Oczekiwanie na kolejny album zespołu, który uważam za jeden z moich ulubionych jest dla mnie stresujące. Naprawdę. Nawet nie chodzi o to, że znienawidzę taki zespół za album, który mi się nie spodoba. Cały stres wynika raczej z tego, iż zwyczajnie z tyłu głowy mam jedną natrętną myśl: „Czy nowa muzyka znowu wywoła u mnie ten dreszcz emocji?” Na całe szczęście w przypadku najnowszego dzieła od Monolord mój stres był mocno zredukowany z tego względu, iż dwa nowe utwory zostały zagrane na ubiegłorocznym Red Smoke Festival. Pięknie mnie rozwalcowały, zatem miałem przeczucie, że „Neverending” będzie właśnie taką muzyczną wyprawą walcem.
Moja relacja z Monolordem jest mocno unikatowa z pewnego ciekawego względu: śledzę zespół od bardzo dawna, jednakże początkowo formacja nie potrafiła mnie do siebie przekonać. Mimo tego, iż bardzo chciałem. Momentem przełomowym była premiera albumu „No Comfort” w 2019 roku. Płyta ta kompletnie mnie oczarowała, więc katowałem ją w kółko przez dłuuuuugi czas i po dziś dzień pozostaje jedną z najważniejszych płyt w moim panteonie. Co jest równie ważne: w jakiś niewytłumaczalny sposób album ten sprawił, iż zacząłem rozumieć twórczość zespołu i stałem się jego wielkim fanem, co utrzymuje się zresztą do dziś.
Za nagranie, produkcję oraz miks albumu odpowiada Sylvia Massy, która jest producentką mającą na koncie współpracę m.in. z Tool, System of a Down, Red Hot Chilli Peppers, Exodus, Verbal Abuse czy Johnnym Cashem. To bogate CV sprawiło, iż tym bardziej nie mogłem się doczekać efektu końcowego, zwłaszcza że zarówno Sylvia jak i zespół od czasu do czasu wrzucali w internetowy obieg krótkie filmiki z nagrywania, które wyglądały niezwykle obiecująco. To, jak brzmi trio z Göteborga na najnowszym albumie, to istny kosmos. Pomimo ciężaru i gruzu od którego może zatrząść się ziemia, wszystko brzmi selektywnie i blisko słuchacza. Nieważne, czy muzycy akurat postanowili zapodać miażdżący riff, czy pełną przestrzeni i melancholii melodię, słychać tutaj niezwykle wyraziście każdą nutę, każde uderzenie, każdą wokalizę. Do tego muzyka zdaje się być niezwykle blisko słuchacza: zupełnie tak, jakby zespół grał tuż obok, na wyciągnięcie ręki oraz ucha.
Kompozycyjnie grupa dalej eksploruje bardziej melodyjną i emocjonalną formułę stoner/doomu ze średniowiecznymi akcentami zapoczątkowaną na albumie „Rust” i udoskonaloną na wspomnianym wcześniej „No Comfort”. Monolord na nowym albumie postanawia łamać nie tylko szczęki słuchaczy brzmieniem oraz ciężarem, ale też łamać serca smutkiem, poczuciem beznadziei i nihilistyczną aurą. Muszę przyznać, że jest to ten wymiar emocji, którego bym się spodziewał po tzw. Wielkiej Trójce Peaceville: Paradise Lost, My Dying Bride czy Anathemie, zwłaszcza podczas melodyjnych momentów, jednakże same riffy to już czysty gruz. Tę ponurą rzeczywistość roztacza już pierwszy utwór: „Iodine”, w którym kontrastowany jest ze sobą rytualistyczny minimalizm z gruzowym maksymalizmem. W tym najmniej optymistycznym stylu.

„You Bastard” dalej eksploruje tę ponurą formułę, ale w dużo bardziej hipnotyczny i zwodzący sposób. Ciężar basu oraz perkusji, soczyste riffy gitary oraz niesamowicie wżerające się w mózg wokale kojarzą mi się bardziej z uczestnictwem w jakimś czarodziejskim obrządku. I jakże bujającym! „Inside the Collider” zabiera z kolei w depresyjną aurę, melodie są przepełnione najprawdziwszym smutkiem oraz motywami, które mocno poruszają wyobraźnię. Jest to utwór z natury tych refleksyjnych: zachęca do tego, aby zwolnić, rozejrzeć się, pokontemplować. Te umiejętnie wplecione średniowieczne skale dają poczucie wsłuchiwania się w jakąś starą, pełną dramatyzmu opowieść, swoją drogą świetnie kontrastują masywną sekcję rytmiczną.
„Crystal Bridge” z kolei uderza ze swym ciężarem niczym lawina, ale nie boi się przy tym melodyjnych wtrąceń. Kawałek łączy dwa światy: balladowy oraz gruzowy. „Oozing Wound” ma w sobie bardzo tajemniczą aurę. Każdy dźwięk, niezależnie od tego, czy ciężki, czy łagodny, wybrzmiewa niczym melodia w głowie podczas zgubienia drogi we mgle. Efekt nasila plemienna sekcja rytmiczna czy hipnotyczna, silnie rezonująca w głowie melodia, która raz jest prosta i powtarzalna, raz rozwija się w rozbudowaną partię prowadzącą. Niezwykła ścieżka dźwiękowa wyprawy w nieznane. „The Masque” to chyba najbardziej bluesrockowy utwór w historii Monolord. Pomimo gruzu w brzmieniu, nie sposób odmówić temu utworowi masy energii oraz emocjonalnych melodii. Do tego ten stadionowy refren. Pozornie w warstwie muzycznej jest to dość radosny utwór, jednakże w tekście czai się coś mrocznego: poczucie rozdarcia i braku spełnienia.
„Invisivible” ma w sobie coś eterycznego, onirycznego. Można rzec, iż utwór wpisuje się w styl doomgaze ze względu na umiejętne wplecenie marzycielskich przestrzeni w stoner/doomową kompozycję. Jeden z tych utworów, który pozwala złapać oddech. Płytę zamyka „It’s Neverending” z gościnnym udziałem Jörgena Sandströma znanego z występów m.in. w Grave czy Entombed, dodając ten deathmetalowy pierwiastek do gęstego riffowania. Jego wokal stoi w opozycji do melodyjnych i psychodelicznych motywów, tworząc kontrast jak pomiędzy niebem a piekłem.
Czy Monolord właśnie wydał album roku? Niewykluczone. Sam nie wiem już, jak często słuchałem w kółko tego krążka. Nie chce opuścić ani mojej głowy, ani mojej audiosfery. Odnoszę silne wrażenie, jakby muzyka na „Neverending” dotykała bezpośrednio mojego serca, mojej duszy, bardzo silnie z nimi rezonując. Dla takich właśnie doznań słucham muzyki i wciąż poszukuję nowej: aby móc chociaż na tę niecałą godzinę znaleźć się w innym świecie, pokrzepić się i powrócić jako lepszy człowiek.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.