IKS

Joel Birch (The Amity Affliction) [Rozmowa]

The Amity Affliction – australijscy indywidualiści sceny metalcore’owej i post-hardcore’owej powracają do Polski z nowym albumem i w nowym składzie. Jak się okazuje – nie ostatecznym, bo kilka tygodni temu perkusista grupy zdecydował się opuścić jej szeregi. Kto zastąpi Joe Longobardiego podczas trasy koncertowej, w trakcie której formacja zagra w Warszawie? (29.09.2026, Progresja. Organizatorem wydarzenia jest Winiary Bookings) Jak te wszystkie zmiany personalne i zawirowania w zespole (odejście wokalisty i współzałożyciela TAA, Ahrena Stringera i toczący się z nim spór sądowy, dołączenie do składu Jonathana Reevesa) oraz w życiu prywatnym (śmierć przyjaciela i matki, konieczność rozliczenia się z bolesnymi doświadczeniami i konfrontacji z trudną relacją) wpłynęły na niego osobiście, na cały zespół i na to, co stworzyli? Czy „House of Cards” jest otwarciem zupełnie nowego rozdziału? Co dalej z bandem? Czym zajmowałby się zawodowo, jeśli nie byłaby to muzyka? Na te, m.in., pytania odpowiada Joel Birch – frontman, wokalista i autor pełnych silnych emocji, miażdżących wręcz tekstów (znaku rozpoznawczego TAA).

 

Magda Żmudzińska: Już niebawem ponownie zagracie w Polsce. Jak dotąd byliście u nas 6 razy, po raz pierwszy w 2014 roku, po raz ostatni niecałe 12 miesięcy temu. Gdy pytam swoich rozmówców o ich dotychczasowe doświadczenia z naszym krajem zazwyczaj wskazują dwie rzeczy – świetna publiczność, bardzo dobre jedzenie. Zgodziłbyś się z tymi punktami? A może dodałbyś do tej listy coś, co by nas zaskoczyło?

REKLAMA

 

 

Joel Birch: Pociągi. Mam dziwną, wielką słabość do kolei, a wy macie naprawdę piękne maszyny. Zapewne więc przejdę się na dworzec, aby je zobaczyć. Co do publiczności i kuchni to jasne, zgoda, mam same dobre doświadczenia w obu tych materiach. Co mi się bardzo podoba, jeśli chodzi o kulinarne aspekty, to że macie tak ogromny wybór naprawdę świetnego, wegańskiego jedzenia. Bardzo to doceniam.

 

 

MŻ: Miło mi to słyszeć. I rzeczywiście, tych pociągów w ogóle się tu nie spodziewałam. Super! Podczas waszej ostatniej wizyty w Polsce występowaliście razem z Thy Art Is Murder w charakterze gości specjalnych Parkway Drive na ich headlinerskiej, wyjątkowej, jubileuszowej trasie. Wydaje mi się, czy australijska scena muzyczna, zwłaszcza w tej swojej ciężkiej odsłonie, jest wobec siebie bardzo wspierająca?

 

 

JB: Powiedziałbym, że w zdecydowanej większości przypadków, patrząc tak całościowo, tak, jak najbardziej. To pewnie wynika częściowo z tej izolacji, w której jesteśmy. Wiesz, niełatwo podbijać świat, jeśli jest się od niego tak oddalonym. Dlatego obserwowanie, jak poszczególne zespoły mocno się wybijają i jak wpływają na całą scenę poza granicami Australii, jest fantastyczne. My nie jesteśmy jednym z tych bandów, ale z sukcesów innych cieszymy się tak samo, jakby były naszymi własnymi. Zajebiście mi się podobała ta trasa z Parkway Drive – oglądanie codziennie tych wypełnionych po brzegi hal i celebrowanie całej tej drogi, którą przeszli przez 20 lat, aby znaleźć się w tym punkcie… no, to było niesamowite. Oni zresztą też nie wyobrażali sobie, aby w trasę mieli się udać z zespołami z jakiegoś innego miejsca w świecie. To chyba rzeczywiście dobrze oddaje tego ducha naszej sceny. Wszyscy bardzo mocno kibicujemy sobie nawzajem.

REKLAMA

 

 

MŻ: I to jest naprawdę wyjątkowe, piękne. Przechodząc do The Amity Affliction – jesteś w zespole od przeszło 20 lat, połowę swojego całego dotychczasowego życia. Dołączając do grupy zakładałeś, że to będzie twoja droga zawodowa? I czy wyobrażasz sobie, że na co dzień mógłbyś zajmować się czymś innym?

 

 

JB: Och, nie, nigdy nie przypuszczałem, że to się tak potoczy. Nie miałem też w sobie takiego pragnienia, aby to stało się moją pracą. Tak się jednak poukładało. Gdybym nie zajmował się muzyką, pewnie zostałbym grafikiem. Edukowałem się w tym kierunku i ostatnio myślałem nawet o tym, że żałuję, że w pewnym momencie to porzuciłem i nie robiłem niczego, aby być na bieżąco. Nadal jednak design produktowy mnie kręci. Może robiłbym okładki albumów? To moim zdaniem jest zawsze ważna i integralna część całości. Może zrobiłbym jakąś okładkę dla The Amity Affliction. No ale cóż, na to jestem już chyba za stary.

 

 

MŻ: Nigdy nie jest się za starym, aby zacząć robić coś nowego! Bylebyś nie porzucał muzyki, bo to by była dla niej za duża strata! A skoro o muzyce mowa – 24 kwietnia wydaliście wasz 9. album studyjny. „House of Cards” otwiera intro zatytułowane „Vida nueva”, co oznacza „nowe życie”. Powinniśmy to traktować dosłownie – jako rzeczywiście punkt zwrotny, nowy start, nowe wcielenie The Amity Affliction?

 

 

JB: Za tytuł „Vida Nueva” odpowiada Dan [Brown, gitarzysta – przyp. MŻ], ale tak, w 100% tak to wygląda i wszyscy się pod tym podpisujemy, tak to postrzegamy. To, co było wcześniej i to, co przychodzi teraz, z tą płytą, to dla nas bardzo wyraźne rozgraniczenie między dwoma światami zespołu.

 

fot. materiały promocyjne

 

MŻ: Ostatnie kilka lat były potwornie trudne dla was jako grupy i dla ciebie osobiście. Czy praca nad tym albumem była w pewnym sensie formą autoterapii, pomogła ci przejść przez te wszystkie bolesne zmiany?

 

 

JB: I tak, i nie. Wiesz, myślę, że tym, co może pomóc, jest tylko i wyłącznie czas. A jego jeszcze trochę upłynie, zanim wszyscy przepracujemy to sobie wewnętrznie. Całe te zawirowania z zespołem, sprawą w sądzie itd., były bardzo stresujące i miały ogromny wpływ na moje życie osobiste. A w nim też mierzyłem się równolegle z różnymi trudami. To był cholernie kiepski okres, w którym jednak udało nam się zrobić naprawdę dobrą płytę. Może więc rzeczywiście ta muzyka, ta chęć dalszego tworzenia pod tym szyldem, była tym, co pomogło mi utrzymać się na powierzchni. Niedawno mieliśmy trasę po USA i podczas jednego koncertu płakałem na scenie. Zobaczyłem tych wszystkich ludzi, którzy przyszli tam dla nas, którzy żywo reagowali i na stary, i na nowy materiał, którzy dali nam mnóstwo energii i miłości, i pomyślałem sobie: cholera, to naprawdę wyjątkowe – móc to kontynuować. To było bardzo wzruszające.

 

 

MŻ: Zawsze mieliście rzeszę oddanych fanów, którzy mimo tych wszystkich zawirowań i niepewności, jaka z nich wynikała, gorących dyskusji w Internecie itd., zostali. I dostali od was świetny nowy album. Płyta spotkała się z bardzo dobrymi ocenami. I słusznie. Ja akurat nie miałam okazji jej recenzować, ale gdybym to robiła, to jedną z rzeczy, na które bym zwróciła uwagę, byłyby doskonałe harmonie wokalne pomiędzy tobą i Jonathanem (Jonathan „Johnny” Reeves – bas, wokal – przyp. MŻ). Mam wrażenie, że nie tylko muzycznie świetnie się rozumiecie, czujecie. Tak jest faktycznie?

 

 

JB: Zdecydowanie. Johnny jest super gościem, to jedna z najmilszych osób na świecie, serio. Poza tym, przechodził przez podobną sytuację z mamą, więc myślę, że samo nagranie wielu tekstów było dla niego mocno konfrontujące i dlatego brzmi to tak, a nie inaczej. Nadał im odpowiedni rodzaj emocji. Obaj podobnie z tym rezonowaliśmy i obaj  włożyliśmy w to wszystko podobne odczucia. Świetnie mi się tu z nim pracowało i dalej pracuje, bo aktualnie piszemy już nowe rzeczy, jeszcze więcej muzyki.

 

 

MŻ: O, czyli nowa płyta jeszcze nie ostygła, a wy już pracujecie nad kolejną – to jest dla nas bardzo dobra wiadomość!

 

 

JB: Tak jest, działamy, ale na razie nie ma jeszcze o czym mówić, opowiadać, jesteśmy na początku drogi.

 

 

MŻ: Ok, nie ciągnę zatem za język. Twoje teksty zawsze wyróżniały się szczerością, w utworach poruszałeś ważne i trudne tematy. Mam wrażenie jednak, że „House of Cards” to mimo wszystko jak dotąd najbardziej osobista płyta The Amity Affliction, pełna emocjonalnego ciężaru – zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej. „Bleed” i „Eternal War” to brzmieniowo najcięższe kawałki nie tylko na tym wydawnictwie, ale w ogóle w waszej dyskografii.

 

 

JB: Zgadza się, zdecydowanie. Może nawet nieco tu przesadziliśmy?

 

 

MŻ: Nie powiedziałabym!

 

 

JB: No to jeśli nie posunęliśmy się za daleko, to na pewno znaleźliśmy się na granicy. Te kawałki dobrze oddawały nastrój, jaki wtedy panował wokół i w nas. Każda płyta, którą zrobiliśmy, odzwierciedlała to, co akurat się u nas działo. I myślę, że to ważne, w każdym zespole – aby wydawać rzeczy, które są szczere. Tak zrobiliśmy i będziemy to kontynuować. Co do tych dwóch kawałków, to wiesz, one są najmocniejsze brzmieniowo, ale jednocześnie dla mnie były najlżejszymi – fajnie mi się nad nimi pracowało i miałem dużo frajdy z ich nagrywania.

 

 

MŻ: A który z utworów był dla ciebie osobiście najtrudniejszy do zmierzenia się z nim i podzielenia się nim ze światem?

 

 

JB: „Heaven Sent” – zdecydowanie.

 

 

 

 

MŻ: Ten kawałek rzeczywiście łamie serce.

 

 

JB: Jest cholernie smutny, to fakt. Wiesz, to odrzucenie i ciągła potrzeba dziecka, by być kochanym, to trwa do dorosłości i chyba nigdy nie mija. Kiedy masz rodzica, który nie daje ci niczego, czego można by od rodziców oczekiwać – to jest bardzo trudne, nie wiesz, jak sobie z tym poradzić. I szczerze mówiąc, dość ciężko mi się ten utwór wykonuje na scenie, bo zmierzyć się z tym samemu. Przelać swoje doświadczenia na papier i na muzykę – to jedno, ale potem stanąć przed ludźmi, zaśpiewać / wykrzyczeć to i obserwować jak odśpiewują / odkrzykują to razem z tobą – no, to uderza mocno. To jest całkiem popieprzone. Wybacz, taka chwila refleksji.

 

 

MŻ: Nie mam czego wybaczać. Dziękuję ci, że podzieliłeś się tą refleksją ze mną. To jest trochę emocjonalny nokaut, teraz więc, żeby spróbować przesunąć nieco ten środek ciężkości, zapytałabym cię o „Speaking in Tongues”…

 

 

JB: Miałem kilka doświadczeń w moim życiu, jeszcze jako dziecko, kiedy dorośli mówili mi, że jestem opętany przez demony.

 

 

MŻ: Kurczę, to chyba nam to odciążenie nie bardzo tu wyjdzie…

 

 

JB: Nie, spokojnie. Z tym już sobie poradziłem. Zresztą, z mojego punktu widzenia bycie opętanym przez diabła nie jest możliwe, bo on po prostu nie istnieje, nie jest prawdziwy. Wiem to dziś, ale jak byłem mały, to też inaczej na to patrzyłem. Dorastałem w duchu chrześcijaństwa, czytając Biblię i chodząc do kościoła. Chrześcijaństwo ewangeliczne lub zielonoświątkowe jest bardzo obsesyjnie skupione na idei piekła, wiecznego bólu i cierpienia za odwrócenie się od Jezusa. I wiesz, to było bardzo popieprzone. Taka metoda kontrolowania zachowania poprzez stosowanie tak bardzo ekstremalnej taktyki, jak skrajny strach. No bo co innego może czuć wychowane w kościele dziecko, któremu mówi się, że nosi w sobie diabła? Ten utwór to poniekąd wspomnienie moich negatywnych doświadczeń z chrześcijaństwem. Nie dało mi ono niczego poza nieuzasadnionym poczuciem winy i niezrozumienia. Czuję się zdradzony intelektualnie, emocjonalnie, a nawet duchowo przez sposób, w jaki chrześcijaństwo zostało mi narzucone. I o tym, mniej więcej, opowiada ten numer. Stąd się wziął.

 

 

MŻ: A czy tytuł płyty „House of Cards” wziął się od title tracka czy odwrotnie?

 

 

JB: Ani tak, ani tak. Pochodzi od jeszcze innego utworu, który ostatecznie nie znalazł się na albumie, konkretnie z wersu „dorastałeś w stabilnym domu, ja dorastałem w domku z kart”. Gdy napisałem te słowa, wiedziałem, że to jest tytuł albumu, bez względu na wszystko. To jedno zdanie zapoczątkowało całą resztę.

 

 

 

MŻ: Zmierzając powoli ku końcowi, nawiązałabym jeszcze do „Breaking Chains” (nawiasem mówiąc świetnego i ponownie bardzo mocnego utworu) – zrywanie łańcuchów i przerywanie pokoleniowych traum jest możliwe, ale bardzo, bardzo trudne. Wielu ludzi się z tym mierzy, często w poczuciu odosobnienia, bezsilności. Miałbyś dla takich osób jakąś radę? Sam wykonałeś w tej kwestii tytaniczną pracę.

 

 

JB: Tak, jest mnóstwo ludzi, którzy mierzą się z takimi problemami. Ja sam zmagałem się z tym przez prawie dekadę. Na początku zacząłem się zastanawiać, dlaczego taki jestem, jakie doświadczenia spowodowały, że na pewne rzeczy reaguję w określony sposób? Co mogę zrobić, aby to zmienić? To był długi, powolny i niekoniecznie wygodny proces. Ale wiesz, największym szczęściem i przełomem były dla mnie narodziny mojego syna. Gdy go zobaczyłem, pomyślałem sobie, że nie chcę i nigdy nie pozwolę na to, aby był traktowany tak, jak ja byłem, a byłem traktowany bardzo źle. Żadnych krzyków, żadnego bicia. Obiecałem, jemu i sobie, że dam mu mnóstwo miłości i po prostu poczucie bezpieczeństwa – mimo, że sam tego nie zaznałem i nikt mnie nigdy tego nie nauczył – bo dzieci tego przede wszystkim potrzebują. I myślę, że jestem na tym może nawet i przesadnie skupiony. To jest siłą napędową większości moich decyzji. Co powiedziałbym innym? Chyba to, że ta krzywda została nam już wyrządzona, co jest oczywiście bolesne, ale że mimo wszystko to, co możemy zrobić najlepiej, to po prostu nie przekazywać jej dalej. Dawajmy innym to, czego nam samym brakowało.

 

 

MŻ: Dziękuję. Za tę odpowiedź i w ogóle – za to, że podzieliłeś się ze mną (i tym samym z naszymi czytelnikami) tym wszystkim. Nie mamy niestety więcej czasu, więc na koniec chciałam cię jeszcze zapytać o Joe (Longobardi, perkusistę grupy – przyp. MŻ), który 2 miesiące po premierze albumu ogłosił, że odchodzi z zespołu. Kto zastąpi go podczas europejskiej trasy? I co dalej?

 

 

JB: W trasie będzie z nami Sam Bassal, dobry znajomy nas wszystkich. Wiesz, myślę, że Joe już od dłuższego czasu był nieszczęśliwy wyruszając w toury, cały czas głową był z rodziną, ale jeździł z nami, bo nie chciał nas zawieść. W końcu podjął decyzję, że chce być z żoną i nowonarodzonym synem, a my go w tym jak najbardziej wspieramy. Rozstaliśmy się w przyjaźni i przyjaciółmi pozostaniemy. Oczywiście, że będzie nam go cholernie brakowało, ale sam wiem, ile pojawienie się dziecka potrafi zmienić w życiu. Co dalej? Zobaczymy. Jak wspomniałem wcześniej, nowe rzeczy już powoli powstają, więc jedno jest pewne – The Amity Affliction nie składa jeszcze broni, wręcz przeciwnie.

 

 

Rozmawiała Magda Żmudzińska

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020