IKS

Metallica – „ReLoad (Remastered) – Deluxe Box Set” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

Gdy dokładnie rok temu pochylałem się nad zremasterowaną wersją „Load” w wydaniu super deluxe (tutaj), w głowie wciąż kołatało mi jedno zasadnicze pytanie: jak długo przyjdzie nam czekać na dalszy ciąg tej historii? Choć od lat uważam, że „Load” i „ReLoad” aż prosiły się o wspólne wydanie – w końcu to dwa bliźniacze albumy wyrosłe z tej samej sesji, wzajemnie się uzupełniające niczym yin i yang, Metallica po raz kolejny postanowiła je odseparować. Znając skłonność zespołu do wyciskania z fanów ostatniego grosza, trudno się temu dziwić. Jak zrobili to raz w latach 90., to co im szkodzi powtórzyć 30 lat później… Co zabawne, narzekam na to z pozycji człowieka, który wydaje zdecydowanie za dużo na bilety, winyle i wszelkiej maści gadżety. Wiec przyznam się bez bicia… również na ten box w wersji super deluxe czekałem z wypiekami na twarzy.

Muszę się do czegoś przyznać. Właśnie ten album z 1997 roku zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. To pierwsza płyta Metalliki, którą kupiłem w pełni świadomie, wcale nie tak długo po jej premierze. Do dziś na półce stoi tamta kaseta – z naklejonym charakterystycznym hologramem ZAIKS na okładce. Ta sama, którą niezliczoną ilość razy przewijałem w swoim walkmanie (aż boję się sprawdzać, czy coś na niej słychać). Dziś, z perspektywy lat, doskonale widzę wszystkie niedoskonałości tego materiału, ale sentyment pozostał. Tym bardziej cieszę się, że mogłem powrócić do „ReLoad”, albumu, który powstał w wyjątkowym momencie zarówno dla mnie, jak i samej Metalliki. Tuż po wielkim przewrocie, jaki dokonał kwartet przy okazji „Load”. Był to czas, gdy James Hetfield i spółka postanowili przewietrzyć szafy, ściąć włosy, pomalować paznokcie i wywrócić do góry nogami swój wizerunek, który przez lata był symbolem bezkompromisowego thrashowego grania. No dobra, już na czarnym albumie dokonali skoku w bok, ale to dopiero na „Load” i „ReLoad” poszli po przysłowiowej bandzie. Dla części starszych fanów „ReLoad” stał się ostatecznym symbolem zdrady, kopaniem leżącego (który poległ już na „Load”)… nożem wbitym w plecy. Kilkunastoletni ja chyba nie do końca rozumiał skalę tej przemiany. Nie zastanawiałem się nad tym, czy zespół powinien brzmieć jak na „Master of Puppets” czy „…And Justice for All”… miałem w dupie kolegów, którzy twierdzili, że Metallica skończyła się na „Kill ’Em All”. Po prostu słuchałem płyty, która zajebiście mi się podobała. Być może właśnie dlatego dziś wspominam „ReLoad” z tak dużą sympatią… i patrzę na nią przez przysłowiowe „różowe okulary”.

 

„ReLoad” trafił na sklepowe półki 18 listopada 1997, aż siedemnaście miesięcy po premierze „Load”. Biorąc pod uwagę, że materiał z obu albumów narodził się w tym samym czasie, to dzielił go naprawdę szmat czasu. Początkowo Metallica nawet zamierzała wypuścić swój kolejny krążek jako klasyczne dwupłytowe wydawnictwo, jednak życie zweryfikowało ten plan. W maju 1995 roku powstało około 30 surowych wersji kawałków, bez wyraźnego podziału na „Load” czy „ReLoad”. Oficjalna wersja mówi o tym, że materiału było tak dużo, że nie udało się go dopracować na czas. Cynicy do dziś zastanawiają się, czy nie był to po prostu sprytny sposób na sprzedaż dwóch płyt zamiast jednej, a idąc dalej tym tropem… sprzedanie odrzutów, które wyleciały z „Load” jako pełnoprawny produkt. O ile jestem w stanie uwierzyć w teorie o „skoku na kasę” – w końcu mieliśmy końcówkę lat 90., złotą erę sprzedaży płyt CD, gdzie dochody z dwóch bestsellerowych albumów wyglądały znacznie atrakcyjniej niż z jednego – nawet jeżeli byłby to podwójny krążek, to nie mogę się zgodzić z zarzutami o jakimś znaczącym spadku jakości.

 

fot. materiały promocyjne

 

Po premierze „Load” Metallica wyruszyła w trasę (tutaj odsyłam do poprzedniego boxa super deluxe, gdzie znalazły się jej obszerne fragmenty). W krótkich przerwach pomiędzy kolejnymi występami, gdy tylko nadarzała się okazja, wracali do studia, gdzie dogrywali wokale, solówki, poprawiali aranżacje i dopieszczali miks kolejnych utworów, które miały trafić na „ReLoad”. I faktycznie – jak posłuchać obu płyt jedną po drugiej – słychać subtelną różnicę pomiędzy nimi.

Na „Load” Metallica serwuje wręcz mezalians gatunków. To album, który bez skrępowania – i bez oglądania się na oczekiwania starych fanów – czerpie z tego, co w latach 90. było najciekawsze: od grunge’u, przez country i bluesa, aż po rock alternatywny. „ReLoad” idzie natomiast w nieco innym kierunku. To płyta bardziej zwarta, bardziej przebojowa i wyraźnie „radiowa”, z produkcją bliższą stadionowemu rockowi niż gatunkowym eksperymentom poprzedniczki. I nie chodzi wyłącznie o koncertowe bangery pokroju „Fuel” czy „The Memory Remains”, które do dziś regularnie pojawiają się w setlistach zespołu. Cały album stawia większy nacisk na chwytliwość, mocne refreny i groove, pozostawiając przy tym resztki ciężaru Metalliki („Devil’s Dance”).

 

„ReLoad” może nie dorównał legendzie wcześniejszych płyt Metalliki, ale trudno odmówić mu jednego – miał naprawdę mocarne single. Przynajmniej połowę z nich z pewnością rozpozna nawet średnio rozgarnięty entuzjasta komercyjnych rozgłośni. No bo kto nie kojarzy „Fuel” – kawałka, który w latach 1997–1998 leciał praktycznie wszędzie? Umówmy się, to znacznie lepszy (a przynajmniej znacznie bardziej chwytliwy) otwieracz niż „Ain’t My Bitch” z „Load”, który – jak większość utworów z tego okresu – Metallica na stałe pogrzebała na śmietniku historii (ostatni raz grali go w 1998 roku). Zaraz obok mamy „The Memory Remains” z jedną z największych niespodzianek w dyskografii Metalliki – wokalami Marianne Faithfull. Goście na płytach grupy są rzadkością, a tu pojawia się prawdziwa legenda. Faithfull, gwiazda lat 60., muza i partnerka Micka Jaggera, kobieta, która przeszła przez piekło uzależnień, kryzysów i nawet bezdomności, wnosi do utworu autentyczność, jakiej nie da się podrobić. „Heavy rings on fingers wave / Another star denies the grave / See the nowhere crowd cry the nowhere cheers of honor”. Jej historia w naturalny sposób rezonuje z tekstem – opowieścią o upadłej gwieździe, która żyje już tylko wspomnieniami dawnej chwały. To właśnie ten charakterystyczny, zachrypnięty, naznaczony życiem wokal stał się najważniejszym i najbardziej rozpoznawalnym elementem kawałka. Jak pokazało życie, jest to wręcz idealny numer do wspólnego śpiewania z publicznością. No, przyznać się – który ze starych kataniarzy nie darł mordy „na-na-na, na-na-na-naaa…” w Chorzowie?

 

 

Dalej jest „The Unforgiven II”, do którego osobiście mam ogromny sentyment. Niestety, jego największym problemem jest… „The Unforgiven” z Czarnego Albumu. Oryginał to absolutny klasyk, więc „sequel” (sam nie wiem, czy to dobre określenie) od początku był na straconej pozycji. A szkoda, bo drugi „Unforgiven” ma swój własny, bardzo fajny klimat – trochę mniej patosu, za to sporo melancholii.

To również ciekawa gra formą – Metallica świadomie odwróciła układ znany z pierwszej części. Dzięki temu mamy stonowane zwrotki przechodzące w wpadające w ucho (nazywając rzeczy po imieniu – popowe) refreny. To solidny numer, który na żywo słyszymy zdecydowanie za rzadko (mnie jak na razie udało się tylko raz). Dałbym dużo, żeby Metallica czasem rotowała klasyka na dwójkę… Ostatnim singlem z „ReLoad”, chyba najmniej docenionym i bardzo często pomijanym, jest „Low Man’s Lyrics”. To jeden z najbardziej nietypowych numerów w całym katalogu zespołu – akustyczna ballada z folkowym klimatem, wzbogacona o lirę korbową i skrzypce, brzmiąca momentami jak opowieść z zadymionego pubu. Można go kochać albo nienawidzić (mam wrażenie, że ta druga grupa jest znacznie liczniejsza)… Mnie osobiście znacznie bliżej do tej pierwszej.

 

Co łączy pozostałe utwory na „ReLoad”? Przede wszystkim ten charakterystyczny groove i refreny, które od razu wpadają w ucho. „Carpe Diem Baby”, „Prince Charming”, a nawet te mniej oczywiste kawałki pokazują, że w drugiej połowie lat 90. Metallica miała niesamowitą łatwość pisania chwytliwych melodii. Gdy po dłuższej przerwie w końcu odpaliłem płytę, ze zdziwieniem złapałem się na tym, że prawie każdy refren pamiętam doskonale. Ta „przystępność” którą zachłysnąłem się jako dzieciak, sporo jednak kosztowała Metallicę – zwłaszcza szacunek starych fanów. Z perspektywy czasu sam zgadzam się z częścią tych zarzutów. Środkowa część albumu trzyma się podobnego hardrockowego klimatu i momentami rzeczywiście brzmi trochę jednolicie. Czy „ReLoad” mógłby być krótszy? Zdecydowanie tak. Czy są na nim zapychacze? Jasne, że są – ale to już standard u „późniejszej” Metalliki. Osobiście najmniej przekonuje mnie „Bad Seed” – numer, który tylko w tytule składa hołd Nickowi Cave’owi (Hetfield podobno często go wtedy słuchał). Znacznie chętniej wracam do coveru „Loverman”, który chwilę później wylądował na „Garage Inc.”.

 

fot. materiały promocyjne

 

Z cyklu „perełek ukrytych” warto zwrócić uwagę na rewelacyjne „Where the Wild Things Are”. Jason Nestwed podczas swojej 15-letniej historii w Metallice oficjalnie figuruje jako współautor tylko trzech utworów: „Blackened”, „My Friend of Misery” i właśnie wspomnianej wyżej kompozycji z „ReLoad”. Hipnotyczny, balansujący między psychodelią a narastającym poczuciem zagrożenia utwór to jedna z mocniejszych pozycji na płycie. Można powiedzieć, że to, co najlepsze miała do zaoferowania w tym okresie swojej twórczości, Metallica zostawiła na sam koniec. Chodzi oczywiście o „Fixxxer”.

Ten numer dosłownie miażdży brudnymi riffami i wciąga hipnotyzującą atmosferą, która przypomina rytuał voodoo. Nie ma tu żadnego efekciarstwa – napięcie budowane jest powoli, niemal niepostrzeżenie, aż w końcu pochłania cię bez reszty. Podobno Hetfield inspirował się obrzędami z Nowego Orleanu, gdzie trzy iksy rysowane popiołem lub kredą na amuletach miały symbolizować moc, życzenie albo klątwę. Ta symbolika świetnie współgra z tekstem. „But tell me, can you heal what father’s done / Or fix this hole in a mother’s son?”. Hetfield wylewa z siebie całą frustrację, gniew i bezsilność, prowadząc osobistą walkę z własnymi demonami. To jedna z tych kompozycji, w których jego wokal brzmi wyjątkowo szorstko i autentycznie. Na „Reload” nie zawsze udaje mu się osiągnąć taki efekt. Wydaje mi się, że „Inamorata” z „72 Seasons” była próbą powtórzenia tego uczucia, ale w tamtym przypadku nie było już takiej siły rażenia. Muzycznie w „Fixxxer” również wszystko się zgadza. To jedna z niewielu „nowszych” kompozycji Metalliki, która trwa ponad osiem minut, a mimo to jej długość w żaden sposób nie wydaje się wymuszona. Dzięki temu ani przez chwilę nie nuży. To nie jest utwór, który od razu wpada w ucho – on powoli sączy się do głowy i z każdym kolejnym odsłuchem odsłania nowe detale. Zostawia po sobie dziwny niepokój. Według mnie to jeden z bardziej niedocenianych kawałków w całej dyskografii Metalliki. Szkoda, że przez lata pozostawał w cieniu bardziej oczywistych klasyków (tak, mam na myśli „Fuel” i „Memory Remains”). Jeśli miałbym wybrać ulubione utwory z „Reload”, to właśnie „Fixxxer” znalazłby się na szczycie tej listy.

 

Przy okazji wersji super deluxe warto sięgnąć również po czteropłytowy zbiór riffów, demówek, nagrań sesyjnych, surowych i alternatywnych miksów, który stanowi ciekawe uzupełnienie głównego albumu. To właśnie na tych archiwalnych nagraniach najwyraźniej słychać, jak rodziły się poszczególne kompozycje, i z jakich muzycznych inspiracji czerpała formacja. Można wyłapać na przykład instrumentalne szkice oparte na ciężkich, powolnych bluesowych riffach. W kilku momentach trudno oprzeć się skojarzeniom z Black Sabbath – „Skimpy – Carpe Diem Baby Riff”. Równie mocnym punktem wydania są materiały koncertowe. Zamiast wrzucać do pudełka garść przypadkowych nagrań, Metallica przygotowała prawdziwy zapis ery „ReLoad”. W boksie znajdziemy między innymi „Escape from the Studio ‘97” z festiwalu w Reading, „Poor Australian Me ‘98” z koncertem w Brisbane, „Poor North American Me ‘98” dokumentujący amerykańską część trasy oraz występ „Live at the Ministry of Sound” w Londynie, wydany dodatkowo na trzech płytach winylowych. A to wciąż nie wszystko – całość uzupełniają występy telewizyjne, koncertowe bonusy i wiele pojedynczych nagrań live.

 

 

Wersja super deluxe to kompletna kronika jednego z najbardziej osobliwych okresów w działalności Metalliki. Pokazuje zespół będący w świetnej formie, pełen odważnych i oryginalnych pomysłów. Dzięki temu wydaniu możemy na nowo przeżyć erę eksperymentów zespołu z drugiej połowy lat 90.

Jedną z rzeczy, które od zawsze robiły na mnie ogromne wrażenie, była oprawa graficzna „Load” i „ReLoad”. Oba albumy są pod tym względem niemal nierozłączne – utrzymane w podobnej estetyce, intrygujące i niepokojące zarazem. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z grafiką zdobiącą moją kasetę. Wziąłem ją do ręki i kompletnie nie wiedziałem, na co właściwie patrzę. Płomienie? Benzyna? W końcu „Gimme fuel, gimme fire”… A może jakaś burza piaskowa? Nic z tych rzeczy. Zdjęcie wykorzystane na okładce przedstawia pracę „Piss and Blood” autorstwa fotografa i artysty Andresa Serrano – mieszankę bydlęcej krwi i moczu zamkniętą pomiędzy dwiema płytami pleksi. Kontrowersyjne? Owszem. Ale też idealnie wpisujące się w klimat tamtej epoki Metalliki.

 

Na szczęście wnętrze wydania jest już zdecydowanie mniej prowokacyjne. Kolejne strony książeczki zdobią zdjęcia zespołu przeplatane grafikami z testem Rorschacha, które świetnie współgrają z charakterem albumu. Co więcej, zestaw kart z tymi ilustracjami znalazł się również w pudełku, stanowiąc jeden z fajniejszych dodatków. A skoro o dodatkach mowa, to zawartość boxu naprawdę robi wrażenie. Jest plakat „Gimme Fuel”, komplet naklejek, trzy repliki przepustek koncertowych, a także… aż dziesięć kostek gitarowych. Jeśli komuś nie udało się złapać kostki rzuconej ze sceny – czy to w Chorzowie, czy na jakimkolwiek innym koncercie – nie musi dziś wydawać 200 zł za sztukę na aukcjach internetowych Januszów biznesu. Tutaj dostaje ich cały komplet!

 

Wiem, że zostanę wytknięty palcem przez jedynych prawilnych fanów Metalliki, ale trudno mi opisać, jak ogromną radość sprawiło mi wrócenie do tej płyty po latach. „Fuel”, „The Memory Remains” z Marianne Faithfull, tkwiący w cieniu jedynki „The Unforgiven II”, mimo wszystko uroczo-folkowy „Low Man’s Lyrics”, hipnotyczne „Where the Wild Things Are” i przede wszystkim miażdżący „Fixxxer” – to wszystko nadal działa (przynajmniej na mnie!). Płyta ma ten charakterystyczny groove, chwytliwe refreny i klimat końca lat 90., dzięki któremu mogłem odbyć sentymentalną podróż do czasów mojej młodości. W tej chwili siedzę i słucham jej, trzymając w ręku (no dobra, w telefonie) bilet na kolejny koncert Metalliki. I wiecie co? Mam wielką nadzieję, że na nadchodzącej trasie chłopaki zagrają coś więcej z ery „Load” / „ReLoad”. A może uda się usłyszeć tego nieszczęsnego „Fixxxera”. Bo to jeden z bardziej niedocenionych numerów w całej ich dyskografii i cholernie zasługuje na drugie życie. Sam w sobie box super deluxe to petarda – masa koncertówek z ery „ReLoad”, dema, riffy, alternatywne miksy, plakat, naklejki, kostki gitarowe… Wszystko to sprawia, że wracam nie tylko do albumu, ale do całego tamtego okresu. I mimo że mam świadomość pewnych ułomności… słuchając tego albumu, dalej uśmiecham się jak dzieciak. Bo „ReLoad” to po prostu moja płyta.

Grzegorz Bohosiewicz

„ReLoad” w wielu formatach, możecie nabyć w oficjalnym polskim sklepie Universal Music (tutaj). Na stronie są dostępne również inne wydawnictwa od Metallica.

 

 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Jakub Ryszkiewicz

    Świetna płyta, świetna recenzja

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020