Najpotężniejsza czarodziejka na polskiej scenie muzycznej zaserwowała nam całkiem nowe i nieznane wcześniej zaklęcia. Czy pozbawione potężnego wsparcia gitarowych ścian dźwięku okażą się równie mocne i skuteczne? Czy magia Mai Rutkowskiej obroni się bez hałaśliwych kolegów – magów z Datûry?
Materiał zgromadzony na albumie zespołu Atavia – „To the Old Ones” sięga jeszcze czasów przeddaturowych. To pierwsze muzyczne eksperymenty i poszukiwania mocno nasączone elektronicznym ambientem i psychodelią. Pierwsze czary, pierwsze mikstury, pierwsze wokalne doświadczenia. A potem Maja na swojej drodze spotkała Alberta Stąpóra, co dało początek ery Datûry. Atavia została trochę z boku, czekając na swój właściwy czas.
A ten nadszedł w roku 2026. Solowy projekt przeistoczył się w prawdziwy zespół – stanowisko perkusisty objął Tomek Wazia, za gitarę złapał doskonale znany z Defying Szymon Stadniczenko. Rozpoczęło się porządkowanie niezliczonych ścieżek, budowanie regularnej struktury utworów, rejestrowanie materiału. Rola Stadniczenki w tym procesie jest nieoceniona.

Wiemy od dawna, że Maja umie w krzyk, growl czy pisk. Porusza się po ekstremalnych rejestrach wokalnych z brutalną łatwością i w sposób zupełnie naturalny. Na „To the Old Ones” jest inaczej. Pięknie zaśpiewane, zamruczane, wyszeptane. Mimo często ciężkiej tematyki środki wyrazu są dobrane zaskakująco delikatnie. I pięknie korespondują z warstwą muzyczną albumu.
A muzyka Atavii to wciągający, kipiący emocjami alternatywny elektroniczny pop. Tak to słyszę. Oczywiście można znaleźć tam elementy post-punkowe czy folkowe, ale dla mnie to przede wszystkim brzmienie, które moje uszy znają z arcybogatej kolekcji skandynawskiej muzyki elektronicznej. Wszelakiej i szeroko rozumianej. Atavia jest spirytualna, mroczna, tajemnicza i eklektyczna. „Bity” hipnotyzują, wprawiają w trans. Gitara uzupełnia brzmienie umiejętnie, nie przebija się na siłę na pierwszy plan, nie zawłaszcza uwagi słuchacza. Jest po prostu jednym z kilku elementów tworzących całość. Klawiatura MIDI, którą Majka wykończyła przy pracach nad utworami, jest tutaj co najmniej równie istotna.
„Azure” to pierwszy regularny numer na płycie. Jak on pięknie płynie, jaki tu jest hitowy wkręcający się refren. Uwielbiam do niego wracać, zawsze pozwala mi poczuć jakąś formę uniesienia. Singlowy „Of the Longest Night” jest najbardziej daturowym momentem na płycie. Bez problemu wyobrażam sobie, że trafia on na setlistę zespołu. I znowu ten refren… Kolejny, który nie pozwala przestać się nucić. „To the Old Ones” przynosi skojarzenia z Fever Ray i popisami wokalnymi Karin Dreijer. Słuchając go czuję ten sam vibe, ten sam niepokój, ten sam chłód fiordu. „Vesta” po łacinie oznacza „ognisko” lub „ogień”, w mitologii rzymskiej to bogini ogniska domowego, odpowiednik bogini Hestii w mitologii greckiej. I to w zasadzie wybornie opisuje ten numer.
Dwa utwory na albumie wymykają się mojej klasyfikacji gatunkowej. Chodzi o „Inclinations” i „Flowers Off”. To mocne rockowe kompozycje, gdzie riff jest kluczowy, a Maja pokazuje swoje bardziej drapieżne oblicze. Całość płyty wieńczy „Turn It On”, który jest zgrabnym połączeniem obu linii stylistycznych albumu.
Płyta Atavii to skończona, zamknięta i kompletna układanka, choć poszczególne elementy potraktowane niewłaściwym zaklęciem mogły zmienić ją w totalny chaos. O to naprawdę nietrudno, kiedy wybieramy się w podróż po zakamarkach duszy, mierzymy się z licznymi ciężkimi retrospekcjami, dotykamy silnych emocji lub brniemy przez ukryte w cieniu ludzkie sekrety. Pływamy po oceanie, z którego się narodziliśmy („Azure”), odkrywamy świat w kompletnie różnych stanach świadomości. Ale to wszystko nie przytłacza, nie sprawia wrażenia labiryntu bez wyjścia. Wszak nazwa zespołu została zaczerpnięta z terminu „atawistyczna nostalgia”, który oznacza tęsknotę za pierwotnością. I właśnie taki jest cel wędrówki, w którą zaprasza nas Pani Czarodziejka Maja, pokazując, że potrafi czynić użytek ze swej magii w każdych warunkach. A my przy okazji czerpiemy pełnymi garściami z tej dobrze przyrządzonej mikstury.