The Black Keys od lat funkcjonują w osobliwym miejscu współczesnego rocka. Z jednej strony Dan Auerbach i Patrick Carney pozostają duetem, który w najlepszych momentach potrafił przypomnieć, że blues nie musi być muzealnym eksponatem, lecz żywym, brudnym i fizycznym językiem. Z drugiej – ich późniejsza kariera coraz częściej balansowała między naturalną prostotą a próbą odnalezienia się w bardziej wypolerowanej, radiowej rzeczywistości. „Peaches!” pojawia się więc w dobrym momencie. To czternasty album duetu, wydany 1 maja 2026 roku, a zarazem kolejny materiał złożony z cudzych kompozycji. Nie jest to jednak zwykła składanka bluesowych hołdów, lecz próba przypomnienia sobie, dlaczego ten zespół kiedyś działał tak przekonująco.
Ostatnie lata działalności The Black Keys były okresem intensywnym, choć nie zawsze równie przekonującym artystycznie. Po powrocie z „Let’s Rock” duet wszedł w fazę regularnego publikowania nowych materiałów, jakby próbował utrzymać własną markę w ciągłym ruchu. „Delta Kream” z 2021 roku było jeszcze gestem czytelnym – powrotem do Mississippi hill country bluesa i źródeł, które od początku stały za brzmieniem Auerbacha i Carneya. „Dropout Boogie” rok później rozwijało tę formułę w bardziej swobodnym, piosenkowym kierunku, ale nie miało już tej samej siły odkrycia. Z kolei „Ohio Players” z 2024 roku próbowało poszerzyć język zespołu o popowe, funkowe i producenckie elementy, przez co momentami brzmiało jak płyta bardziej zainteresowana atrakcyjnością niż napięciem, które kiedyś wynikało z ograniczeń.
Ten etap miał też wyraźny kontekst pozamuzyczny. Odwołana trasa arenowa po „Ohio Players”, zmiana managementu i publiczne rozczarowanie mechanizmami branży muzycznej sprawiły, że The Black Keys znaleźli się w sytuacji wymagającej resetu. „No Rain, No Flowers” z 2025 roku próbowało odpowiedzieć na ten kryzys łagodniejszym, bardziej wygładzonym blues-popem, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że zespół szuka tam przede wszystkim bezpiecznego sposobu na odzyskanie równowagi. „Peaches!” działa inaczej. Według materiałów promocyjnych album powstawał w trudnym dla Auerbacha czasie, podczas choroby jego ojca, a nagrania miały początkowo charakter spontanicznego grania, nie planowanej płyty. I właśnie dlatego ten materiał, mimo że złożony z coverów, brzmi naturalniej niż część autorskich wydawnictw duetu z ostatnich lat.

Pod względem całościowej konstrukcji „Peaches!” nie jest płytą przełomową, ale jest płytą potrzebną. The Black Keys nie próbują tutaj udowadniać, że odkrywają bluesa na nowo. Wracają raczej do jego najprostszej funkcji: rytmu, napięcia, brudu i powtarzalnego groove’u, który nie potrzebuje wielkiej dramaturgii, żeby działać. „Where There’s Smoke, There’s Fire” od razu ustawia album między garażowym blues-rockiem a luźną, niemal koncertową energią. „Stop Arguing Over Me” i „Who’s Been Foolin’ You” pogłębiają to wrażenie, a „It’s a Dream” pokazuje bardziej rozciągniętą, zadymioną stronę duetu. To muzyka pozornie prosta, ale jej siła tkwi właśnie w tym, że nie próbuje być większa, niż jest.
Największą siłą „Peaches!” pozostaje fizyczność. To album, który najlepiej działa wtedy, gdy nie analizuje się go jak wielkiego artystycznego manifestu, tylko pozwala mu się toczyć własnym, chropowatym rytmem. „You Got to Lose” ma w sobie nerw i ciężar, którego brakowało wielu ostatnim nagraniom zespołu. „Tell Me You Love Me” dobrze wykorzystuje prostotę formy, a „She Does It Right” wypada szczególnie przekonująco, bo zamiast jedynie odtwarzać energię pierwowzoru, zwalnia ją i nadaje jej bardziej lepki, klubowy charakter. Mocno działa też końcówka. „Fireman Ring the Bell” podbija temperaturę, natomiast „Nobody but You Baby” zamyka całość głębokim, repetycyjnym pulsem. Produkcyjnie to płyta surowa, ale nie amatorska; brudna, lecz nadal kontrolowana.
Jednocześnie ta kontrola bywa ograniczeniem. „Peaches!” jest opisywane jako powrót do pierwotnej dzikości, ale nie jest to album tak nieokrzesany jak „The Big Come Up”, „Thickfreakness” czy „Rubber Factory”. The Black Keys wracają do korzeni jako doświadczeni muzycy i producenci, którzy nie potrafią już całkowicie zgubić świadomości własnego brzmienia. Momentami słychać więc pewien paradoks: materiał chce być spontaniczny, ale pozostaje bardzo dobrze ustawiony. Niektóre utwory funkcjonują bardziej jako świetnie wykonane stylizacje niż kompozycje zostawiające po sobie wyraźny ślad. Środkowa część płyty może też zlewać się w jeden strumień blues-rockowego grania, szczególnie jeśli słuchacz oczekuje większych kontrastów. To nie wada, która niszczy album, ale element sprawiający, że „Peaches!” bardziej imponuje konsekwencją i energią niż rzeczywistym zaskoczeniem.
W efekcie „Peaches!” funkcjonuje jako jedna z bardziej udanych późnych płyt The Black Keys, choć raczej nie jako dzieło, które zmieni sposób patrzenia na ich dyskografię. To album świadomie zawężony, oparty na powrocie do języka, z którego Auerbach i Carney wyrośli, ale pozbawiony desperackiej potrzeby udowadniania czegokolwiek. Najlepiej czytać go nie jako wielki comeback, lecz jako oczyszczenie po kilku latach stylistycznych prób, branżowych napięć i płyt, które nie zawsze trafiały w sedno. „Peaches!” nie ma siły młodzieńczej eksplozji, ale ma coś równie cennego na tym etapie kariery: naturalność. To solidna, soczysta i bardzo przyjemna blues-rockowa płyta, która może nie otwiera nowego rozdziału, ale przypomina, że The Black Keys wciąż najlepiej brzmią wtedy, gdy przestają gonić za formatem i po prostu grają.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.