IKS

ArcTanGent Festival 2026, Fernhill Farm, Compton Martin, Wielka Brytania [Relacja tekstowa]

ArcTanGent swoimi nieszablonowymi line-upami przykuł moją uwagę już jakiś czas temu. I gdy w tym roku z powodu zbyt dużego popytu nie udało nam się z kolegą kupić biletów na Hellfest, to uznałem, że może w końcu czas polecieć do Anglii, zwłaszcza że wtedy mogła nam towarzyszyć moja druga połówka. Z czasem, gdy składy obu imprez zostały ujawnione, dziękowałem algorytmom francuskich serwerów za umieszczenie mnie wtedy na samym końcu kolejki zakupów. ArcTanGent, choć zdecydowanie bardziej uprofilowany, lepiej trafia w moje gusta niż przeważnie odgrzewane kotlety u Francuzów. Na oko połowa zespołów gra muzykę z gatunków, które mają w przedrostku „post” i gwarantuję, że w tym roku nie przeczytacie artykułu, w którym te cztery litery występowałyby częściej. Ponadto jest tu zdecydowanie bardziej kameralnie, a występów nie trzeba oglądać przez lornetkę.

zdj. Mateusz Jugowiec

 

Festiwal od parunastu lat odbywa się na farmie w okolicach Bristolu, a w przyszłym roku przeniesie się na też na farmę, ale bliżej Birmingham, co było wynikiem działania sił wyższych. Natomiast organizatorzy nie zamierzają zwiększać rozmiaru imprezy i pozostają przy limicie dwunastu tysięcy uczestników. Jako że byłem tu pierwszy raz, nostalgii nie czułem, ale prawdę mówiąc, w przeciwieństwie do przenoszącego się Mystica, miejscówka to zwykłe pole na farmie, gdzie jedynym charakterystycznym punktem jest kot, którego widziałem tylko na zdjęciach, więc myślę, że dużego sentymentu i tak bym nie miał. Tym bardziej że nowa lokacja ma mieć identyczny układ.

REKLAMA

 

Czyli – co najważniejsze – cztery duże namioty, w których odbywają się koncerty. Cieszy mnie zadaszenie, bo większość występów nie wybrzmiałaby tak dobrze na pełnym słońcu. A że to Anglia, to słoneczna pogoda nie jest wcale oczywista, więc w razie czego nie powinno się przesadnie zmoknąć. Wszystkie sceny są na tyle blisko siebie, że pięć minut przerwy między koncertami bez problemu wystarczało na przejście z jednej do drugiej. Czasówka jest ułożona w prosty, ale dobry sposób: występy odbywają się zawsze na dwóch scenach jednocześnie, a potem na kolejnych, i tak w kółko. Wyjątkiem był tu pierwszy, bonusowy dzień, w którym zespoły grały naprzemiennie w dwóch otwartych tego dnia namiotach. Środy mają tu też taki patent, że grają tam przeważnie tylko zespoły, które grały na poprzedniej edycji, i nie licząc dwóch największych nazw, tak było też tym razem.

 

DZIEŃ PIERWSZY

Festiwal otworzył zespół Swamp Coffin. I na start zdziwienie – frekwencja była ogromna, biorąc pod uwagę, że to bardzo niszowy zespół grający o 13:00. Sama muzyka to sludge raczej od linijki, ale na otwarcie w sam raz. Do tego byłem w moim pierwszym i prawdopodobnie ostatnim wall of death – skusił mnie fakt, że była to samozwańcza najwolniejsza taka ściana w historii.

 

Pierwszy występ, który nazwałbym świetnym, to Overhead, The Albatross. Wiązałem duże nadzieje z Irlandczykami, naczytawszy się na facebookowej grupie zachwytów nad ich zeszłorocznym koncertem. Nie zawiodłem się. Do klasycznego post-rocka (nazwa zespołu może zmylić, wszak to pierwsze trzy słowa „Echoes” Pink Floyd) dodają taneczną elektronikę, a nawet – w nowym, jeszcze niewydanym utworze – rap poetry. I chociaż czasem takie miszmasze nie są zbyt strawne, tak tutaj wszystko miało skrzydła i nogi.

REKLAMA

 

Następnym mocnym strzałem było Dimscûa. Ich zeszłoroczny debiut, „Dust Eater”, zmiótł mnie z planszy – to zdecydowanie jeden z najlepszych post-metalowych albumów ostatnich lat. Dominuje na nim niepokojąca atmosfera, w której brutalność i melancholia żyją w idealnej symbiozie. To wszystko miało swoje odzwierciedlenie również na żywo, a Brytyjczycy po raz pierwszy zagrali też przedpremierowo nowy utwór.

 

Z pewnością ważnym punktem festiwalu był występ zespołu Svalbard, który na farmie Fernhill dokonał swojego żywota. Chcieli zagrać swój ostatni koncert blisko swoich rodzimych stron, bo wbrew nazwie nie pochodzą z norweskiego archipelagu, na którym lepiej nie wychodzić po bułki bez strzelby na misie polarne, a z Bristolu. Zatem po trzech miesiącach od ostatniej trasy zebrali się, by po raz finalny zaserwować swój szeroko rozumiany post-hardcore. Zespół lubię z płyt, ale na żywo w ogóle mnie nie przekonali, a mieli ku temu dwie okazje. Nie wiem, co wtedy dokładnie było nie tak, może płaskie brzmienie, ale brakowało jakiegoś składnika, który na szczęście pojawił się na ArcTanGent, jak tylko muzycy weszli na scenę w akompaniamencie „The Final Countdown” z taśmy. Tym razem wiele tu grało – brzmienie, energia, kontakt z publiką. Setlista z kolei nie różniła się za bardzo od ich innych tegorocznych koncertów. Mimo zapewnień liderki, że nie chcieli iść na łatwiznę i przygotować coś specjalnego dla festiwalowiczów, zagrali tylko jeden odmienny kawałek, który kojarzył im się z ich pierwszym wystąpieniem na ATG. Liczyłem też na trochę większe emocje ze strony samego zespołu na zakończenie piętnastoletniej przygody, ale może po prostu jestem naiwnym romantykiem. Zdecydowanie był to najlepszy z tych trzech koncertów Svalbard, na którym w końcu dorównali jakością do własnych krążków. Polecam ich zobaczyć, jeśli będziecie mieli okaz– too soon?

 

Svalbard
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Ciężko było długo być smutnym, gdy zaraz po nich szalone show zaserwowali nam Brazylijczycy z Papangu, świeżo po wydaniu swojego trzeciego, świetnego albumu. Próba zaszufladkowania ich muzyki byłaby dla nich krzywdząca, więc powiem tyle, że łączą wiele gatunków, w tym avant-garde metal, prog rock, jazz czy zeuhl. Największą furorę na koncercie zrobił moment, gdy jeden z muzyków zagrał na kilkunastu instrumentach jeden po drugim, a jak mówię „instrumentach”, to mam na myśli m.in. gumowe kurczaki. Papangu to była kolejna topka dnia. Wiem, że podczas trasy chcieli zagrać również w Polsce, ale do tego nie doszło. Mam nadzieję, że niektórzy bookerzy trafią na moją relację i zastanowią się nad swoim życiem.

 

Papangu
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Co prawda najstarszy stażem (49 lat) zespół na festiwalu, Cardiacs, oficjalnie nie miał statusu headlinera środy, ale moja teoria spiskowa jest taka, że to tylko dlatego, że zostali późno dodani do składu i głupio było festiwalowi degradować ogłoszonego wcześniej headlinera. W każdym razie oba zespoły miały godzinę na granie. Cardiacs wrócili z bardzo dobrym nowym albumem po kilkunastoletniej przerwie spowodowanej hospitalizacją, a ostatecznie śmiercią lidera zespołu Tima Smitha. Grają oni połączenie art punka z rockiem progresywnym (sic!) i jeśli to połączenie brzmi na papierze dziwacznie, to dlatego że takie jest w rzeczywistości. Ale działa. Na żywo również – panowie nawet bez oryginalnego frontmana jak najbardziej dali radę i zaserwowali nam wyśmienity show. Być może ostatni w karierze, gdyż dzień po koncercie jeden z muzyków, Kavus Torabi, umieścił niejednoznaczny wpis o zamknięciu pewnego rozdziału. Obym go źle odczytywał…

 

Cardiacs
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Ostatnimi koncertami każdego dnia były sety silent disco. Za niewielką opłatą w wysokości 6 funtów można było na cały festiwal wypożyczyć słuchawki, przez które leciała muzyka grana na żywo. Bez nich było słychać tylko trochę perkusji i ewentualnie głośniejsze wokale. Szczerze – nie jestem do końca pewien, skąd taki zabieg (cisza nocna? na farmie pośrodku niczego?), ale skoro już tak było, to żal nie skorzystać. Pierwszego dnia wystąpił w ten sposób irlandzki zespół God Alone. Mimo że grają post-hardcore, to wydawali mi się odpowiedni do tego formatu z powodu masy tanecznych momentów z dużą dawką elektroniki, jak np. w fenomenalnym „Sir Laplage”. Szkoda zatem, że zespół postawił na mocniejsze gitarowe akcenty, nawet wspomniany utwór miał inną aranżację, ale i tak był najjaśniejszym punktem koncertu. Było dobrze, ale trochę nie tego się spodziewałem.

 

To nie wszystkie występy, jakie udało mi się zobaczyć tego dnia. W zasadzie widziałem wszystko poza Giant Walker, które było doskonale słychać z namiotu, ale ich alternatywny metal bynajmniej doskonały nie był. Na prawdziwego headlinera, SikTh, szkoda mi było poświęcać cały akapit – dla mnie zbyt metalcore’owe. Chociaż nie było źle, a dwójka wokalistów zarażała energią, wolałem trochę wyleczyć przeziębienie i po 20 minutach resztę dosłuchałem z namiotu. Bardzo dobrze zagrał instrumentalny post-rock Lost in Kyiv. Nieco gorzej, choć wciąż nieźle, inny post-rock – The Gray. Screamowe Chalk Hands dało przyzwoity koncert, z kolei artrockowi lokalsi z Bristolu, Sans Froid, całkiem przyjemnie się popisywali z dwiema wokalistkami. Zostało jeszcze mathrockowe (nazwa festiwalu zobowiązuje) Alpha Male Tea Party, które też było udanym dodatkiem do bardzo udanego pierwszego dnia.

 

 

DZIEŃ DRUGI

Napis „It’s always sunny at ArcTanGent” na festiwalowych koszulkach wydawał mi się ironiczny, ale chyba coś w nim jest. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że kilkugodzinne opady skończyły się dosłownie parę minut przed pierwszym festiwalowym występem na głównej scenie, a słoneczna pogoda towarzyszyła nam przez niemalże cały festiwal? Swoją drogą, mimo deszczów, błota na festiwalu nie uświadczyłem, jedynie trochę na drodze między polem namiotowym a wejściem.

A wspomniany inicjujący koncert grał IAN. Tutaj znowu się trochę przeraziłem, widząc, jak dużo ludzi przyszło na otwierający koncert o 11:00 rano. Nie tylko ja, bo i wokalista w typowy przekorny brytyjski sposób skomentował, że ta frekwencja jest przytłaczająca i nie podoba mu się to. Na szczęście moje obawy okazały się zupełnie nietrafione – ludzie tutaj na koncertach rozstawiają się po całym obszarze namiotu i poza headlinerami nie miałem nigdy problemów z podejściem pod samą scenę, a nawet zdarzyło mi się niejednokrotnie okupować barierki. To wszystko bez wychodzenia wcześniej z innych koncertów czy biegania między namiotami. Wracając do muzyki, IAN gra post-metal z tego cięższego rodzaju, chociaż kontrapunktem do tych wszystkich cięższych elementów jest zaskakująco zgrabnie pasująca wiolonczela. Wspaniałe otwarcie pierwszego pełnego dnia. Szkoda, że tylko pół godziny, ale tutaj dominują krótkie sety.

 

Tego dnia aż 5 następnych slotów miało tylko 30 minut. Były to zatem krótkie strzały, ale wszystkie trafiły w cel. Namiot Yohkai otworzyło Last of Eden, znane także jako L.O.E., które zagrało bardzo dobry kinowy post-rock. Następny w kolejce był WitchSorrow, jedyny typowy doom metal na festiwalu. Jak sami podkreślali, była to prosta muzyka, ale wchodziła zacnie. Holenderski Klämp, mimo że wychodzili od eksperymentalnego noise rocka, na swojej zeszłorocznej płycie mocno poszli w krautrock i wyszło im to genialnie. Szkoda zatem, że podczas swoich trzydziestu minut zagrali tylko trzy niewydane jeszcze kawałki oraz jeden starszy, w których krautrock był ledwo wyczuwalny. To był wciąż bardzo dobry koncert, podczas którego można było wpaść w niepokojący trans, zwłaszcza gdy stało się przed frontmanem, który przez cały występ miał groźną minę, ale jak w przypadku God Alone., liczyłem na trochę inny balans gatunków.

 

Klämp
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Drugą największą (tak, to clickbait) niespodzianką festiwalu była dla mnie Zeta. Prawdopodobnie najbardziej egzotyczny zespół tegorocznej edycji – bo co mogłoby przebić pod tym względem wenezuelski post-hardcore? Latynoskie wpływy były jak najbardziej słyszalne na koncercie i tu zaznaczę, że często mam wrażenie, że zespół z nietypowego (jak na ciężką muzykę) kraju wrzuci parę lokalnych melodii na siłę i odhaczy sukces, a fani to kupią. Nie tym razem. Wszystko idealnie się wkomponowywało w ten szalony set, idealny dla osób z ADHD. Muzycy wymieniali się obowiązkami wokalnymi, gdzie jeden nagle zaczyna rapować po angielsku podczas gdy cała reszta koncertu była śpiewana w języku hiszpańskim, a drugi używa, o dziwo, zaskakująco pasującego auto-tune’a. Tutaj pół godziny to było zdecydowanie za mało, chciałbym dużo więcej. Ale może czasem zamiast latte lepiej działa espresso na poczwórnej dawce.

 

Zeta
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Jako że niedawno widziałem Psychonaut (ale dla kronikarskiego obowiązku dodam, że ich występ był jednym z najlepiej ocenianych na festiwalu), to szansę dałem irlandzkim młodzikom z Bucket. Świetny noise rock, mnóstwo energii, trzymam za nich kciuki. Pierwszą połowę Ronker słyszałem, zajadając mac and cheese przed namiotem, i wydawało mi się, że wszystko w porządku słychać i dobrze grają, ale dopiero po podejściu pod scenę Belgowie mocniej przyłożyli mi w twarz swoim noise rockiem – wspaniałe to było. Na ostatnim kawałku wokalista powiedział, byśmy teraz wszyscy zaśpiewali swój hymn, i gdy już zacząłem wykrzykiwać Mazurek Dąbrowskiego, zrozumiałem, że śmieszkowi chodziło o „Wonderwall”. Wraz z „Angels” Robbiego Williamsa puszczonym głośno z taśmy na koniec zakończyło to koncert dość chaotycznie, choć w sympatyczny sposób. Floating gra death metal, ale nie w typowy dla ich rodzimej Szwecji sposób, bo dodają do niego sporo post-punka. Na koncie mają dwie płyty, natomiast najbardziej spodobał mi się niewydany jeszcze kawałek, co dobrze rokuje na przyszłość. Było fajnie, choć wokalista był wyraźnie stremowany między utworami, jako że za dużo nie mieli okazji grać na żywo, ale pewnie z czasem to przejdzie. Ważne, że utwory zagrane były bezbłędnie.

 

Floating
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Po krótkiej przerwie na regenerację sił wróciłem na Alcest. Francuzom najwidoczniej spodobała się idea półgodzinnych setów, bo przez opóźnienie zagrali właśnie tyle z planowanych pięćdziesięciu minut. Niby coś tam gadali o tym, że ich bus się zepsuł, ale ja wiem swoje. Grubego kolegę Mikołajka widziałem już po raz… dziewiąty, mimo że ogromnym fanem nie jestem (siedem z tych wystąpień to festiwale), więc trochę trudno, by mnie czymś zaskoczyli. Dla mnie to był po prostu kolejny udany koncert. „Sapphire” jak zawsze zabrzmiało niezwykle przyjemnie, a nawet pojawił się niesłyszany przeze mnie wcześniej „Eclosion”. Bez zaskoczeń, ale też nie spodziewałem się żadnych.

 

Scorpion Milk z kolei ciężko było zobaczyć po raz dziewiąty, gdyż tylu koncertów nawet nie zagrali. Chociaż zbiegiem okoliczności, o ile dobrze liczę, był to również dziewiąty raz, gdy widziałem występ Mata McNerney’a, znanego głównie z Hexvessel, Grave Pleasures czy Beastmilk. Scorpion Milk to jego nowy projekt i uderza w te same nuty, co dwa ostatnie wspomniane zespoły – deathrockowy post-punk. Ale prawdę mówiąc, przez większość koncertu myślałem, o ile bardziej bym wolał ponownie obejrzeć Grave Pleasures grające utwory z rewelacyjnego „Motherblood” oraz z repertuaru Beastmilk, jak to miało miejsce kiedyś w polskiej stolicy. Nowe numery są po prostu gorsze – choć chwytliwe, to trochę jednak zbyt proste w strukturze, a samemu występowi brakowało energii, której doświadczyłem te osiem lat temu. Ostatecznie, pod koniec poleciały dwa utwory Beastmilk („Nuclear Winter” i „The Wind Blows Through Their Skulls”), ale ogólnych wrażeń nie zmieniły. Całościowo wciąż się nie najgorzej bawiłem, ale z tych dziewięciu koncertów Mata, ten był najsłabszy. Za to jedyny z minutowym samplem po polsku przed jednym z utworów. I ja wiem, że Blood Incantation świętuje teraz triumfy, ale to nie powód, żeby kopiować ich stylówę (łysy + długie włosy jednocześnie), jak to robił jeden z muzyków.

 

Igorrr
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Igorrra widziałem na Mysticu przez kwadrans, ale w pełnym słońcu w ogóle nie zrobili na mnie wrażenia. Na płytach też nie jestem fanem, choć nie są złe. Miałem przeczucie, że tutaj będzie lepiej – i zdecydowanie było. Nietypowe brzmienie, dwoje różnych wokalistów, dziwne przebieranki, atrakcyjna gra świateł, rytualne szaleństwo łączące metal z operą i breakbeatami – to wszystko sprawiało, że dobrze się bawiłem. Ale po jakimś czasie zaczęło to być wtórne, więc choć nie zdążyli mnie znudzić, tak myślę, że wcześniejsze zakończenie koncertu o dziesięć minut z planowanych siedemdziesięciu pięciu przysłużyło im się. I mnie też, bo dzięki temu zająłem miejsce na samym środku drugiego rzędu (w połowie koncertu przez chaos dostałem awans na same barierki), gdy w innym namiocie rozstawiał się jeden z moich ulubionych nowych zespołów – Maruja. Nie miałem do nich wielkiego szczęścia – koncert na Offie bez saksofonisty, na Pohodzie odwołany, na Roadburnie widziana tylko połowa, bo clashowała z jednorazowym setem Cult of Luna. Tyle dobrze, że nie jechałem z Krakowa przez całą Polskę do Gdańska, jak niektórzy moi znajomi, gdzie ich instrumenty nie doleciały, a na cudzych nie chcieli grać. No ale ryzyko, że pociąg z Manchester się wykolei, za duże nie było, tak więc punktualnie zespół wszedł na scenę w pełnym składzie. Jeśli ktoś żyje pod kamieniem, to powiem, że to post-punk/post-rock z mocnymi wpływami jazzu czy nawet rapu. Na żywo lubią też jamować i choć to dla zespołu ważny aspekt, tak osobiście wolałbym, by zamiast tego zagrali po prostu jeszcze jeden utwór, choćby krótkie „Trenches”, bo o moim ukochanym „Kakistokracy”, od którego zacząłem przygodę z zespołem, gdy prawie nikt ich nie znał, mogę raczej tylko pomarzyć. Show rozkręcał głównie saksofonista, który jak na Roadburnie, grał w tłumie. No i wspaniałe „Look Down on Us” na koniec. Świetny koncert, choć jednak mimo obejrzenia wtedy tylko drugiej połowy występu, w Holandii bardziej mnie zmietli.

 

Maruja
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Headlinerka dnia, Chelsea Wolfe, miała do dyspozycji tyle czasu, co Igorrr, ale w pełni go wykorzystała. I całe szczęście, bo występ tej utalentowanej wiedźmy (jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to może niech żyje w błogiej nieświadomości…) mógłbym oglądać znacznie dłużej. Artystka zagrała przekrojowy set, sięgając po numery z aż siedmiu swoich albumów z odnowionymi aranżacjami najstarszych kawałków. A że pani Wolfe nigdy nie trzymała się ściśle jednego gatunku, tak i tutaj można było usłyszeć zarówno gothic rocka, jak i darkwave czy nawet doom metal. Wprawdzie nie pasuje ona bardzo do stylistyki festiwalu, ale ortodoksyjni arctangentowicze nie powinni byli marudzić, bo alternatywą do jej koncertu było rewelacyjne Zu. Jak to bywa na występach Chelsea – przepiękne światła dodawały mnóstwo uroku. Koncert odbywał się w przeddzień wydania płyty „The Dark”, z której numery były już wcześniej grane na żywo, dlatego dziwiło mnie, że przez większość koncertu nie poleciało nic nowego, aż dopiero na sam koniec – trzy utwory z rzędu. Płyty jeszcze nie słyszałem, ale na żywo brzmiało to równie dobrze, co reszta. Tuż przed koncertem festiwal zapowiedział dodatkowo release listening party na słuchawkach od silent disco. Całe pół godziny przed brytyjską premierą, co oznacza że pół godziny po polskiej, więc przed znajomymi bym nie szpanował. Ale i tak musiałem odpuścić, bo było w tym samym czasie, co silent disco set tego dnia – Bruise Blood (było to możliwe, bo słuchawki miały kilka kanałów do wyboru). To elektroniczny projekt Mike’a Bourne’a, znanego festiwalowiczom z post-rockowego Teeth of the Sea. Na żywo wraz z gitarzystą zagrali koncert najbardziej stylistycznie pasujący do idei cichych dyskotek. Można było trochę się pobujać, ja się dobrze bawiłem. Udane zakończenie bardzo udanego dnia.

 

Bruise Blood
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Bo oczywiście, że dzień był bardzo udany, gdy na piętnaście widzianych przeze mnie koncertów, najgorszym był post-punk, podczas którego leciały hity Beastmilk.

 

DZIEŃ TRZECI

Początki następnych dni nie były już takie mocne, ale wciąż utrzymywały dobry poziom. W piątek główną scenę otworzył The Sad Season, projekt jednego z wokalistów SikTh oraz jego kolegi o swojsko brzmiącym imieniu Tomasz. Uzbrojeni w basistkę, perkusistę i okazjonalną wokalistkę zafundowali nam, jak sami siebie określają, prymitywnego rocka przepuszczonego przez filtry The Cure, by brzmiał smutno. Zupełnie inne klimaty niż środowy headliner, ale mnie się bardziej podobało. Na koncie mają zaledwie parę utworów, choć dłuższa płyta czeka na horyzoncie. To ostatnie zdanie można też zastosować do kolejnego zespołu – Señor Pink. Tych sześciu muzyków gra dość chaotyczny prog-rock, z modnym obecnie saksofonem. Było nieźle, ale prawdę mówiąc, dwa tygodnie po koncercie najbardziej pamiętam ludzi skandujących „joksze”, które dopiero następnego dnia rozszyfrowałem jako „Yorkshire”, co najwidoczniej często jest krzyczane na koncertach zespołów z tamtego obszaru. Szkoda, że u nas nie skandują np. „województwo podkarpackie”.

 

Szwedzkie Blessings zagrali prawdopodobnie najkrótszy koncert na festiwalu, ledwo przekraczając próg dwudziestu minut mimo rozpoczęcia przed czasem. Jest to o tyle dziwne, że mają trzy płyty na koncie i jeszcze w samym sierpniu grali dwukrotnie dłuższe sety. Nie żebym jakoś bardzo żałował, choć jednak przy ich mocnym sludge’u dobrze się bawiłem, ale szanujmy się. Połowę (czyli kwadrans, hehe) nowozelandzkiego Ringlets przegadałem ze znajomym Brytyjczykiem, ale druga część koncertu udowodniła mi, że to chyba najnormalniejszy zespół na festiwalu – zwykły indie rock, niczym się niewyróżniający, może poza tym, że jeden z ich utworów nazywa się „Ancient Gays”. Ale było całkiem przyjemnie.

 

Civil Service to post-rock z Manchesteru, grający przeważnie instrumentalne kawałki, choć na płytach pojawiają się gościnni wokaliści. I na ArcTanGent na drugiej połowie koncertu do jednego utworu zaprosili śpiewaka z Overhead, The Albatross, a ostatni utwór wspólnie zaśpiewała trójka jeszcze innych muzyków. Składało się to na śliczne, melancholijne wystąpienie, dlatego też ta część wybrzmiała lepiej niż początek, ale i on był niczego sobie. Niemcy z ZAHN w swój post-rock wplatali krautrock, ale na szczęście w przeciwieństwie do Holendrów dzień wcześniej nie pozbyli się tych wpływów na koncercie. W końcu zatem dostałem ten upragniony gatunek, więc byłem zadowolony.

 

Civil Service
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Conjurer przywalił mocnym sludgem, ale mimo że lubię ten angielski kwintet, muszę przyznać, że z czasem zaczęło mnie trochę nużyć. Choć sądząc po reakcjach licznie zgromadzonej publiki, chyba tylko mnie. Szwedzi z Barrens reprezentowali kolejny z instrumentalnych post-rocków, ale z tych wyłącznie bez wokali, możliwe, że podobali mi się najbardziej. Mieli bardzo dużo takich „cool” momentów – wiem, że nieprofesjonalnie to brzmi, ale nie umiem tego lepiej napisać. Posłuchalibyście tych fragmentów, to byście zrozumieli, o co mi chodzi. Japońskie Mass of the Fermenting Dregs niby stylistycznie odstawało od festiwalu, ale jak powiedziała wokalistka łamanym (i uroczym) angielskim, nie był to ich pierwszy występ tutaj. Portal RYM określa ich muzykę jako shimokita-kei, co w uproszczeniu jest odmianą alternatywnego rocka. Zaledwie kilka dni przed koncertem wydali nowy album, ale że setlista była przekrojowa, ostatecznie poleciał z niego tylko jeden numer. Odmienne od reszty line-upu granie, ale bardzo przyjemne, a dłuższe instrumentalne partie momentami kojarzyły mi się z psychodelicznymi odlotami ich rodaków z Bo Ningen.

 

Lili Refrain to one-woman orchestra. Włoszka na koncertach nagrywa partie poszczególnych instrumentów, w tym wokale, po czym puszcza je w zapętleniu, dzięki czemu jej rytualne dźwięki wybrzmiewają w pełni jak na albumach. Robi to wrażenie na żywo, nawet jak się ją widzi po raz czwarty jak ja. Natomiast na poprzednich koncertach grała lepszy materiał, więc teraz było po prostu nieźle. Niedawno reaktywowane alt-rockowo/post-hardcorowe Arcane Roots nie wzbudziło mojego większego zainteresowania podczas przedfestiwalowego odsłuchiwania i początkowo miałem ich olać na rzecz islandzkiego Múr, ale gdy ci drudzy odwołali swój występ, postanowiłem dać Rootsom szansę. No, w połączeniu z obiadem. Nie zdawałem sobie sprawy, że wśród Brytyjczyków zespół jest niemal kultowy – mnóstwo ludzi wspólnie odśpiewywało teksty. Zdecydowanie lepiej to brzmiało na koncercie niż studyjnie – spodobało mi się to tak, że aż pożałowałem, że nie zrobiłem sobie tej przerwy kwadrans wcześniej. 

 

Lili Refrain
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Na szczęście dla Was przez strukturę polskiego języka jestem zmuszony darować sobie żarty związane z nazwą Nothing. No Nic. Amerykanie do terminu „shoegaze” podchodzą bardzo poważnie – na tyle, że muzycy przez cały utwór gapili się na swoje buty, przez co nie zauważyli, że techniczny trzyma karteczkę z poprawną godziną zakończenia koncertu, po tym, jak błędnie ogłosili jego przedwczesny koniec. Zawsze się jakoś z nimi rozmijałem na żywo, więc cieszę się, że udało mi się w końcu ich zobaczyć, bo i muzycznie jest to shoegaze z wyższych półek. Melancholijna atmosfera, niewyraźne wokale, rozmyte gitary, to wszystko tu było. Dziewczyny z Witch Fever od czasu ich koncertu na Mysticu w ciągu zaledwie jednego albumu przeszły niemałą woltę stylistyczną. Z kawałków punkowych do niemalże gotyckich. Nic dziwnego, że set składał się głównie z nowego albumu, choć i dwa starsze numery do niego pasowały. Co prawda kusił mnie grający równolegle Perturbator, ale nie żałuję swojego wyboru, bo to był następny z naprawdę udanych koncertów tego festiwalu (poza tym, ile razy można oglądać Perturbatora?) i mam wrażenie, że Brytyjki w nowej odsłonie prezentują się lepiej niż w starej.

 

Nothing
zdj. Mateusz Jugowiec

 

BRUIT ≤ jest moim zdaniem jednym z absolutnie topowych obecnie post-rockowych zespołów. Francuzi zdobyli popularność w mojej bańce mimo bojkotowania serwisów streamingowych, zanim stało się to modne. Odkąd ostatni raz ich widziałem, zdążyli wydać drugą płytę, jeszcze lepszą niż pierwsza. Być może politycznie zaangażowane sample nie każdemu się spodobają, ale moim zdaniem świetnie wpasowują się w resztę muzyki, melancholijnej, a zarazem lekko niepokojącej. Może to będzie śmiała teza, ale moim zdaniem najlepsze momenty Bruit ≤ są na poziomie protoplastów tego rodzaju post-rocka, czyli Godspeed! You Black Emperor. Natomiast, jakkolwiek głupio to zabrzmi, show popsuło mi… oświetlenie. Może to kwestia tego, gdzie stałem, ale ciężko mi było momentami się wczuć w te nastrojowe dźwięki, gdy co chwila dostawałem wiązką światła po oczach, a sama scena wyglądała po prostu jak przepuszczona przez blady filtr. Dopiero na ostatnim kawałku wszystko było jak należy. Niemniej jednak, jeśli macie możliwość, bez wahania idźcie na ich niedawno ogłoszony koncert w Polsce przed Cult of Luna, nawet gdybyście mieli gwarantowane błyskanie fleszem po oczach przez cały występ.

 

BRUIT ≤
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Primus ssie. Przejdę zatem do Silent Disco, na którym grał Amplifier. Początki brytyjskiego zespołu sięgają końca poprzedniego wieku, a ja widziałem ich dwukrotnie na początku zeszłej dekady w roli supportu i było w porządku. Ot, takie progresywne/alternatywne granie. Natomiast jakimś cudem po ponad ćwierćwieczu kariery swój najlepszy album wydali w zeszłym roku, więc liczyłem, że teraz będzie lepiej. Pierwsza niespodzianka to skład – nie śledziłem dokładniej dziejów zespołu, więc nie wiedziałem, że teraz to jest zaledwie duet, perkusja i gitara. I mnóstwo sampli. A druga niespodzianka to sama muzyka – panowie dopiero po koncercie pochwalili się, że skomponowali nową muzykę specjalnie pod to silent disco. I to było czuć – niesamowicie pasowało to do koncepcji nocnej muzyki ze słuchawkami. Tym razem był to w głównej mierze space rock. Prawie zasnąłem, będąc pod barierkami, i piszę to jako komplement – niezwykle przyjemne, senne brzmienia, wzbogacone elektroniką i ładnym śpiewem, sprawiały, że ciężko mi było wrócić do rzeczywistości, w której jakoś musiałem jeszcze doczołgać się do namiotu.

 

Primus
zdj. Mateusz Jugowiec

 

…no dobra, Primus również zagrał bardzo dobry koncert. Piszę to z perspektywy laika, który dopiero w zeszłym roku dowiedział się, że to oni są odpowiedzialni za czołówkę „South Park”, toteż nie chcę rozwodzić się nad szczegółami. Na żywo brzmieli lepiej i mniej wyszukanie, niż się spodziewałem. Setlista była przekrojowa, choć jednak większość zajmowały rzeczy z ich pierwszych trzech kultowych albumów. Do tego dodajmy Claypoola w dobrym humorze (powiedział, że to dlatego, że jest pijany, ale to mógł być żart), który zabawnie przekomarzał się z publicznością wykrzykującą klasyczne hasło „Primus sucks” (do którego, rzecz jasna, nawiązałem w poprzednim akapicie) i najdłuższy, bo półtoragodzinny, koncert na tegorocznej edycji ArcTanGent minął mi dużo szybciej niż powinien.

 

 

DZIEŃ CZWARTY

Mimo że przeziębienie mnie już całkowicie opuściło, trzy intensywne dni koncertów od rana do nocy dały się we znaki i powoli kończyła mi się energia. Musiało jej jeszcze zostać na ostatni dzień, tym bardziej że zawierał on najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert. Ale nie było co odpoczywać, dlatego już o jedenastej poszedłem na pierwszy koncert tego dnia – Pleb – męsko-kobiecy sludge’owy duet. Niezłe, choć nic zapadającego w pamięć. Jako że skończyli wcześniej, złapałem ostatni utwór grającej w tym samym czasie Sary Zozayi. Bardzo spokojne popowe granie i o ile jeden taki utwór na koniec był w porządku, tak jeśli cały koncert tak wyglądał, to bym chyba zasnął, i tym razem nie jest to komplement.

 

Sara Zozaya
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Erotic Secrets of Pompeii odnaleźliby się w Windmill, choć szybkie google mówią mi, że tam nigdy nie grali. Brystolski art punk był w sam raz szalony na dobry początek dnia. Choć nie aż tak szalony jak jego wokalista, który przez cały koncert miał minę, jakby ekspedientka w sklepie go źle zrozumiała, gdy poprosił o „a bit of coke”. A jeszcze przecież nie wybiło południe…

 

Erotic Secrets of Pompeii
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Dopiero gdy zobaczyłem, że Meatdripper składa się w całości z kobiet, zorientowałem się, jak bardzo płeć piękna zdominowała ten dzień – stały na czele większości projektów, jakie zobaczyłem, a niektóre przecież musiałem pominąć (Kathryn Joseph, A.A. Williams). Ot, taka ciekawostka, choć na niektórych festiwalach rzucaliby hasła „girl power”, tutaj tak duży udział kobiet jest na porządku dziennym. I dobrze, bo przeważnie to dobre koncerty były, jak właśnie Meatdripper. Wokalistka brzmiała bardzo podobnie do śpiewaka z Uncle Acid & The Deadbeats, stąd moje zaskoczenie po przesłuchaniu singli – że dwie osoby na świecie mają tak charakterystyczny głos i są różnych płci. Fajne, doomowo-stonerowe granie, czekam na pełną płytę. Trochę podobnie z Tanzaną – znów w pełni kobieca kapela, znów tylko parę utworów wydanych. I o ile te single mi się bardzo podobały, na żywo czegoś mi brakowało. W ogóle nie słyszałem trip-hopowych wpływów, o których same wspominają, przez co brzmiało to jak zwykłe rockowe granie. Cóż, może się jeszcze wyrobią, bo studyjnie są naprawdę niezłe.

 

Wygrałem płytę Jo Quail w konkursie zorganizowanym przez pewnego miłego festiwalowicza, więc przegapić jej koncertu nie wypadało. Brytyjską wiolonczelistkę widziałem już dwa razy na solowych występach, które choć mi się podobały, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to bardziej muzyka do słuchania w domu lub dla siedzącej publiczności. Na szczęście teraz była wsparta przez trąbkowy kwintet The Crossbones Ensemble oraz niejakiego Toma Athertona, przez co całość wybrzmiała dużo masywniej. Oczywiście, głównie wyróżniała się wiolonczela Jo, natomiast trębacze bardzo ładnie ją uzupełniali. Pojawiały się utwory, które muzyczka gra na solowych koncertach, lecz oczywiście były w zupełnie nowych aranżacjach, a zamykający set „KingFisher” był w dużej części improwizowany. Świetny koncert.

 

Jo Quail
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Din of Celestial Birds to bardzo dobry instrumentalny post-rock i koncert też taki był. Tak, wiem, że macie déjà vu. Obiecuję, że to ostatni raz, gdy czytacie to zdanie w tej relacji. Gösta Berlings Saga to bardzo dobry instrumentalny progresywny rock i koncert też taki był. Choć tutaj gatunek może zaskakiwać, bo panowie wyszli na scenę w cosplayu Gutalaxa. Progresywne instrumentalne granie często może nużyć, ale Szwedom dzięki udanym kompozycjom („Konkret Musik” to prawdziwy banger) udało się tego uniknąć. SKLOSS to duet Amerykanki grającej na perkusji i Szkota za gitarą, którzy są partnerami nie tylko muzycznymi. Zaprezentowali nam granie z nurtu heavy psych, w którym można też usłyszeć trochę post-metalu. I mimo że małżeństwo wymieniało się obowiązkami wokalnymi, na pierwszy plan wysuwała się właśnie perkusistka. Być może to kwestia mojego upozycjonowania, bo akurat środek sceny w tym namiocie jest dość niezręcznie podzielony słupem ograniczającym widok, ale nie sądzę, bo zarówno jej granie, jak i śpiew były po prostu hipnotyzujące. Lubię takie rzeczy.

 

Gösta Berlings Saga
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Oathbreaker zagrał tutaj swój czwarty koncert po niedawnej reaktywacji. Tak się składa, że jeden z wcześniejszych też widziałem i o ile na Roadburnie wokalistka występowała w eleganckiej czerwonej sukni, niczym z baśni, tak tutaj wyglądała, jakby uciekła ze szpitala psychiatrycznego. I oba stroje pasowały do muzyki, bo ich ostatni album „Rheia”, obecnie grany na żywo w całości, pełen jest brutalniejszych sekwencji, ale ma też ładniejsze momenty, choć zapewne nie jest to dobre określenie, biorąc pod uwagę tematykę płyty. Poza wokalistką zespół składa się z muzyków Amenry i Wiegedood, ale muzycznie zdecydowanie bliżej im do pierwszej z wymienionych kapel – wszak to post-metal, choć wymieszany z blackgaze’em. Było świetnie, ale przecież wiedziałem, że tak będzie. Jednej rzeczy jednak nie przewidziałem. Jak wspomniałem, zespół gra album w całości. Problem w tym, że płyta trwa ponad godzinę, a czasu mieli pięćdziesiąt minut, do tego zaczęli z kilkuminutową obsuwą. Koncert nie był reklamowany jako „Rheia set”, więc myślałem, że po prostu pominą jeden utwór, albo nawet zagrają coś starszego, ale jednak szli z albumem w zaparte. Skończyło się na wyłączeniu mikrofonu wokalistki na ostatnim kawałku – paręnaście minut po czasie, to akurat wiem od kolegi, bo ja sam byłem już na innym koncercie. Wiedzieli przecież, ile mają czasu, więc wygląda to, jakby pomyśleli sobie „a, pieprzyć to, zobaczymy, co będzie”. I niby trochę zabawne, ale jednak jest to brak szacunku dla organizatora. Jak napisałem, dość niezręczna sytuacja.

 

Darkher po raz kolejny zaprosiło trochę melancholii do mojego świata. Jest to jednoosobowy projekt tworzony przez Brytyjkę, na żywo wspieraną przez perkusistę. Nastrojowe, powolne granie łączy ze sobą spokojniejsze ethereal wave i dark folk z doom metalem czy gothic rockiem. Na koncertach zespołom nie zawsze udaje się oddać podobną atmosferę, jednak duet świetnie sobie z tym poradził. A kawałki jakimś cudem są chwytliwe – np. refren „Lowly Weep” w momencie pisania tych słów gra mi bez przerwy w głowie. Na drugim końcu muzycznego spektrum stoi Chat Pile. Zdziwiłbym się, jeśli ktoś doczytał do tego momentu, a nie zna zespołu, bo o nich jest – i będzie – naprawdę głośno. I zasłużenie, bo to mocne, noiserockowo/sludge’owe granie z poruszającymi społeczne problemy tekstami (nawet jeśli czasem wychodzi to w sposób trochę memiczny, tekst „Why” był inside joke’iem Roadburna 2023) jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Kto ich kiedyś widział, ten wie, że wokalista, Raygun, lubi sobie znaleźć jakiś motyw, o którym gada przez cały koncert – tym razem maszyna losująca stanęła na „filmy o muzyce”, ale nie omieszkał też kilkukrotnie narzekać na kurz, który po ogromnej ilości moshpitów docierał na scenę. Sympatyzuję, ale czego on się spodziewał, gdy zespół gra z taką energią? Jak zawsze klasa, a nowe kawałki z niewydanego wtedy albumu zabrzmiały równie dobrze jak starsze.

 

Darkher
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Brytyjskie Humanfly zagrali swój pierwszy koncert po trzynastu latach. Nie byłem pewien, czego się po nich spodziewać, bo ich najbardziej znana płyta brzmi jak taki typowy atmospheric sludge, ale ostatnia z kolei z metalem nie ma prawie nic wspólnego i uderza w progresywno-psychodeliczne rockowe klimaty. Odpowiedź brzmi: tak. Zagrali utwory z obu albumów (i jeszcze jednego) i faktycznie brzmiały jak studyjnie, więc zmiana gatunkowa była wyczuwalna. Bardziej podobała mi się ta pierwsza sludge’owa połowa, do której dźwięków zresztą wrócili pod sam koniec. Całkiem sympatyczny koncert, choć najdłużej z niego będę pamiętał na oko ośmioletnią crowdsurferkę, która dostała niemałe brawa od publiczności, gdy za drugim razem udało jej się pokonać barierki.

 

Eivør wydaje się dziwnym wyborem na festiwal, ale w przeszłości gościła tu Wardruna czy Heilung, a farerska (czyt. z Wysp Owczych) artystka gra w podobnych klimatach, nawet jeśli zdecydowanie bardziej popowo i elektronicznie. Stosunkowo niedawno zapoznałem się z jej twórczością, ale zdążyłem zobaczyć świetny zeszłoroczny koncert w Krakowie, więc ponownie – wiedziałem, czego się spodziewać. Czyli między innymi żonglowania instrumentami, od gitary poprzez jakiś wielki bęben. Aż tak dobrze jak na krakowskim koncercie nie było, ale nic dziwnego – krótszy występ, mniej gości (jej siostra też daje radę!), nie do końca jej publika. Wciąż, jej i wspomagającym muzykom udało się wytworzyć odpowiedni klimat, a dobrze zagrane piosenki obroniły się same. High on Fire tym bardziej mnie nie zaskoczyło, bo widziałem ich już piąty raz. I też jak zwykle – było dobrze, mocny, brudny stoner od jak zwykle grającego bez koszulki Matta Pike’a lubią chyba wszyscy fani tego gatunku. Na pewno miłym akcentem było zagranie tak głośno, że moja druga połówka też mogła nacieszyć się koncertem, mimo że stała wtedy pod sceną na A.A. Williams.

 

Eivør
zdj. Mateusz Jugowiec

 

I wreszcie headliner dnia, a zarazem najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert festiwalu. Cult of Luna & Julie Christmas grający w całości album „Mariner”. O ile nie miałem wątpliwości, że jest to moja ulubiona płyta Cult of Luna, tak podczas koncertu pomyślałem, że to chyba moja ulubiona płyta post-metalowa… w ogóle. Ze względu na kolaboracyjny charakter, zagrana została na żywo zaledwie dwanaście razy, ostatni raz dwa lata po premierze. Na brytyjskiej farmie miała ona wybrzmieć po raz kolejny, na dziesięciolecie wydania krążka. Był to też ekskluzywny występ, przynajmniej na ten rok. Niewiele brakowało, żebym zobaczył ich na Roadburnie w 2018 roku, gdy mój przyjaciel głównie przez nich zaproponował wspólny wyjazd, ale przez moje nieogarnięcie na festiwal w Holandii pojechaliśmy dopiero rok później. Na szczęście znajomy był na tyle zdeterminowany, że poleciał do Sztokholmu. I bardzo się cieszę, bo być może on by mi wybaczył, gdybym ich obejrzał, a on nie, ale mnie dręczyłyby ogromne wyrzuty sumienia.

 

Cult of Luna & Julie Christmas
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Bo to nie był zwykły koncert – to było transcendentalne przeżycie. Brzmiało to równie dobrze, jeśli nie lepiej, niż na znakomitej przecież płycie, więc nie mogło być inaczej. Jak zawsze w przypadku Szwedów przez dym można było zobaczyć tylko ich sylwetki, ale dzięki niesamowitym światłom, nie nudziło to oczu ani trochę. Sama Julie z kolei miała na głowie coś, co z daleka wyglądało jak disco ball, ale szybko to porzuciła. Oczywiście i bez tego wysuwała się na pierwszy plan, choć zeszła ze sceny na „Approaching Transition” – powolnym, atmosferycznym kawałku, na którym się nie udziela. Dzięki występowi polubiłem ten utwór trochę bardziej, bo taka chwila wytchnienia była potrzebna po absolutnie szalonym „The Wreck of S.S. Needle”, które jest jedną z moich ulubionych piosenek zeszłej dekady. Oczywiście tu też był jednym z highlightów, a obłąkane okrzyki Julie w kulminacyjnych momentach to coś nie z tej ziemi. Co za głos, Boże drogi. Natomiast, z całą moją miłością do „The Wreck (…)”, kompletnym nokautem był jednak „Cygnus”, piętnastominutowy kolos wieńczący płytę. Ta końcówka, gdy śpiewy Julie i Johannesa przeplatają się ze sobą, to pieprzone arcydzieło. Najlepszy koncert, jaki widziałem w tym roku.

Po takiej dawce emocji nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałem ostatniego występu na Fernhill Farm – silent disco od zespołu Battlesnake, czyli największej niespodzianki tego festiwalu (koniec clickbaitu). Zdziwił mnie ich wybór do słuchawkowego formatu, bo jest to dość zwykły heavy metal – dobry i pocieszny, ale po prostu heavy metal. Wystarczyło krótkie spojrzenie na kompletnie over-the-top sakralne stroje muzyków, bym zrozumiał, jak bardzo się myliłem. Ciężko mi opisać ten koncert, bo na papierze nie będzie to brzmiało imponująco, ale niesamowita dawka kompletnie obłąkanej pozytywnej energii zespołu była zaraźliwa, a publika zwracała ją podwójnie, bawiąc się doskonale przez cały występ – wspólnie odśpiewywane teksty o zabiciu Szatana, moshpity i circle pity (ze słuchawkami!), a moimi ulubieńcami byli ludzie, którzy bujali się przez cały koncert… nie posiadając słuchawek. Uroczym momentem było, gdy crowdsurfujący wokalista nakazał tłumowi, by przeniósł go w stronę również crowdsurfującego dzieciaka, bo chciał mu przybić żółwika. Cały ostatni utwór, cover „Let There Be Rock” od AC/DC, w crowdsurfingu z kolei spędzili perkusista, fotograf oraz techniczny zespołu, gdy w tym czasie reszta zespołu pozbyła się swoich ubrań księdza, a wokalista z innym muzykiem odgrywali swoje partie dziesięć metrów nad sceną. Lepszego zakończenia festiwalu sobie nie wyobrażam i obawiam się, że nie przebiją tego za rok.

 

Battlesnake
zdj. Mateusz Jugowiec

 

Chyba nietrudno jest domyślić się, co sądzę o festiwalu, ale jeśli ktoś przescrollował cały tekst – było wspaniale. Drugi najlepszy festiwal, na jakim kiedykolwiek byłem i o ile moje serce wciąż należy do Roadburna, doceniałem tutaj to, że nie musiałem wychodzić przedwcześnie z koncertów, by dać radę wejść na następny. Uczestnicy są równie mili w obu krajach, choć tutaj zagadują częściej.

Organizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Dużo food trucków sprawiało, że nigdy nie stałem długo w kolejce po jedzenie, które było na poziomie od dobrym do świetnego, choć niestety ceny trochę bolały. Za to stawki były całkiem przyjemne, jeśli spojrzeć na (bardzo dobre!) craftowe piwa i cydry – niewiele droższe niż w pubie, a wybór był duży. Największym minusem była zdecydowanie zbyt mała liczba toalet, co jest trochę dziwne, bo kojarzę, że ludzie na to marudzili już rok temu. Teraz narzekali jeszcze bardziej, więc może w nowym miejscu będzie lepiej. Co prawda były pisuary, ale kolejki do samych toalet to co najmniej kwadrans oczekiwania. Tyle dobrego, że były one na wysokim poziomie (niby tojki, ale tak wypasionych tojków w Polsce nie ma), do tego bardzo często czyszczone.

 

zdj. Mateusz Jugowiec

 

Warto też wspomnieć, że festiwal skupia się wyłącznie na muzyce. Tu naprawdę nie ma co robić poza koncertami – było parę meet & greet, byli didżeje silent disco grający do trzeciej w nocy, była jedna rozmowa z głównym organizatorem i jego kolegą, z którym prowadzi podcast, był jeden automat do gier, na którym nikt nie grał, bo zasady były opisane po japońsku i… w zasadzie tyle. Dla mnie to nie jest wada, bo nie licząc wystaw, i tak prawie nigdy nie korzystam z tych atrakcji. Zwyczajnie szkoda mi czasu, zwłaszcza gdy skład jest taki dobry. Zresztą gdyby organizatorzy pewnych polskich festiwali, na które uczęszczam, nie bawili się w organizowanie zawodów wrestlingu lub koncertu robota influencera, być może bardziej dopracowaliby czasówkę i zauważyliby, że kolidowały ze sobą rzeczy dla tej samej publiczności, a nawet z dokładnie tych samych gatunków. Tutaj tak nie było – czasówka jak najbardziej miała sens, i choć oczywiście paru clashy żałuję (znowu przegapione Master Boot Record, ale no, „Mariner”…), muszę przyznać, że były one dobrze przemyślane.

Tak coś czuję, że do Wielkiej Brytanii jeszcze niejednokrotnie wrócę.

 

 

Mateusz Jugowiec

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020