IKS

Chat Pile – „Who Loves the Sun” [Recenzja], wyd. The Flenser

Chat Pile zasłynęli kilka lat temu z oryginalnego połączenia sludge’owego ciężaru, noiserockowej hałaśliwości i elementów paru innych stylistyk okołogitarowych. Już pierwsza płyta z 2022 roku tych pochodzących z Oklahomy artystów odbiła się głośnym echem wśród fanów alternatywy, a szeroka rozpiętość gatunkowa i znaczek jakości wytwórni The Flenser pomogły im przebić się na sceny wielu kultowych europejskich festiwali, od Roadburnu, przez Primaverę, po katowicki OFF. Kto wie, może ta stopniowa ekspansja nadała ton ich kolejnym wydawnictwom. Gdy na debiucie skupiali się na negatywnej diagnozie kondycji społecznej swoich rodaków, wydany w 2024 drugi album podejmował już bardziej globalne tematy, dalej pokazując je bez większego optymizmu. Choć wymowa tekstów się za bardzo nie zmieniła, a jedynie przesunęła, lekkiej modyfikacji uległa muzyka, która uzyskała bardziej wygładzone brzmienie i mniej chaotyczną rytmikę – w kompozycjach pojawiło się więcej przestrzeni. Ukazujące się dziś „Who Loves the Sun” zdaje się rozwijać ten kierunek jeszcze dalej – i w tekstach, i w muzyce.

Już otwierające „Creature” zaczyna się spokojnie, gra perkusji i basu, choć dobitna, jest stonowana, łagodne są też partie gitary. Kontrast, który jest jednym ze znaków charakterystycznych Chat Pile, słychać tu najlepiej w warstwie wokalnej – przyjemny czysty śpiew Raya jest przełamywany jego wrzaskami w refrenach, choć pod sam koniec utworu nawet w tym miejscu się uspokaja. To chyba przygotowanie do „Deep Blue”, który nieprzypadkowo został singlem – czuć tu wręcz nirvanową przebojowość i uniwersalny komentarz społeczny. To krytyka naszego uzależnienia od wyświetlaczy, które zabrało nam nasze człowieczeństwo. Przecież to przez nie wpuściliśmy technologiczne śmietnisko do naszych domów. Co z tego, że brak nadziei w tej piosence jest tak wymowny, skoro ten wszechobecny smutek, tak w warstwie lirycznej, jak i w melancholijnym głównym riffie gitarowym, jest tu prawdziwie piękny.

REKLAMA

 

 

„Same Rules” jest momentem na płycie, gdy grający na basie Stin tworzy nie tyle motyw rytmiczny, co współprzewodni riff, który jest przeciwwagą dla delikatnej partii gitary Luthera. To doskonały przykład tego, jak Chat Pile uprościli swoją rytmikę, w której nie ma już wiele  załamań, przejścia są płynne, a muzyka staje się bardziej przebojowa, co pozwala wyraźniej wybrzmieć emocjonalnemu ładunkowi tekstów. Oczywiście Amerykanie nie zapomnieli całkiem o ciężkim graniu. W „PEN I S MALL” robi się nie tylko szybciej, ale i naprawdę potężnie, to już właściwie sludge’owy numer. Pełna wściekłych wrzasków kompozycja, w której nie pojawia się ani razu czysty wokal – to jedyny taki moment na płycie. Ale może to i dobrze, bo nie każdy usłyszy ten tragiczny, ale prawdziwy i dosłowny tekst dotyczący wielu ludzkich istnień: „Hard to think but your whole life can pass, as a series of acts of subordination”. To utwór, który jest oparty na życiowych doświadczeniach lidera Chat Pile z czasów jego pracy w galerii handlowej. Czy czytanie książek w nudnej pracy może być przestępstwem? Według głównego bohatera tego singla tak – Greg chętnie donosił na Raya do szefa z tego i z innych powodów. I to chyba jego dotyczy tytułowy… cokolwiek jest w tytule. To dobry moment by odnotować, że pomimo ogólnej niewesołej tematyki swoich tekstów, Amerykanie nie rezygnują z poczucia humoru.

 

Wspominałem już o kontrastach, a to jest ta chwila, kiedy jeden z nich pojawia się kontekście całej płyty. Praca gitary w „Shrine” wchodzi do głowy od pierwszego przesłuchania. W tym utworze zgromadzone są chyba najlepsze riffy na płycie, jednocześnie to kolejny przykład utrzymywania równowagi wokalnej, w jednej pieśni uzupełniają się tutaj uroda i brzydota. Ostatecznie to drugie wygładza się w obliczu tych lżejszych partii, słychać tu, jak na pierwszy plan wychodzi przebojowość tej płyty. Nawet te brutalne momenty brzmią przystępnie. To nie koniec, bo przecież w kolejnym „Intruder” partie gitary brzmią wręcz surfrockowo. A z tym łagodnym wokalem Raya tworzą złowieszczą groteskę – narratorem jest tu zjawa prześladująca żywych. Popowość tego utworu podkreślają naprawdę przyjemne i udanie wkomponowane wokale Claire Hannah oraz Brittany Sawtelle z grupy Nightosphere. Nawet rozpaczliwy skowyt zjawy w połowie utworu i brutalny ciężar basu nie psują tej dziwnej sielanki.

Parę słów więcej trzeba poświęcić „Christabel ʼ26”, gdzie znów potworny łoskot basu przeciwstawia się lekkiemu brzmieniu gitary. Choć zaczyna się walcowato i z growlem, stonowany wokal w późniejszej części znów to wszystko odciąża. Ale tylko brzmieniowo. To najbardziej doomowy moment płyty, ponury nie tylko muzycznie. W warstwie tekstowej to przeniesienie we współczesność opowieści o Christabel z poematu Taylora Coleridge’a. Tytułowa bohaterka symbolizowała tam naiwność, ale czystą, niewinną. Była stroną pokrzywdzoną i zmanipulowaną – jej życiowa energia stanowiła pokarm dla złych sił. Chat Pile w 2026 roku widzą w Christabel szerszą zbiorowość, gdzie to najuczciwsi (i często najbiedniejsi) ludzie stają się tymi wykorzystywanymi, ofiarami. Już pierwotnie utworzone przez pisarza imię, zbitka „Christ” i „Abel” jest przecież nieprzypadkowe, a muzycy z Oklahomy dziś ten symbol aktualizują.

REKLAMA

 

zdj. Ryan Lawson

 

Po tym, gdy gościnie z Nightosphere jeszcze na chwilę wracają w pełnym grunge’owo-stonerowego groove’u „Influence”, przychodzi pora na utwór bardzo reprezentatywny dla całego stylu Chat Pile, nie tylko na tym albumie. „Family Funeral” łączy nieokrzesane, lekko piskliwe noiserockowe gitary ze sludgemetalową sekcją rytmiczną – brutalnym basem i potężnie bitą perkusją. Mowa w nim o traumie towarzyszącej rozpadowi związku, która może symbolizować szerszy kontekst – współczesne zobojętnienie społeczeństwa, rozpaczliwie podkreślane przez co rusz zmieniające się techniki wokalne Raya, który daje tu chyba największy popis swoich umiejętności. Wieńczy to  wszystko akustyczna, ogniskowa ballada grunge’owa, która daje trochę ochłonąć po tych ciężkich emocjonalnie i muzycznie uderzeniach, wpuszczając na sam koniec trochę optymizmu. Bo przecież dobro jeszcze istnieje w tym coraz trudniejszym do życia świecie.

 

Wydaje się, że – choć momentami bardzo przytłaczający – to jednak najlżejszy album Chat Pile. Więcej tu też przejrzystości w operowaniu kontrastami. I mniej dzikich punkowych zrywów. A jeśli następują, to jesteśmy do nich lepiej przygotowani. Na szczęście nie zmniejsza to wcale frajdy z poznawania tej płyty, Chat Pile dalej potrafi zaskoczyć, tylko robi to innymi środkami. Niektóre riffy przewijające się na tym albumie są naprawdę wyjątkowej urody, a wokal Raya wciąż zostaje w głowie. Mówi się gdzieniegdzie o tym, że muzycy zamykają tym wydawnictwem pewną trylogię. Ale zanim zacznę się zastanawiać, co dalej wykombinują, myślę, że jeszcze długo będę słuchał tej płyty.

Adrian Pokrzywka

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Album dostępny na Bandcampie zespołu (tutaj).

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020