„To Love” – pod takim hasłem odbyła się tegoroczna edycja Malta Festival. Trudno o lepsze motto dla dnia, który prowadził od intymnego teatru, przez muzyczne eksperymenty, aż po wspólnotowe koncertowe emocje.
Sobotę rozpocząłem od ostatnich trzydziestu minut „The Second Woman” z Magdaleną Cielecką. To 24-godzinny spektakl oparty na jednej scenie, odgrywanej przez aktorkę ze stu różnymi partnerami – przedsięwzięcie karkołomne zarówno dla wybitnej aktorki, jak i dla widzów, którzy decydują się przeżyć całość. Widziałem jedynie dwie ostatnie odsłony tej samej sceny, ale nawet one pokazały, na czym polega fenomen tego projektu. Tekst pozostawał identyczny, jednak Magdalena Cielecka za każdym razem budowała go inaczej – drobnymi gestami, pauzami, tempem wypowiedzi i emocjonalnymi akcentami. Osoby, które oglądały spektakl od dłuższego czasu, natychmiast wychwytywały te subtelne różnice i żywo reagowały na kolejne interpretacje.

Później przeniosłem się do Hali 6 na koncert duńskiego zespołu Efterklang. Spodziewałem się dobrego koncertu. Otrzymałem jednak coś znacznie więcej. Efterklang zachwycał nieoczywistymi melodiami, łamanymi rytmami, ciągłymi zmianami tempa i niezwykle ekspresyjnym wokalem Caspera Clausena.
Koncert rozpoczął się hipnotyzującym utworem a cappella wykonywanym przez Clausena i perkusistę, którego wysoki falset przywodził na myśl charakterystyczny głos Jónsiego z Sigur Rós. Już od pierwszych minut było wiadomo, że będzie to wieczór pełen muzycznych niespodzianek. Muzycy nieustannie zmieniali instrumenty. Perkusista sięgał również po skrzypce, Clausen oprócz śpiewu grał na gitarze, instrumentach klawiszowych, perkusji, a w jednym z najbardziej zaskakujących momentów wydobywał dźwięki z… kamieni. Główny klawiszowiec z kolei pod koniec koncertu zachwycił publiczność głębokim, pięknym barytonem. Trzech wokalistów o zupełnie różnych, ale idealnie uzupełniających się barwach głosu tworzyło niezwykle spójną całość. Zespół zaprezentował również premierowy utwór, który poziomem w niczym nie odstawał od doskonale znanego repertuaru. Finał koncertu przyniósł kontrolowany muzyczny chaos i potężną ścianę dźwięku, pozostawiając publiczność w absolutnym zachwycie. To był koncert, o którym będę pamiętał jeszcze bardzo długo.

Przed główną gwiazdą wieczoru wystąpił Charlie Cunningham, prezentując niezwykle ciepły i kameralny set, momentami przywołujący skojarzenia z koncertami Davida Graya. Publiczność przyjęła go bardzo serdecznie, a sam artysta z uśmiechem wyraził nadzieję, że choć część obecnych pojawi się na jego kolejnym solowym koncercie w Polsce. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie.
Wieczór zwieńczył długo wyczekiwany koncert formacji Beirut, którzy po dłuższej przerwie powrócili do regularnego koncertowania. Zach Condon co chwilę dziękował entuzjastycznej publiczności, a zespół zaprezentował przekrojowy repertuar obejmujący utwory z niemal całej swojej dyskografii.Uwielbiam dęciaki. Uwielbiam wielogłosy. Uwielbiam duże zespoły. A Beirut daje mi to wszystko jednocześnie. Ich muzyka jest przesycona melancholią i nostalgią, ale nigdy nie pozostawia słuchacza w smutku – zawsze tli się w niej światło. Charakterystyczne melodie, bogate aranżacje i szczerość emocji sprawiają, że zespół ma absolutnie niepowtarzalne brzmienie. To był koncert, na który zdecydowanie warto było czekać.

Cudowny dzień w Poznaniu. Mimo niemiłosiernego upału Hala 6 znakomicie zdała egzamin, zapewniając odrobinę chłodu dla ciała i bardzo dużo radości dla duszy. Żałuję tylko jednego – że mogłem zostać w Poznaniu zaledwie jeden dzień. Przy tak bogatym programie, obejmującym teatr, muzykę, taniec, performance i wiele innych wydarzeń, naprawdę nie sposób było się nudzić. Oby za rok udało się wrócić na dłużej.