziwy kalejdoskop gatunków. Beck przez ponad trzy dekady swojej kariery konsekwentnie udowadniał, że jego miłość do poszukiwań jest dla niego ważniejsza niż podążanie za trendami. Dziś artysta wraca ze swoim piętnastym studyjnym albumem „Ride Lonesome”. W którą stronę tym razem powędrował? Czy po tylu latach wciąż potrafi zaskoczyć? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.
Minęło siedem długich lat, od kosmicznej przejażdżki jaką zaserwował nam Beck do spółki z Pharrellem Williamsem na swoim czternastym albumie „Hyperspace”. Nigdy nie byłem szczególnym fanem tamtej płyty, kawałka z chórkami Chrisa Martina (chociaż i tak jest lepszy od wszystkiego, co nagrał razem z Coldplay w ostatnich latach!), inspiracji synth-popem i vaporwave… i tak dalej… Tym bardziej cieszy mnie, że na swoim najnowszym albumie „Ride Lonesome” Hansen wraca do bardziej melancholijnej estetyki bliższej swoim wcześniejszym albumom, z „Morning Phase” na czele. To muzyka elegancka, pełna refleksji… i do tego niezwykle osobista. Już sama okładka sugeruje nastrój, z jakim przyjdzie nam się zmierzyć. Te 12 kawałków składających się na „Ride Lonesome”, wywołuje bardzo podobne emocje: poczucie samotności, tęsknoty, pewne wrażenie ulotności i przemijania, ale niejednokrotnie też otuchy… niczym ta firanka ze zdjęcia na okładce, nieśpiesznie unosząca się od powiewu wiatru.
Co ciekawe, analogiczną sytuację mieliśmy w przypadku wspomnianego wcześniej „Hyperspace”. Tam również okładka doskonale oddawała charakter muzyki. Różnica polega jednak na tym, że siedem lat temu Beck spoglądał w gwiazdy zza swojej Toyoty Celiki, kreśląc retrofuturystyczne syntezatorowe pejzaże. Tutaj mamy zwrot o 180 stopni. „Ride Lonesome” to płyta, która nigdzie się nie śpieszy, a jeżeli miałbym być złośliwy, mógłbym nawet powiedzieć, że ciągnie się jak przysłowiowe flaki z olejem. Nie znajdziemy tu spektakularnych radiowych przebojów i wpadających w ucho popowych singli. Ale to właśnie jest jej największą siłą, i jest w tym coś unikalnie i prawdziwie pięknego.
Żeby w pełni zrozumieć klimat i emocje, jakie stoją za „Ride Lonesome”, trzeba cofnąć się do września 2021 roku, kiedy oficjalnie zakończył się rozwód Becka z aktorką Marissą Ribisi. Nietrudno skalkulować, że jest to pierwszy studyjny album wydany już po zakończeniu jego piętnastoletniego małżeństwa.
Wydarzenia, które musiało wywrócić życie Becka do góry nogami. Słuchając „Ride Lonesome”, trudno jednak doszukiwać się jątrzących się przez lata ran czy desperackich prób rozliczeń z przeszłością. Wygląda raczej na to, że Hansen miał wystarczająco dużo czasu, by wszystko przemyśleć, poukładać i w pewnym sensie pogodzić się ze stanem rzeczy. Płyta spowita jest nostalgiczną aurą, ale nie jest to nostalgia podszyta goryczą. Nie ma tu ekshibicjonistycznej potrzeby wyrzygania z siebie wszystkiego, co złe, wprost na słuchacza. To raczej spojrzenie dojrzałego emocjonalnie 56-latka, który akceptuje konsekwencje własnych wyborów i potrafi odnaleźć spokój po życiowej burzy. „Paper roses they forgot to bloom. So, walk away. Hang your head upon the hollow moon” – śpiewa Beck w utworze tytułowym, jednocześnie pokazując jak dobrym jest songwriterem. Mimo refleksyjnego charakteru płyty w wielu momentach przebija przez niego subtelny optymizm, a także świadomość, że pewnych rozdziałów nie warto już otwierać na nowo. Jest w tym pewien terapeutyczny pierwiastek, który być może będzie w stanie pomóc niejednemu słuchaczowi rozprawić się z własnymi demonami.
Muzycznie „Ride Lonesome” równie mocno spogląda wstecz. Przez kolejne utwory przewijają się echa lat 60. i 70., a inspiracje stojące za tym brzmieniem Beck właściwie podaje słuchaczowi na tacy. W styczniu 2026 roku ukazała się kompilacja jego interpretacji klasycznych piosenek o różnych odcieniach miłości oryginalnie zaśpiewanych przez takich twórców jak Elvis Presley, John Lennon, Caetano Veloso czy Daniel Johnston. Warto posłuchać obu wydawnictw jedno po drugim. Dopiero wtedy widać, jak wiele wspólnego mają ze sobą klasyki z „Everybody’s Gotta Learn Sometime” oraz materiał z „Ride Lonesome”. Łączy je podobna energia i melancholia. „Ride Lonesome” potrafi zaskoczyć także tym, z jaką naturalnością Beck przemieszcza się między różnymi muzycznymi płaszczyznami. „In the Night” zanurza się w subtelnej estetyce chamber popu, podczas gdy „Slow Canyon” i utwór tytułowy skręcają w stronę alt-country. Co istotne, te stylistyczne przeskoki nigdy nie sprawiają wrażenia wymuszonych. Wręcz przeciwnie, Beck prowadzi słuchacza przez kolejne krajobrazy z godną pozazdroszczenia lekkością. W „Failed Words” mamy pianino, a w „It Ends Right Here” wystarczy kilka prostych akordów zagranych na gitarze akustycznej, by zbudować intymną, niemal hipnotyzującą atmosferę. Później utwór rozwija się w coś znacznie większego i bardziej epickiego, nie tracąc przy tym emocjonalnego ciężaru. Takich momentów jest na płycie więcej. Rozbudowane aranżacje pojawiają się niemal na każdym kroku, a smyczki, instrumenty dęte, chórki i klawisze („Bleed” czy podniosły „For Your Love”), nadają całości elegancji i filmowego rozmachu.

Nie jest przypadkiem, że za miks odpowiada Nigel Godrich, producent legenda od lat związany z Beckiem. Jego doświadczenie zdobyte podczas współpracy z Radiohead we wszystkich możliwych konfiguracjach, od „Junun”, przez solowe projekty Thoma Yorke’a, aż po The Smile, a także z Air czy Arcade Fire, słychać tu niemal w każdym detalu.
„Ride Lonesome” snuje się niczym melancholijny filmowy dramat, nasiąknięty emocjami i drobnymi niuansami ukrytymi między dźwiękami. Wystarczy na chwilę zamknąć oczy i odciąć się od świata, by odkryć imponującą ścieżkę dźwiękową do filmu, który istnieje wyłącznie w wyobraźni słuchacza. („For Your Love” czy zamykające „Beond The Lighy”).Najważniejsze pozostaje jednak to, że nawet najbardziej rozbudowane fragmenty nie popadają w efekciarstwo. Orkiestracje nigdy nie sprawiają wrażenia dodatku doklejonego na siłę. Są integralną częścią tej opowieści, naturalnie wzmacniając jej emocjonalny ciężar. Całość spajają zaś wokale Becka. Raz skrywają się gdzieś w tle, wtapiając się w bogatą paletę dźwięków, innym razem wychodzą na pierwszy plan, prowadząc słuchacza przez kolejne rozdziały tej historii.
„Ride Lonesome” to jeden z najbardziej intymnych i emocjonalnie dojrzałych albumów w dorobku Becka. Artysta wraca tu do melancholijnej estetyki, tworząc płytę pełną refleksji, subtelnego piękna i filmowego rozmachu. Mam wrażenie, że data jej premiery nie jest przypadkowa. To album wręcz stworzony do słuchania podczas spaceru przez skąpany w złotych liściach jesienny park. I co najważniejsze, jeśli wciąż kojarzycie Becka wyłącznie z „Loserem”, „Ride Lonesome” będzie najlepszym dowodem na to, jak wiele przez wszystkie te lata was ominęło.
Grzegorz Bohosiewicz