Nostalgia, rodzinne wspomnienia i nieustanne poszukiwanie własnych korzeni – właśnie wokół tych tematów krąży dziś twórczość Basi Bulat. Kanadyjska artystka o polskich korzeniach opowiada o ojcu, którego próbowała lepiej zrozumieć poprzez pozostawione przez niego kasety, o piosence „Disco Polo”, która stała się osobistym pomostem między przeszłością a teraźniejszością, oraz o potrzebie zachowywania autentyczności w muzyce i życiu. Rozmawiamy także o miłości do analogowych nośników, grach wideo, rodzinie i powrocie na koncertową trasę po kilku latach przerwy. To szczera, ciepła i pełna anegdot rozmowa o pamięci, tożsamości i odnajdywaniu siebie w dźwiękach, które zostają z nami na całe życie.
Kuba Ryszkiewicz: Widziałem na twoich mediach społecznościowych, że miałaś okazję pochodzić trochę po Warszawie. I że nie jest to pierwszy raz, gdy jesteś tutaj.
Basia Bulat: Tak, to prawda, to nie jest pierwszy raz.
KR: Ile razy tu byłaś?
BB: Ile? Muszę się zastanowić. Przynajmniej pięć, albo sześć. Patrzę na Anię (kuzynka Basi, która robiła zdjęcia podczas wywiadu – przyp. KR), ona zawsze mi towarzyszyła. Rodzina mojej mamy pochodzi z Chełma, a taty z Krakowa. Najwięcej czasu spędziłam w tamtych rejonach. Oczywiście w Warszawie też bywałam, ale częściej, kiedy zaczęłam grać koncerty. Pierwszy raz, gdy na początku mojej kariery grałam w Cafe Kulturalna. Teraz też odwiedziłam to miejsce i jest dokładnie takie, jak je pamiętam. Bardzo mnie to ucieszyło.
KR: Ja w Warszawie mieszkałem właściwie całe moje życie. Ale kilka lat temu wyprowadziliśmy się do jednej z pobliskich wsi i teraz w Warszawie jestem gościem. Przez to bardziej zauważam zmiany, które tu zachodzą. A ty masz jeszcze większy dystans.
BB: O tak, Warszawa bardzo się zmieniła od 2000 roku, kiedy byłam tu pierwszy raz. Cała Polska bardzo się zmieniła. Kanada zresztą też. Mam tak samo, jak odwiedzam moją mamę w Toronto. Teraz mieszkam w Montrealu. Więc tak, widzę, jak wszystko ciągle się zmienia.
KR: Podoba ci się kierunek tych zmian?
BB: Cóż. Nie mam bardzo zdecydowanej opinii. Zwłaszcza jeśli chodzi o Warszawę. Zawsze jestem bardzo podekscytowana, kiedy tu jestem. Ale czasem, kiedy widzę, że pewne rzeczy są dokładnie takie, jak je pamiętam, to czuję radość. Jakbym znów odwiedzała swoje wspomnienia. Ale fajnie jest też zobaczyć zmiany, że coś jest inne.
KR: Zajmuję się też fotografią i ostatnio miałem okazję robić zdjęcia na koncercie na Pradze, po drugiej stronie Wisły. Miałem chwilę czasu, więc wszedłem do kawiarni, żeby napić się kawy. Do takiej malutkiej kawiarni. Okazało się, że to miejsce stara się kultywować oryginalne praskie tradycje. Za barem stał facet ubrany, jakby właśnie wyszedł ze starego filmu, goście w kaszkietach, beretach.
BB: Niesamowite.
KR: Teraz wszędzie wyrastają budynki ze szkła.
BB: Dokładnie. To samo dzieje się w Toronto. Jadę przez okolicę, którą znam, i co chwilę myślę sobie: „tego tu nie było”. A teraz jest sześć szklanych wież. I wszystko zaczyna wyglądać podobnie do siebie. Zdecydowanie mam większy sentyment do starego budownictwa. Cegły i zaprawa murarska. Zaraz będę w Krakowie, tam pewnie też się dużo zmieniło.

KR: Kiedyś pracowałem w takiej księgarnio-kawiarni, którą prowadził pan o nazwisku Bułat, to twoja rodzina?
BB: Bułat to nie jest bardzo popularne nazwisko, ale dość często zdarza się, że ludzie po koncertach podchodzą i mówią: „hej, ja też się tak nazywam”. Ale w Warszawie nie mam krewnych, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Większość rodziny po stronie ojca pochodzi z okolic Krakowa. Tam mam bardzo wielu kuzynów. I czasem ktoś się pojawia i mówi: „wiesz, ja jestem dużo bliżej spokrewniony z tobą od tych innych”. Jest w tym coś uroczego, pełnego nostalgii.
KR: Ta nostalgia jest obecna na twojej płycie, prawda? Pewnie wszyscy pytają cię o piosenkę „Disco polo”.
BB: O tak. Wszyscy. Tutaj na pewno.
KR: Zastanawiam się nad odbiorem tego utworu tutaj i w Kanadzie. Musi chyba być bardzo różne, bo tam raczej nikt nie wie do końca, czym disco polo właściwie jest. Tutaj wiąże się z poczuciem pewnego kiczu.
BB: Tak, zawsze muszę to tłumaczyć, kiedy wykonuję tę piosenkę. Jeszcze śmieszniej jest, kiedy muszę to tłumaczyć po francusku. Mówię im, że z góry przepraszam za moment, kiedy wrócą do domu i sprawdzą czym disco polo jest na YouTube.
KR: Mówiłem to wcześniej, jestem też fotografem ślubnym…
BB: To się osłuchałeś disco polo.
KR: Oj tak, to zmora mojego istnienia.
BB: Uwierz mi, tak się czułam dorastając. Tata sobie słuchał, kiedy przyjeżdżał pod szkołę. Wiedziałam, że jedzie, bo było go słychać z daleka. Czułam jak mój kręgosłup zamienia się skorupę. Wtedy zupełnie nie rozumiałam tej muzyki.
KR: A teraz rozumiesz?
BB: Kiedy umarł, znalazłam jego stare taśmy. Było ich bardzo dużo.
KR: Magnetofonowe?
BB: Tak, miał ich multum. Nawet Davida Bowie. Bardzo różne, wszystkie nieoryginalne. Jestem pewna, że przywiózł je z Polski. Zawsze coś przywoził, kiedy stąd wracał. Tata miał wiele demonów, z którymi się zmagał. Nie byliśmy zbyt blisko. I kiedy umarł, zaczęłam szukać go w jego muzyce, próbowałam go zrozumieć. Wydaje mi się, że mi się udało. Próbował zatrzymać fragment więzi z miejscem, które musiał opuścić. W którym nie było mu dane dorastać. Potrzebował tej więzi i kiedy byłam mała, był bardzo związany z polską społecznością.
KR: Powiedziałem, że mam problem z disco polo, ale tak naprawdę, to nie mam. Pewnie, jest uciążliwe, zwłaszcza jak się tego słucha co tydzień, w takim natężeniu. Ale też widzę, jak ludzie reagują i jak nie reagują na inne piosenki. Zwłaszcza na wsiach.
BB: Babcie?
KR: Tak, babcie. Ale zwłaszcza wujkowie. Wąsaci.
BB: Nie jestem na bieżąco ze współczesnym disco polo, ale tu też trafiają się przyzwoicie wyprodukowane kawałki. Mój mąż się nawet wkręcił. Nie mówi po polsku. Może kiedyś założymy zespół disco polo. (śmiech)
KR: I będziecie grać na weselach?
BB: Śpiewałam na weselach. Co prawda nie disco polo, ale kto wie…
KR: Jedna piosenka „Disco polo” już jest.
BB: (śmiech)
KR: Trochę się zwierzę. Kiedy słuchałem twojego albumu, przypomniało mi się, jak moja mama słuchała kogoś, kto miał trochę podobny głos do twojego, wydaje mi się, że to mogła być Tracy Chapman. Jakoś powróciły wspomnienia. I potem czytałem o historii piosenki „disco polo”, obejrzałem klip i nagle wszystko złożyło się razem, jakby element puzzle trafił na miejsce.
BB: Dzięki, to dużo znaczy. Bo pracowaliśmy bardzo ciężko nad tym klipem. Kobiety, które w nim występują, są bardzo znanymi tancerkami w Quebec.
KR: One są również w pozostałych teledyskach do tej płyty, prawda?
BB: Tak, dokładnie. Są tancerkami baletowymi.
KR: Ta dziewczynka też?
BB: Ona się uczy. Były też kobiety dużo starsze – siedemdziesięcioletnie, osiemdziesięcioletnie. Ten album jest o przeszłości, ale także o tym, co chcę pozostawić po sobie swoim dzieciom. Jak odnajduję swoją drogę w muzyce. Chcę pokazać moim dzieciom, że wciąż można. Czasem przemysł muzyczny bywa trudny. Wiele osób się ode mnie odwróciło, moich managerów, osób, które zajmowały się moimi sprawami. Nie mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że to przez to, że zdecydowałam się na dzieci, ale czasem ciężko nie dostrzec tych powiązań. Nie wyjechałam z kraju na pięć lat, a trochę się tak czułam.
KR: Wydaje mi się, że w Polsce mogłoby być podobnie.
BB: Trzeba zatem o tym mówić głośno.
KR: Zdecydowanie.
BB: Chciałam to pokazać w tym teledysku. Jedna z tancerek mi powiedziała, że chciała móc zatańczyć na scenie, kiedy będzie miała 80 lat, i nam udało się do tego doprowadzić. Świetnie się bawiliśmy. W pewnym momencie nawet zatańczyły taniec z TikToka. Zdecydowanie doskonale się bawiły.
KR: Kiedy oglądałem twoje teledyski, zauważyłem, że często pracujecie długimi ujęciami.
BB: Tak. Trochę tak jest. Cały ten album idzie w tym kierunku, moja filozofia życiowa to chyba praca na długim ujęciu.
KR: One są niesamowicie nakręcone, macie taki starszy utwór, „The Garden”. Jest niesamowity. Wszystko jest tam tak precyzyjnie ustawione – kadry, praca kamery, wszystko jak w zegarku.
BB: To robił mój przyjaciel, Vincent. Jest niesamowity. Wszystko zaplanował.
KR: Obejrzałem behind the scenes, który masz na kanale. Widziałem, że kręcone było pełnym Steadicamem, ale także, że to było kręcone na filmie.
BB: Wszystkie były kręcone na filmie. Te z nowego albumu też. Zresztą zajmował się tym ten sam operator. Uwielbiam pracę na filmie, ale kocham też nagrywać na taśmę. Tego albumu tak nie nagrałam, niestety. Moje dzieci były malutkie, kiedy go nagrywałam, a to utrudniało proces.
KR: Skąd ta miłość do taśmy?
BB: Uwielbiam tę chwilę, to, jak muzyka brzmi z taśmy. Ludzie się spierają, czy jest jakaś różnica. Ja nie wiem, po prostu to uwielbiam.
KR: Z filmem jest podobnie.
BB: Do tego dochodzi fakt, że kiedy się pracuje na filmie, wszyscy muszą być o wiele bardziej skupieni, bo to po prostu więcej kosztuje. Nie ma tak, że można duble robić w nieskończoność. Więc jak coś pójdzie nie do końca zgodnie z planem, już tak zostaje. To też jest piękne.
KR: Te niedoskonałości dodają charakteru.
BB: Mam wrażenie, że taka praca sprawia, że wszystko jest cenniejsze, bardziej autentyczne. Bez Photoshopa, bez poprawiania rzeczywistości. To jeden z powodów, dla których kocham pracować z Norą, reżyserką tych trzech teledysków. Ona dużo pracuje z tańcem. Nakręciła piękny film „Nine Easy Dances”, który tworzyła, kiedy jej matka zmagała się z rakiem. W tym filmie pokazuje, że liczy się tylko tu i teraz, ten moment. Jest piękny. I zabawny. Myślę, że następny album nagram na taśmę. Bo teraz mogę na dłuższy czas zaszyć się w studio i nagrać wszystko na żywo. Za to poprzedni album też był ciekawy, bo nagrałam go całkowicie na komputerze i pracowałam na MIDI. Nie ma więc zasady.
KR: On był inspirowany grami wideo?
BB: Tak, i miejscem, w którym wtedy byłam. Miejsce też wpływa na to, jak album będzie brzmiał. Bo musiałam nagrywać wczesnym rankiem, na przykład o trzeciej, kiedy moje dzieci spały. Trochę też COVID się do tego przyczynił. Ale to bardziej za czasów „Garden”. Uwielbiam grać na żywo i kręcić na żywo – stąd te długie ujęcia. Trzeba być tu i teraz. Nie można się za dużo zastanawiać, trzeba się skupić. Gdyby nie to, nigdy bym nic nie zrobiła, tylko siedziała w swojej głowie i edytowała, zmieniała bez końca.

KR: Skoro o tym mowa… Jednym z moich ulubionych utworów na nowej płycie jest „The Curtain Call”. Tam jest linijka, którą trochę źle usłyszałem na początku: „I trapped myself with my own hand” (‘uwięziłam się sama’). Ja to najpierw zrozumiałem, że utkwiłaś w swojej głowie.
BB: Pasuje.
KR: Jedna z twoich piosenek została użyta w trailerze do „The Long Dark”. Grasz w gry wideo?
BB: Uwielbiam gry. Zwłaszcza oldskulowe. Nie jestem na bieżąco, ale wciąż zdarza mi się pograć. Mamy emulator. Niedawno pokazywałem moim dzieciom te gry, one się trochę zestarzały, ale muzyka wciąż uderza tak, jak kiedyś. Bardzo im się podobała. Ona jest niezwykła. Zwłaszcza z “Final Fantasy”, kompozycje Nobuo Uematsu. Wciąż słyszę je w swojej głowie.
KR: Uwielbiam muzykę w grach, czasem nawet bardziej ją pamiętam, niż same gry. Jest takie studio – Supergigant Games, oni zrobili taką grę „Bastion”. Muzykę stworzył Darren Korb. Nagrywał ją w swojej garderobie w domu, była niezwykle emocjonalna, dziwna i piękna.
BB: Muzyka w grach osadza cię w świecie, w którym jesteś. Jest bardzo ważna. Buduje świat. Staram się w podobny sposób myśleć o moich nagraniach. Zresztą podobnie jest na koncertach. Coś przejmuje kontrolę, nie jesteś tak do końca w swojej głowie, odgrywasz pewną postać. Żyjesz przez ten krótki czas jej życiem, odgrywasz rolę. Jesteś małym ośmiobitowym ludzikiem i rozgniatasz przeciwników, żeby zdobyć wystarczająco życia, aby dotrzeć do końca poziomu. Trzeba się skupić, zapomnieć o całej reszcie świata, przez chwilę jesteś zupełnie w innym miejscu. Zupełnie jak na koncercie.
KR: Ośmiobitowa muzyka ma swoje ograniczenia. One pomagają czy przeszkadzają?
BB: One są trochę jak paleta kolorów. Doceniam fakt, który sprawia, że te kreatywne iskry zaczynają się pojawiać, że trzeba kombinować, co można ułożyć z tych kawałków, które mam. Czasem mam gitarę, czasem pianino. A czasem mam ograniczenie czasowe lub gatunek muzyczny.
KR: Czy podobnie było z teledyskiem do „Curtain Call”? Ma inny format od pozostałych.
BB: Tak, był nagrywany na VHS i na Super 8. To nie było dodane w postprodukcji, serio tak było nagrywane. Mój przyjaciel, Vincent, który też nagrywał garden session, miał kamerkę, przyjechał na kilka koncertów. Potem to zmontowaliśmy i wyszło niesamowicie. Uwielbiam ten klimat.
KR: Oglądając go mam wrażenie, że znów oglądam po szkole MTV. Świetnie oddaje klimat tamtych lat.
BB: Doskonale pamiętam, jak polowałam na moje ulubione teledyski, żeby nacisnąć nagrywanie.

KR: I potem oglądać je setki razy do zajechania taśmy. I twój teledysk właśnie to oddaje, to ziarno, ten klimat. Zresztą cały album, kiedy patrzę na zdjęcia z okładki, przenosi nas w przeszłość.
BB: Zawsze pracuję z tymi samymi ludźmi, jak mój przyjaciel Richmond Lamb, niesamowity fotograf. No i moje przyjaciółki, Brigitte i Amanda, które były odpowiedzialne za stylizację, włosy i make-up. Jeszcze Vincent, który też dołożył swoją cegiełkę. Cały zespół ludzi nad tym pracował. Powiedziałam im, o czym chcę, żeby był ten album. Roboczym tytułem było „Family”. Dużo wtedy myślałam o mojej rodzinie i pojawiały się pomysły na teledyski. To w tobie dojrzewa przez dłuższy czas. Potem moi przyjaciele, Richmond i Amanda, zaczęli przeglądać polską modę, zwłaszcza z czasów mojej babci. Chcieliśmy, żeby z jednej strony było to o tamtych czasach, ale też trochę o naszych. Kolory wyszły bardzo soczyste.
KR: Jak w technicolorze.
BB: Dokładnie. Jakby okładało cię po głowie kolorem, żebyś czuł się jak wewnątrz dzieła sztuki.
KR: Ale też ze względu na to, że ta estetyka jest teraz całkiem popularna?
BB: No, może nie zawsze tak było, ale teraz tak jest.
KR: Nie ma w tym nic złego. Ale ja na co dzień uczę w technikum. I wiesz, widzę, jak te mody przychodzą i odchodzą.
BB: O, to ciekawe.
KR: Teraz widać na przykład powrót lat 80.
BB: Tak, ta jaskrawość.
KR: Tak. No dobrze. Będziesz grać koncert w BARdzo bardzo. Dlaczego wybrałaś to miejsce? Bo to malutki klub? Może niezupełnie mikroskopijny, ale nie jest to zbyt duża przestrzeń.
BB: Minęło sporo czasu, odkąd byłam w trasie. Przez pięć lat nie wyjeżdżałam z kraju i bardzo zależy mi na tym, żeby te miejsca były ciepłe. Żeby było przytulnie. To jest dla mnie najważniejsze. Taki miałam pomysł, kiedy w zeszłym roku zaczynałam trasę z tym albumem, i to się sprawdziło wręcz genialnie. Chcę mieć możliwość powiedzenia, jak cudownie jest znowu zobaczyć ludzi na koncertach. Myślę, że dzięki temu po prostu czuje się tę bliskość. No i można też zagrać trochę bardziej… no wiesz, można bardziej pokombinować. Mam ogromną nadzieję, że ludzie przyjdą. Tak, uwielbiam to. Mam trochę wrażenie, jakbym wracała do swoich początków. Oczywiście, gram też festiwale i tego lata będzie ich więcej. Może kiedy wrócimy, to zagramy w większym miejscu. Jednak przy tym albumie bardzo chciałam, żeby wszystko sprawiało wrażenie, jakbyśmy siedzieli razem w mojej piwnicy, gdzie go nagrywałam. Bo on jest taki… no wiesz, z moimi kotami, kręcimy się, gramy…
KR: Jesteś kociarą?
BB: Lubię koty i psy. Nie dyskryminuję. Chomiki też są spoko. Kocham wszystkie zwierzaki. Ponieważ tyle czasu spędzam w trasie, przez długi czas nie miałam żadnego zwierzaka. Aż w końcu mój kot mnie znalazł. No, zasadniczo tak było. W lesie – to było dosłownie jak misja poboczna w grze wideo. Podszedł do mnie w lesie i już nie odstępował nas na krok.
KR: Miał nad sobą taki znak zapytania?
BB: Dokładnie tak, no wiesz, czarny kot. To było szalone. Po prostu… no ewidentnie to była misja poboczna. No i tak, to on. Mój Bobo.
KR: Dlaczego Bobo?
BB: Wtedy pomyślałam, że to superurocze. A poza tym „bobo” oznacza małe… w zasadzie we francuskim ma kilka znaczeń. Oznacza małe „kuku”, takie drobne skaleczenie. Ale normalnie moi francuscy znajomi mówią mi, że to określenie na bogatą osobę, która udaje bohemę. „O, bobo” – bohemian bourgeois (burżuazyjna bohema – przyp. KR). A on jest całkowitym przeciwieństwem. Znaleziony w lesie. A teraz zajada wykwintne jedzenie z puszki i pławi się w luksusach. No i czytałam też, że po polsku „bobo” oznacza takiego małego dziwaka. Pomyślałam: to idealne imię dla tego kota. Dokładnie tak.
KR: Czyli droga od włóczęgi do hrabiego (od hobo do bobo).
BB: Dokładnie! Przeszedł całą drogę od hobo do bobo.
KR: Bez dwóch zdań.
BB: Dokładnie tak, święta prawda.
KR: A wracając do koncertu. Opowiesz mi trochę, czego można się spodziewać?
BB: Będzie wesoło. Na pewno. Cóż, zagramy w duecie. To nie będzie pełny skład, ale zamierzamy dać czadu.
KR: Ty i twój mąż?
BB: Dokładnie tak.
KR: Będziecie grać na wszystkich instrumentach, które ze sobą zabrałaś?
BB: Na wszystkim, co przywiozłam. A przywiozłam na przykład stuletnią harfę, bo stwierdziłam, że nie ma opcji – muszę ją zabrać do Polski. Nazywa się autoharfą, bo jest półautomatyczna – te przyciski robią takie specyficzne „brzdęk”.
KR: Półautomatyczna? Nie trzeba naciskać strun?
BB: Trzeba, ale w inny sposób, tymi przyciskami. Próbowali to sprzedać jako coś łatwiejszego do grania, ale to wcale nie jest takie łatwe.
KR: Nie mogę się doczekać koncertu. Wielkie dzięki za rozmowę.
BB: Będzie niesamowicie. Do zobaczenia.
Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz