Behemoth od dawna funkcjonuje w rzeczywistości, w której każda kolejna premiera oceniana jest nie tylko jako nowy zestaw kompozycji, lecz także jako następny rozdział pieczołowicie budowanej mitologii zespołu. „I, Scvlptor” dość świadomie wymyka się jednak podobnym oczekiwaniom. Nie jest klasycznym następcą „The Shit ov God”, choć trwa blisko czterdzieści minut i układa się w zaskakująco spójną całość. Zamiast regularnego albumu otrzymujemy osiem nagrań pochodzących z różnych punktów historii Behemotha: dwa zupełnie nowe utwory, dwie kompozycje sprzed lat nagrane od podstaw, materiał odrzucony podczas poprzedniej sesji, dwa covery oraz surowszy miks jednego z nowych numerów. Na papierze wygląda to jak zbiór rzeczy wyciągniętych z archiwum, ale w praktyce „I, Scvlptor” okazuje się znacznie ciekawszy, ponieważ wszystkie jego elementy spaja jeden temat – przetwarzanie własnej przeszłości bez zamieniania jej w muzealny eksponat. Tytułowe rzeźbienie dotyczy więc nie tylko człowieka, o którym śpiewa Nergal, lecz także samego zespołu, który po trzydziestu pięciu latach nadal bierze dłuto do ręki i koryguje własny kształt.
Ostatnie lata w obozie Behemoth były przede wszystkim okresem dalszego umacniania pozycji grupy, która już dawno przestała być wyłącznie polskim towarem eksportowym. Przy okazji „The Shit ov God” pisałem, że Nergal i spółka osiągnęli status pozwalający im działać na własnych zasadach, bez oglądania się na oczekiwania rynku czy mediów. Rok później trudno wycofać się z tamtej diagnozy. „Opvs Contra Natvram” z 2022 roku rozwijał monumentalną i silnie wystylizowaną formułę ugruntowaną jeszcze przez „The Satanist”, „XXX Years ov Blasphemy” przypomniało drogę od surowego pomorskiego black metalu do wielkiej scenicznej machiny, a kolejne trasy jedynie potwierdzały globalną skalę całego przedsięwzięcia. Co ciekawe, wraz ze wzrostem rozmachu Behemoth coraz częściej zaczął spoglądać ku własnym fundamentom. Nie po to, by ponownie próbować stać się zespołem z początku lat 90., lecz by sprawdzić, które elementy tamtego języka wciąż mogą okazać się użyteczne. „I, Scvlptor” jest chyba najbardziej bezpośrednim efektem takiego myślenia.
Najważniejszym punktem ostatniego okresu pozostaje oczywiście „The Shit ov God” z 2025 roku. W tamtej recenzji zwracałem uwagę przede wszystkim na jego zwartość, brak niepotrzebnego przegadania oraz powrót do bardziej surowego i bezpośredniego uderzenia, miejscami przywołującego Behemotha z początku XXI wieku. Nie była to płyta rewolucyjna, ale właśnie jej samoświadomość oraz konsekwencja robiły największe wrażenie. „I, Scvlptor” wyrasta bezpośrednio z tamtej sesji, czego najlepszym przykładem jest „Begotten” – kompozycja odłożona na bok dlatego, że stylistycznie odstawała od reszty materiału swoim new-wave’owym i postgotyckim posmakiem. Jeszcze ciekawszy okazuje się jednak powrót do „Rise of the Blackstorm of Evil” z początków działalności zespołu oraz „In Thy Pandemaeternum” z „Pandemonic Incantations”. Pierwszy utwór wyrastał z fascynacji Samael, Celtic Frost i Hellhammer, drugi – zdaniem Nergala – od początku skrywał dobre riffy pod chaotycznym i niedoskonałym brzmieniem oryginału. Oba zostały więc nie tyle odkurzone, ile ponownie wyrzeźbione przy użyciu współczesnych środków.

„I, Scvlptor” sprawdza się najlepiej właśnie jako pomost pomiędzy kolejnymi etapami historii zespołu. Otwierający utwór tytułowy ma wszystko, czego można oczekiwać od współczesnego Behemotha: monumentalny ciężar, masywny riff, świetnie pracujący bas Oriona i perkusję Inferno, która nawet przy wolniejszym tempie nadaje całości niemal fizyczną siłę. Jednocześnie jest w nim coś mniej oczywistego niż w najbardziej przewidywalnych momentach poprzednika. Jeszcze ciekawiej wypada „Lord ov the Horizons”, rozpoczynający się niemal gotycko, z półczystymi partiami Nergala i większą rockową przestrzenią, by następnie stopniowo przejść w znacznie bardziej wojowniczą drugą część. Tekstowo oba utwory również dobrze się uzupełniają: „I, Scvlptor” opowiada o nieustannym kształtowaniu siebie mimo świadomości własnej śmiertelności, a „Lord ov the Horizons” – o odrzuceniu i konieczności zbudowania siebie od nowa. Jeśli „The Shit ov God” był płytą zespołu, który niczego nie musi już nikomu udowadniać, tutaj Behemoth wykorzystuje tę swobodę do jeszcze głębszego grzebania we własnym DNA.
Największą siłą tego wydawnictwa jest sposób, w jaki poszczególne epoki Behemotha zaczynają ze sobą rozmawiać. „Rise of the Blackstorm of Evil” zachowuje pierwotny, wolno pełznący szkielet, ale współczesne aranżacje gitar oraz sekcja rytmiczna sprawiają, że brzmi niemal jak utwór napisany dzisiaj przez muzyków doskonale pamiętających o swoich korzeniach z 1992 roku. Jeszcze większe wrażenie robi „In Thy Pandemaeternum”. Nowe brzmienie wydobywa szczegóły, które w oryginale ginęły w gęstym miksie, i pokazuje, jak wiele elementów późniejszego języka Behemotha było obecnych już wtedy. „Begotten” pełni natomiast rolę potrzebnego stylistycznego odchylenia: chwytliwszy, miejscami wręcz postgotycki, dowodzi, że zespół nadal potrafi zabrzmieć odrobinę inaczej, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Dobrze funkcjonują także covery. „In League With Satan” Venom, nagrane na siedmiostrunowych gitarach z udziałem Shagratha z Dimmu Borgir, nabiera ogromnego ciężaru, natomiast „The Return of Darkness and Evil” Bathory pozostawiono w wersji koncertowej z Aten, z gościnnym udziałem Sakisa Tolisa z Rotting Christ. Dzięki temu zamiast laboratoryjnej perfekcji otrzymujemy brud, żywy puls i poczucie obcowania z rzeczywistym hołdem, a nie tylko kolejnym studyjnym dodatkiem.
Jeśli czegoś można „I, Scvlptor” odmówić, wynika to przede wszystkim z samej natury tego wydawnictwa. Trudno oczekiwać dramaturgii klasycznego albumu od materiału łączącego nowe kompozycje, rekonstrukcje, covery i nagranie koncertowe, dlatego w drugiej połowie całość siłą rzeczy zaczyna działać bardziej jak starannie przemyślany zestaw różnych odsłon Behemotha niż całkowicie autonomiczna opowieść. Można też zastanawiać się, czy współczesna produkcja w każdym przypadku działa na korzyść starszych utworów. „Rise of the Blackstorm of Evil” i „In Thy Pandemaeternum” zyskują potęgę, selektywność oraz techniczną precyzję, choć równocześnie odsuwają się nieco od pierwotnej mgły i prymitywnego niepokoju oryginałów. Nie jest to jednak wada sama w sobie, lecz raczej konsekwencja przyjętej koncepcji – Behemoth nie próbuje odtwarzać dawnych nagrań jeden do jednego, tylko patrzy na nie z perspektywy dzisiejszego warsztatu. Najbardziej fakultatywnym elementem pozostaje finałowy „Lord ov the Horizons (Studio Rough Mix)”. Jako wgląd w proces powstawania materiału jest interesujący, choć różnice względem podstawowej wersji pozostają na tyle subtelne, że utwór należy traktować przede wszystkim jako bonusowy epilog.
Ostatecznie „I, Scvlptor” okazuje się wydawnictwem znacznie lepszym, niż mogłaby sugerować jego kompilacyjna konstrukcja. Nie należy traktować go jako kolejnego wielkiego manifestu Behemotha ani ustawiać bezpośrednio obok „The Satanist”, „Evangelion” czy nawet „The Shit ov God”. Jego sens leży gdzie indziej. To płyta o ciągłości – o tym, jak młodzieńcza fascynacja Samael, Celtic Frost, Hellhammer, Venom czy Bathory może po dekadach spotkać się z ogromnym, nowoczesnym brzmieniem, scenicznym doświadczeniem i kompozytorskim warsztatem dzisiejszego zespołu. Rok temu pisałem, że Behemoth może już pozwolić sobie na muzykę będącą przede wszystkim wypadkową doświadczenia i dojrzałości. „I, Scvlptor” stanowi właściwie dopisek do tamtej myśli, tyle że zamiast kolejnego zwartego albumu dostajemy możliwość przyjrzenia się temu, z czego owa dojrzałość została zbudowana. Nie każdy fragment ma identyczny ciężar i nie wszystko wraca później do głowy z taką samą siłą, ale jako świadomie skonstruowany pomost całość działa bardzo dobrze. To nie pomnik zamkniętej historii, lecz pracownia, w której nadal unosi się pył, słychać uderzenia dłuta i wyraźnie widać, że rzeźba wciąż nie została ukończona.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.