Matthew Cullen, znany bardziej jako Zero 9:36, szturmem podbija serca fanów alternatywnych rockowo-metalowych brzmień, odważnie łącząc gatunki i nie obawiając się trudnych tematów w swoich tekstach. Przed warszawskim Summer Punch Festival ( festiwal odbył sie już w dniach 18-19 czerwca – przyp. red.) opowiedział nam o tym, skąd czerpie inspiracje, co aktualnie znajduje się na jego playliście i o tym, skąd wziął się jego artystyczny pseudonim. Zapraszamy do lektury!
Natalia Glinka-Hebel: Pozwól, że zacznę od życzeń urodzinowych – nieco spóźnionych, ale właśnie zdałam sobie sprawę, że rozmawiamy dokładnie dwa tygodnie po twoich urodzinach. Miałeś okazję poświętować?
Matthew Cullen: Nakręciłem kilka krótkich filmów, ale było też ciasto. Akurat w urodzinowy weekend graliśmy trzy koncerty, w czwartek, piątek i sobotę. Mój zespół był ze mną, wylatywali z lotniska. Musiałem wstać o 6:00 rano, żeby nagrać z nimi kilka ujęć, a potem podrzucić ich na lotnisko – tak wyglądał dzień moich urodzin.
NGH: W sumie to chyba najlepszy sposób świętowania dla muzyka.
MC: Tak, jest robota, nie ma litości. Ale nie jest źle, nie mogę narzekać.

NGH: Kiedy zaczęłam słuchać twojej muzyki, odniosłam wrażenie – jak chyba większość ludzi – że jest mocno eklektyczna. Trochę tak, jakbyś chciał wykorzystać niemal wszystkie gatunki muzyczne. Początkowo wydawało mi się, że to nie ma szans zadziałać, a jednak efekt jest udany. Zastanawiałam się w związku z tym nad twoją historią jako słuchacza muzyki. Zacząłeś, na przykład, od rapu, a potem przerzuciłeś się na metal, czy może odkryłeś te gatunki jednocześnie i od samego początku mieszałeś je jako słuchacz?
MC: Wszystko po trochu. Pierwsze płyty, jakie kiedykolwiek dostałem, to „Volume 3” Slipknota, „Chocolate Starfish…” Limp Bizkit oraz „Us and Them” zespołu Shinedown. Ale kiedy zacząłem samodzielnie interesować się muzyką, mając siedem czy osiem lat, a może nawet mniej, słuchałem Lil Wayne’a i Meek Milla – były to albumy rapowe, które dał mi mój brat. Bardzo wciągnąłem się w muzykę rapową. Mój pierwszy kontakt z muzyką to metal i rock, więc od samego początku była to bardzo eklektyczna mieszanka. Kiedy zacząłem nagrywać własną muzykę, najłatwiej było mi to robić za pomocą zestawu słuchawkowego do Xboxa, pobierając bity z YouTube. Potem coraz bardziej angażowałem się w naukę rapowania, bo to był dla mnie najłatwiejszy sposób, aby tworzyć. Powiedziałbym więc, że i jedno, i drugie: w podstawówce codziennie nosiłem do szkoły pudełko na lunch ze Slipknotem, ale jednocześnie słuchałem i nagrywałem dużo rapu. To było dość równomierne połączenie i dość równomierne wprowadzenie do obu tych rzeczy, dlatego jestem wdzięczny, że najpierw zacząłem rapować, bo nie sądzę, żeby każdy mógł się tego nauczyć. Myślę, że miałem szczęście, że to, co robiliśmy, było tak eklektyczne.
NGH: Udało ci się jednak znaleźć własną drogę, indywidualny styl. To, co naprawdę robi na mnie – jako osobie słuchającej twojej muzyki – ogromne wrażenie, to fakt, że udało ci się połączyć zarówno wysoki poziom energii rapowej – co jest bardzo wymagające – jak i elementy metalowe. Wśród swoich inspiracji wymieniłeś Slipknot, co słychać w twojej muzyce, a także Linkin Park; niektóre z twoich utworów przypominają mi nagrania Twenty One Pilots. Wśród swoich inspiracji wymieniłeś też Tory’ego Laneza, Blackbear i D-Pryde. Kogo słuchasz teraz?
MC: W tej chwili słucham głównie Ethel Cain.
NGH: Też ją uwielbiam!
MC: Tak, to chyba moja ulubiona artystka. Wydaje mi się, że od trzech lat z rzędu zajmuje pierwsze miejsce na mojej liście na Spotify. Byliśmy niedawno na jej koncercie, a w zeszłym roku widzieliśmy ją w Tennessee. Jeśli chodzi o zespoły, to powiedziałbym, że The Plot in You to mój ulubiony zespół. Staram się nie słuchać zbyt wielu rzeczy z podobnego gatunku, bo podświadomie zacznę je kopiować. Próbuję słuchać muzyki, która nie jest zbyt zbliżona do tego, co sam robię. Jeśli czerpiesz inspirację z rzeczy, które są odległe, to nie do końca przekładają się na twoją twórczość – to sposób tworzenia czegoś nowego, w przeciwieństwie do czerpania wprost.
NGH: Spodziewałam się wielu odpowiedzi, ale na pewno nie Ethel Cain – zaskoczyłeś mnie. Ale szczerze mówiąc, odniosłam wrażenie, że utwór „Blur” nieco różni się od większości nagrań – może to właśnie wpływ Ethel? Bardzo mi się podoba. Twój ostatni album, „They Were Always Here”, ukazał się pół roku temu. Jak teraz go odbierasz? Zmieniłbyś w nim coś?
MC: Nie, jestem z niego całkiem zadowolony – nazywamy go mixtapem. Pracowaliśmy nad innym albumem, a te utwory do niego nie pasowały. Zebraliśmy je w całość, potem wydaliśmy kilka singli, które też nie pasowały – zamierzamy wypuścić wszystko, co mamy, a co nie pasuje do płyty. Mamy w tej chwili 13 lub 15 piosenek, które powstały w ciągu ostatniego półtora roku, dwóch lat. Wśród nich mamy 9 piosenek, które są na „They Were Always Here” – właściwie to osiem piosenek i intro. W żadnym wypadku nie wyrzucamy utworów; po prostu nie pasowały do tego, czego chcieliśmy. Ale nie, nie zmieniłbym tego albumu. Brzmi naprawdę dobrze od początku do końca. Jestem z niego całkiem zadowolony.

NGH: Ma też świetną okładkę. Jaka jest jej historia?
MC: Dzięki. Kojarzysz okładkę albumu „None of Us Are Getting Out”? To zdjęcie z okładki zostało zrobione przez fotografa z Pensylwanii, skąd pochodzę. Nazywa się Christopher McKenney. Jest niesamowity. Kiedy otrzymaliśmy tę okładkę, wydawało mi się, że to złowieszcza postać spoglądająca na kogoś, kto nie widzi. To zdjęcie po prostu idealnie pasowało do albumu. Po zrobieniu tego zdjęcia powiedziałem mu, że chcę kontynuować motyw tej postaci, ale chcę dodać zegar wskazujący godzinę 9:36. Wydaje mi się, że te dwa albumy są ze sobą powiązane. To było jakby zakończenie okładki poprzedniego albumu. Historia jest dokładnie taka, jak widać – postać spoglądająca na kogoś, kto jej nie widzi, oraz zegar odliczający czas. Jestem bardzo, bardzo zadowolony z obu okładek. Zwracam dużą uwagę na na oprawę graficzną, gadżety i wszystko, co tworzymy, pod względem wizualnym. Sam się tym zajmuję.
NGH: Wydaje mi się, że oprócz strony wizualnej i ogromnej dbałości o wszystkie tworzone przez ciebie dźwięki, w twoim przypadku wyróżniają się również teksty – są bardzo poetyckie. W jednym z wywiadów przeczytałam, że bardzo się cieszysz i jesteś dumny, gdy ktoś mówi, że identyfikuje się z twoimi tekstami, choć są one jednocześnie mocne. Nie piszesz o rzeczach banalnych. Zastanawiałam się, na ile te teksty czerpią z twoich własnych doświadczeń.
MC: Myślę, że w pewnym stopniu wszystkie moje teksty opierają się na doświadczeniach – czasem chodzi o coś, w czym sam brałem udział, a czasem to doświadczenie kogoś innego, w którym uczestniczyłem na tyle blisko, by je zrozumieć – nawet jeśli chodzi o tę samą sytuację, to spojrzenie na nią z różnych perspektyw i opisanie jej na wiele sposobów. Moim celem przy pisaniu piosenki jest zawsze przekazanie własnego doświadczenia i umożliwienie słuchaczom dostosowania go do własnych przeżyć. Jeśli piszesz wprost o jakiejś rzeczy, nie każdy będzie mógł się z tym utożsamić. Myślę, że chodzi bardziej o stronę poetycką; o to, jak można ująć własne doświadczenie w sposób, który można przełożyć na doświadczenie kogoś innego.
NGH: Myślę, że to zawsze stanowi wyzwanie i zawsze jest celem, a jednocześnie być może słyszałeś już jakieś dość zaskakujące interpretacje swoich tekstów – to również byłoby bardzo interesujące.
MC: Oczywiście. I myślę, że właśnie o to chodzi. Kiedy słuchasz piosenki, chcesz odnieść się do niej na swój własny sposób. Nie chcesz być zmuszony do odnajdywania w niej tego samego, co artysta – jestem pewien, że niezależnie od tego, jakie są twoje ulubione utwory, znaczenie, jakie mają one dla artysty, jest zupełnie inne niż to, jakie mają dla ciebie. I właśnie o to chodzi.
NGH: Jednym z powodów, dla których się dziś spotykamy, jest fakt, że niedługo wystąpisz w Polsce podczas festiwalu Summer Punch. Nie jest to twoja pierwsza wizyta w Polsce – byłeś tu już w zeszłym roku, również w Warszawie, i zastanawiałam się, czy cieszysz się na ponowne spotkanie z polską publicznością. Czy pamiętasz coś szczególnego z poprzedniej wizyty lub czy jest coś, na co szczególnie czekasz?
MC: Hmmm… było wtedy bardzo szaro i ciemno.
NGH: No tak, styczeń to najgorszy miesiąc na wizytę w Polsce, przykro mi.
MC: W sumie i tak było fajnie. Nie mam nic przeciwko szarówce, ale cieszę się, że tym razem zobaczę Warszawę latem. Jestem pewny, że koncert wypadnie świetnie. Ostatnie show też było super, publiczność była wyjątkowo energiczna, a to coś, na co zawsze liczymy.
NGH: W Polsce mamy też wiele innych pięknych miast…
MC: Inni artyści często występują poza Warszawą?
NGH: No jasne! Ale Warszawa jest w centrum, dlatego większość artystów wybiera właśnie ją. Wiele zespołów gra też na Śląsku, w Katowicach czy w Chorzowie. Mają tam świetną halę z dobrym nagłośnieniem. Ja z kolei mieszkam nad morzem, i mamy tutaj metalowy festiwal, Mystic, na terenie dawnej stoczni.
MC: Ale czad!
NGH: Ale tak, większość gra w Warszawie, bo łatwo można tu po prostu dojechać z różnych części kraju.
MC: Dla mnie to wciąż kawał drogi. Żeby wrócić do domu po Summer Punch, muszę dolecieć do Londynu, a potem do Nashville – to jakiś siedmiogodzinny lot.

NGH: O nie, przykro mi to słyszeć…
MC: Rzeczywiście, to dużo, ale i tak jestem podekscytowany, że będę mógł u was zagrać. Uwielbiamy występować w Europie, dlatego byliśmy tu trzy razy w ciągu ostatnich 18 miesięcy.
NGH: Mam nadzieję, że zagracie jeszcze co najmniej trzy razy w różnych miastach w Polsce. Do tej pory wydałeś całkiem pokaźą kolekcję albumów i EP-ek, więc może to trudne pytanie, ale czy potrafisz wybrać utwór, który jak dotąd jest dla ciebie najważniejszy?
MC: Niech pomyślę… Na liście znalazłby się „Take Me Instead”, na pewno trafiłby na nią też kawałek „Adrenaline”. Wśród ulubieńców mogę jeszcze wymienić „I Felt It All”, który napisałem z Landonem [Tewersem – przyp. NGH] z The Plot in You, czyli mojego ulubionego zespołu. Kolejne ważne dla mnie utwory to „Nine Three Six” i „Withdrawals” z ostatniego projektu. Może nie są to moje ulubione utwory, ale są bardzo ważne. Ulubione kompozycje z ostatnich dwóch projektów to z kolei „System” i „Make a Mess”.
NGH: Podejrzewam, że trudno wybrać ulubione piosenki spośrów wszystkich tych, które sam napisałeś, ale pewnie są takie, które są ci bliższe lub takie, które były w pewien sposób przełomowe…
MC: Każda jest inna…
NGH: Jakiś czas temu czytałam o tym, jak właściwie zaczęła się twoja tak zwana „oficjalna” kariera. W wielu wywiadach można znaleźć informację, że zacząłeś tworzyć muzykę mając 11 lat. Teraz, kiedy wchodzi się na przykład na Spotify, niektóre z twoich utworów mają ponad milion odtworzeń. To wielki sukces. Jak się z tym czujesz?
MC: Mając jakieś 8 lat napisałem swoje pierwsze utwory. W wieku 11 lat zacząłem nagrywać. Długo mi zajęło, zanim w ogóle zorientowałem się, co właściwie robię i jaka droga będzie tą moją. Czuję, że w końcu zrozumiałem, co jest dla mnie ważne, co do mnie przemawia i dlaczego. I to jest fajne. Szkoda, że większość naszego sukcesu przypadła na okres pandemii, bo to nam zaszkodziło – ludzie nas zauważali, ale nikt nie mógł wyjść z domu na przykład na koncert. Potem nastąpił wielki sukces, a po nim spadek popularności. Fajnie jest widzieć, gdzie jesteśmy teraz. Myślę, że zaczynamy odbudowywać naszą pozycję dzięki tym wszystkim nowym piosenkom. Bardzo mnie to cieszy.
NGH: Jesteś bardzo skromny…
MC: Cóż, taka jest prawda. Myślę, że najlepsze, co mogę zrobić, to mieć nadzieję, że uda nam się dotrzeć do wszystkich, którzy o nas słyszeli, i ponownie wzbudzić w nich zainteresowanie zespołem. W zeszłym miesiącu zakończyliśmy naszą najbardziej udaną headlinerską trasę koncertową. Mam tylko nadzieję, że następny album i te kilka kolejnych piosenek odniosą jak największy sukces, bo włożyliśmy w nie mnóstwo pracy. Z wydaniem kolejnego albumu nie będziemy się spieszyć, ale właśnie ukazał się nasz nowy utwór [„One to Create You” – przyp. NGH], a potem, miejmy nadzieję, wydamy jeszcze sporo nowych kawałków, które zdobędą uznanie słuchaczy. Staramy się też nadal grać koncerty i dawać z siebie wszystko. Jestem bardzo wdzięczny za to, co mamy.

NGH: A jesteście w idealnej sytuacji, bo macie już grupę wiernych słuchaczy – to świetny punkt wyjścia do zdobycia kolejnych. Ale ten uśmiech, który pojawił się na twojej twarzy, kiedy powiedziałam, że jesteś skromny, przypomniał mi o czymś, co powiedział Alex z Franz Ferdinand, kiedy z nim rozmawiałam – stwierdził, że nie chce być nigdy w 100% zadowolony z tego, co tworzy, bo wtedy przestałby pisać.
MC: Tak, za każdym razem, gdy tworzymy nową piosenkę, moim jedynym celem jest zrobienie czegoś, czego wcześniej nie robiliśmy, albo zmuszanie się do nauki czegoś nowego. A jeśli jestem w stu procentach zadowolony z tego, jak wszystko wygląda, to znaczy, że straciłem już sens, dla którego w ogóle ktoś tworzy muzykę. Zgadzam się więc, że to bardzo trafna uwaga.
NGH: Właśnie zdałam sobie sprawę, że twoja muzyka jest nie tylko dopracowana w każdym szczególe – masz swój własny styl, ludzie potrafią rozpoznać, że to twoja piosenka – ale jednocześnie twoje utwory nie są monotonne. Każda piosenka jest inna. Słyszymy, że to twój utwór, a mimo to każdy jest inny. Nie jest tak, że po prostu kopiujesz jedną piosenkę z drugiej. I to prowadzi mnie do następnego pytania, bo nagrałeś też sporo kawałków z innymi zespołami i muzykami, takimi jak Ice Nine Kills czy Brandon Saller. Czy jest jeszcze ktoś, z kim chciałbyś nagrać piosenkę lub album, gdybyś miał wybór?
MC: Chciałbym nagrać jakiś kawałek z Corey’em Taylorem. Zobaczymy, czy się uda.
NGH: W niektórych utworach twój głos brzmi podobnie…
MC: Serio? W sumie Corey jest chyba moim ulubionym wokalistą metalowym wszech czasów, więc może po prostu robię to podświadomie. Podkradam jego pomysły, ale mam nadzieję, że nagra ze mną jakiś kawałek. To byłoby super. Chcę jednak stworzyć dla niego odpowiednią piosenkę. Mam wrażenie, że nigdy nie napisałem dla niego tej właściwej. Nie chcę zmarnować mojej jedynej piosenki z Corey’em Taylorem na byle co – chcę stworzyć coś, co po wysłuchaniu sprawi, że powiem: „ok, to nam się spodoba”. Celem jest stworzenie czegoś na tyle dobrego, żebym chciał zaprosić go do współpracy.
NGH: Myślę, że to jak najbardziej możliwe – trzymam kciuki. I może jeszcze jedno pytanie, raczej z ciekawości – przygotowując się do naszego spotkania nie znalazłam żadnej informacji o nazwie twojego zespołu. Wiem tylko, że jakiś czas temu występowałeś pod pseudonimem Zero, a potem go zmieniłeś.
MC: Zero to po prostu pseudonim, który miałem jako dziecko. 9:36 to godzina, o której się urodziłem. Na początku był to projekt solowy. Myślę, że większość zespołów, kiedy zaczyna, to właściwie solowe projekty. Trochę jak Bon Jovi – to tylko jeden gość, ale też nazwa zespołu. U nas jest podobnie. To godzina moich urodzin i mój pseudonim z dzieciństwa.
NGH: Mam nadzieję, że to nie jest żaden sekret, bo ta nazwa brzmi dość enigmatycznie i spodziewałam się, że kryje się za nią jakaś tajemnicza historia.
MC: Nie, nie, nie. Niektórzy o tym wiedzą, ale tak, w zasadzie to właśnie stąd się to wzięło.
NGH: Dobrze. Słuchaj, nie chcę zabierać ci więcej czasu, bo jesteś bardzo zajęty. Bardzo ci dziękuję i do zobaczenia wkrótce!
MC: Pewnie, wpadnij się przywitać!
Rozmawiała Natalia Glinka-Hebel