Po kilku mniejszych wydawnictwach rzeszowska blues-rockowa grupa Liver właśnie wydała album zatytułowany „W niepamięci”. Płyta łączy w sobie surową energię gitar z klimatem wolności i przestrzeni. Materiał realizowany był przez kilka lat, a grupa bardzo skrupulatnie podeszła do realizacji. O szczegółach jego powstawania, jak i o zmianach jakie zaszły podczas tworzenia materiału, opowiedział mi jeden z założycieli zespołu, gitarzysta i wokalista Szymon Grela.
Maciej Majewski: Co zmieniło się w waszym podejściu, że po singlach i epce zdecydowaliście się wydać pełny album?
Szymon Grela: Myślę, że to naturalny bieg wydarzeń. Pierwsza wyszła epka „#1” – na początku miało to być demo, ale nagraliśmy 6 kawałków i zdecydowaliśmy się wydać je na CD. Później doszedł singiel „Talia nowych kart” – jako mały bonus do epki. Natomiast płytę „W niepamięci” nagrywaliśmy przez ostatnie kilka lat. Z pierwotnych wersji utworów zostało niewiele. Piosenki przearanżowaliśmy z góry na dół (m.in. nowe linie wokali, teksty, instrumenty). Pełny album od początku był w planach, a kilka piosenek nawet nie weszło na krążek.
MM: „#1” było w całości po angielsku. W tym wypadku też nastąpiła zmiana.
SG: Zgadza się, na koncertach zauważyliśmy, że jak gramy kawałki po polsku, to łapiemy lepszy kontakt z publicznością. Ludzie śpiewają piosenki razem z nami. To jest coś magicznego, wytwarza się niesamowita więź i gramy nie dla publiczności, ale razem z nią – co jest totalnie piękne.
MM: Mówisz, że płytę „W niepamięci” przearanżowaliście znacząco. Z czego wynikały te zmiany?
SG: Muzyka przez te 3 lata, kiedy nagrywaliśmy, dojrzewała. Cały czas pojawiały się świeże pomysły. Przeszliśmy też kilka zmian w składzie. Po spędzeniu w studio ponad 200 godzin, stwierdziliśmy jednak, że już czas wydać materiał. Na płycie są 2 czy 3 piosenki, które nawet nie były jeszcze skomponowane w czasie, kiedy zaczynaliśmy pierwszą sesję. Myślę, że to zrobiło bardzo dobrze. Nie nagrywaliśmy w pośpiechu, a każde zmiany, które wpadały nam do głowy, mogliśmy na spokojnie wprowadzać.
MM: Brzmi to jakbyście nagrywali ten album w bardzo komfortowych warunkach i równie dobrym czasie.
SG: Warunki mieliśmy wymarzone. Nagrywaliśmy w studio Dirty Sound Records u Dominika Cynara. Dominik był odpowiedzialny za realizację nagrań, miks i współprodukował album. Prywatnie się przyjaźnimy, dlatego w trakcie nagrań panowała fenomenalna atmosfera. Jego studio jest kapitalnie wyposażone. Używaliśmy kilku zestawów perkusyjnych, pewnie kilkunastu wzmacniaczy, wiele gitar, efektów i mikrofonów. Całość dopełnił mastering wykonany przez legendę polskiej muzyki – Marcina Borsa.
MM: No właśnie – jak doszło do tego, że materiał masterował Marcin?
SG: Wiedzieliśmy, że Dominik pracował z Marcinem przy płycie swojego zespołu. Zapytaliśmy Dominika, czy Marcin nie zgodziłby się zmasterować naszego albumu. Na szczęście się zgodził, za co jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni.
MM: Mam wrażenie, że nie poszaleliście aż tak jak mogliście na tej płycie – tak stylistycznie, jak i instrumentalnie.
SG: Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Jest bardzo zróżnicowanie. Można było pewnie odjechać w kilku kawałkach w stylu płyt Hendrixa, ale uważam to za zbędne. Dla mnie w piosenkach liczy się przede wszystkim melodia. Lubię też prostotę – bez mesjaszowania. W piosence „Lustro” chcieliśmy oddać bardziej koncertowe oblicze zespołu. Na koncertach jest czas na „magię” – wtedy szalejemy i czasem zdarza nam się przedłużać kawałki nawet o kilka minut.
MM: A skąd to country w „Nie zmieniaj się”?
SG: „Nie zmieniaj się” został zainspirowany Bieszczadami i historią Michała Giercuszkiewicza. Praktycznie co roku gramy na scenie jego imienia w miejscowości Werlas (Zagroda Żbyr), gdzie zacumowana jest tratwa, na której mieszkał. Michał zdecydował się wyjechać w Bieszczady, żeby rzucić nałóg narkotykowy – co mu się udało. Niesamowita siła charakteru! W tym roku będziemy mieli zaszczyt zagrać na festiwalu Tratwa Blues w Zagrodzie Żbyr, który jest upamiętnieniem Michała. A dlaczego stylistyka country? Tak po prostu czuliśmy. A że lubimy od czasu do czasu pograć country, to popchnęło nas w tę stronę.
MM: Znam historię Michała. Świetnie opowiada ją film „30 lat wymówek”. A jest jedna stylistyka, do której wam najbliżej?
SG: Myślę, że blues rock. To bardzo szerokie pojęcie. I większość naszych kawałków można zakwalifikować właśnie pod to.
MM: Wspomniałeś, że macie niewykorzystane nagrania, które nie weszły na „W niepamięci”.
SG: Tak, jest kilka nagranych piosenek. Nie wiemy jeszcze, czy kiedyś coś z nimi zrobimy. Nie wpasowały się nam dobrze w płytę „W niepamięci”, ale w przyszłości – kto wie…
MM: Domyślam się, że teraz przede wszystkim skupicie się na koncertach?
SG: Dokładnie, teraz mamy krótką przerwę, ale za tydzień zaczynamy koncerty. Koniec czerwca, początek lipca i sierpień będzie dla nas pracowity. Zaczynamy też booking na jesień i zimę. Aktualności można sprawdzić na naszych socialach i stronie internetowej liverband.pl.