Kosmiczni stonerowcy z Kal-El zapraszają na drugą część przygód pośród gwiazd wraz z albumem „Astral Voyager, Vol. 2”. Na nowe wydawnictwo składa się 6 utworów, które łącznie trwają 42 minuty i zabierają słuchacza poprzez przestrzeń i dźwięk gdzieś hen w kosmiczną dal. Aż dziw bierze, że są z Norwegii, prędzej podejrzewałbym, że przybyli z jakiejś odległej planety z układu Alpha Centauri. Uwielbiam, jak niesamowicie „przygodowy” klimat kosmicznej opowieści ma druga część „Astral Voyager” pomimo ciężkiego riffu i powolnych temp.
Szczerze mówiąc, miałem pewne obawy wobec drugiego „Astral Voyagera”. Poprzednia część powiesiła poprzeczkę naprawdę wysoko, emanując niezwykle mocno wkręcającym się połączeniem stoner metalu ze space rockiem. Bałem się, że druga część może być wtórna lub nie oferująca niczego nowego. Jakże mocno się myliłem.
Drugiemu tomowi „Astral Voyagera” jest zdecydowanie bliżej do stoner/doomu oraz kosmicznego bluesa. Jest wolniej, ciężej, znacznie bardziej ponuro niż w części pierwszej, a riffy oraz ich brzmienie wprawiają ziemię w drżenie. Pomiędzy albumami jest niecały rok różnicy, ale soniczna eksploracja kosmosu posiada tutaj kompletnie inny wymiar.

Brzmienie albumu to również istny kosmos. Jest wyraziste, ciężkie i pełne gruzu, ale nie traci nic ze swojej selektywności, chociaż jak to w srogim stoner/doomie bywa: czasami ciężko jest na pierwszy rzut ucha odróżnić bas od gitary rytmicznej. Muzyka jest tutaj zdecydowanie wielowarstwowa oraz pełna różnych smaczków i dobroci, przez co albumu można słuchać w zasadzie na okrągło. Za każdym razem uwaga słuchacza skupia się na innym aspekcie, innym dźwięku, innym motywie. Jest tu z czego przebierać.
To, co jest mocnym wyróżnikiem albumu, to jego różnorodność. Płytę otwiera „Juno” – utwór niezwykle przebojowy oraz bujający, z niesamowitym potencjałem do rozruszania publiczności na żywo. Kolejny utwór, „The Nine”, to już kompletnie inny wymiar stoneru: utwór jest mało piosenkowy, miażdżący, niezwykle ponury, i znajduje się w nim wiele zmian oraz przejść. Rdzeniem jest w nim mamuci stoner/doom, ale znajdziecie w nim też nieco bluesa czy poczucia spacerockowej przestrzeni. Istny gruzowy monument, trwalszy niż ze spiżu. „The Prophecy” dowozi z kolei gruzu i na wolno, i na szybko, oczywiście szybko w normie stoner/doomowej. Kawałek zarówno ekstatyczny, jak i bucząco-rytualny.
„Juggernaut” zabiera nas w świat nieoczywistego rytmu oraz buczących, niemalże dronowych partii, serwując konkretny masaż niskim dźwiękiem. Sekcja rytmiczna w utworze nie pozwala go słuchać spokojnie, ale nie zabraknie też tu magicznych dźwięków pełnych przestrzeni. Słuchając tego utworu, można się poczuć jak statek kosmiczny dryfujący pośród roju meteorów. „Pan” to przepełniony groovem banger, przy którym nogi i ręce oraz głowa same pracują, nie zabraknie w nim też budowania napięcia, które jest umiejętnie rozładowane potężnym riffem. Znajdziecie tutaj też: eteryczne, tajemnicze melodie, które trzymają się bardziej w tle, ale pozostają na tyle wyraziste, iż potrafią człowieka zahipnotyzować; przepełniony feelingiem kosmiczny blues; kosmiczne gitarowe rytuały. Zwieńczające dzieło „Asteroid” ma w sobie epicki rozmach oraz monolityczne zacięcie, zwieńczając drugą część kosmicznych przygód masywnym riffem, jak i psychodelicznymi przestrzeniami, co i rusz to przenosząc umysł słuchacza w odległe przestrzenie, to chwytając słuchacza riffem o potędze grawitacji czarnej dziury.